26
CZERWCA (PONIEDZIAŁEK) BEKTAU-ATA - KARAGANDA
Spało
się mi doskonale. Kładłem się czysty (co podczas tej podróży,
wcale nie było takie oczywiste), było mi ciepło i jak na warunki
biwakowe, miękko. Dlatego też nie od razu zorientowałem się, że
coś się dzieje. Obudziło mnie światło latarki przemykające po
wnętrzu namiotu i ciche postękiwania. Odwróciłem się i
zobaczyłem ciemną sylwetkę przyjaciela. Siedział nienaturalnie
pochylony do przodu. W lewej dłoni trzymał „czołówkę”,
prawą obejmował klatkę piersiową, jakby w obawie, że coś z niej
się wyrwie. W pierwszej chwili pomyślałem, że to z powodu wody.
Piliśmy ją jednak obaj, a ja czułem się bardzo dobrze. „Co
się dzieje? Źle się czujesz?” - Zapytałem cicho, a nie
doczekawszy się odpowiedzi powtórzyłem głośniej. Pomiędzy
mimowolnymi stęknięciami, cichym, drżącym głosem Witek
powiedział, że kłuje go w okolicach mostka. Wystraszyło mnie to,
bo natychmiast pomyślałem o zawale serca, a na tym odludziu byliśmy
zdani na siebie. Jeśli nawet któryś z telefonów ma
zasięg, to jak określić naszą pozycję? Może GPS? A może
stojący obok kurhan byłby wystarczającym punktem orientacyjnym?
Może i tak, ale nie mogłem sobie przypomnieć komu był poświęcony.
„Co to za ból? Myślisz, że może to być serce? Brałeś
już coś?” - dopytywałem zdenerwowany. Z trudem wystękana
odpowiedź trochę mnie uspokoiła. Opisane objawy były mi dobrze
znane. „Neuralgia międzyżebrowa” - zawyrokowałem
autorytatywnie, mając nadzieję, że tak właśnie jest, ponieważ
mija samoistnie. Zanim się to stanie, ma się wrażenie, jakby
klatkę piersiową przekłuwał stalowy pręt, którym coś
porusza, lecz zazwyczaj trwa to kilkanaście minut. Tak było i tym
razem. Położyliśmy się, a rano pozostało po tym incydencie
jedynie przykre wspomnienie. Sprawnie zakrzątnęliśmy się przy
śniadaniu, a potem przy zwijaniu obozowiska. Po ósmej
ruszyliśmy w stronę gór. Zaskakująco szybko dotarliśmy do
pierwszych skał. W trawie natknęliśmy na pobielałe kości dużego
zwierzęcia. Przez chwilę zastanawiałem się, czy padło z
pragnienia idąc z gór, tak blisko jezior, czy może zostało
zabite. Zagadka była nie do wyjaśnienia, więc poszliśmy dalej.
Tym razem nie zamierzaliśmy przebijać się przez góry, a
obejść je, kierując się na północ. Jeszcze nad jeziorem
zaproponowałem kierunek południowy, lecz Witek obawiał się, że
może zająć nam to zbyt wiele czasu i nie zdążymy dojść na
miejsce spotkania z kierowcą. Nie mogłem wykluczyć takiej
ewentualności, a skutki spóźnienia mogły wpłynąć na plan
powrotu do Astany, więc bez żalu zrezygnowałem z tego pomysłu.
Idąc wzdłuż krawędzi skał, po wyschniętym i spękanym podłożu,
dotarliśmy do pierwszego z bardzo tu licznych kanionów.
Zazwyczaj nie są ani wysokie, ani bardzo strome, choć bywają
wyjątki. Ten do nich nie należał. Poszło nam całkiem „gładko”.
Po nim kolejne kilkaset metrów forsowaliśmy skalny płaskowyż,
który kończył następny kanion. Tu już ściany były
bardziej strome, trudniejsze więc wybraliśmy ścieżkę wiodącą
przez zagajnik porastający dno kotliny. Drzew było niewiele, ale
nogi grzęzły w splątanych, pokrytych kolcami łodygach i masie
zeschniętych gałęzi. Kolejna ścianka, wspinaczka kilka metrów
w górę, tylko po to, ażeby po przejściu kawałka płaskiej
skały schodzić w dół. Po którejś z kolei
„wdrapywanek”, ze skalnej półki dostrzegliśmy cmentarz,
na którym byliśmy poprzedniego dnia. Rozwiało to wszelkie
wątpliwości co do wybranego kierunku marszu. Łatwiej też nam było
oszacować czas potrzebny na powrót. Kiedy dotarliśmy do
głazu, w którego cieniu odpoczywaliśmy poprzednio,
postanowiliśmy dojeść podsuszony chleb. Słońce świeciło niemal
pionowo, więc plama cienia była bardzo wąska. Opierając się
plecami o skałę i podkurczając nogi z trudem się w niej
mieściliśmy. Opuszczaliśmy azyl niechętnie, bo żar lejący się
z nieba boleśnie smagał odkryte części ciała, a z pozostałych
wyciskał pot. Przyspieszyliśmy tempo marszu. Ponownie szliśmy na
granicy skał i stepu. Zza kolejno mijanych wyłomów,
wyłaniały się znane widoki dlatego też byliśmy kompletnie
zaskoczeni obrazem, jaki pojawił się przy schodzeniu do płytkiego
kuluaru. Z bardzo wąskiej rozpadliny, gęsto porośniętej krzewami
płynął nieśpiesznie mały strumyk. Co jakiś czas, w
zagłębieniach, tworzył rytmicznie następujące po sobie oczka.
Woda była chłodna, czysta i pozbawiona zapachu mchu. „Czyżby
jednak były tu źródła?” - Zastanawialiśmy się
głośno. Trudno było przepuścić taką okazję. W cieniu krzewów
pozostawiliśmy plecaki i poszliśmy się opłukać. Przyjaciel
postanowił zbadać skąd płynie struga. Zabrał butelki i poszedł
wzdłuż rozpadliny. Korzystając z jego nieobecności, wykąpałem
się i wyprałem wszystko, co tylko mogłem z siebie zdjąć. Po
kilkudziesięciu minutach wrócił przyjaciel z informacją, że
nie udało mu się kategorycznie potwierdzić czy wykluczyć
pochodzenie wody. W tej sytuacji, uznaliśmy za właściwe poddanie
jej filtracji, choć wyglądała i pachniała zdecydowanie lepiej od
tej, którą piliśmy przez cały poprzedni dzień. Usadowiłem
się wygodnie i nabierając wodę z najbliższego oczka oddałem się
mozolnemu procesowi przepychania jej przez filtr. Widziałem jak to
robił Witek i nie miałem złudzeń, ale w praktyce okazało się to
jeszcze bardziej czasochłonne i męczące, aniżeli mogłem się
spodziewać. Zgniatanie plastikowej butelki w taki sposób,
ażeby woda wyciekała z filtra wymagało sporo siły. Po
przeciśnięciu dwustu, dwustu pięćdziesięciu mililitrów
trzeba było uzupełniać płyn w pojemniku, a to wymagało
odkręcenie go od filtra. Napełnienie czystą wodą dwóch
półtoralitrowych butli trwało i trwało. Przyjaciel w tym
czasie także przeprał ubrania, pocerował skarpety, a w końcu
wybrał się na poszukiwanie interesujących go roślin. Kończyłem
napełniać drugą butelkę, kiedy wrócił podekscytowany.
„Nie uwierzysz co znalazłem!” - Zawołał z daleka. „Rzuć
to wszystko i choć ze mną. Takiego czegoś jeszcze nie widziałeś.”
- Dodał stojąc nade mną. „Widzisz, że jeszcze trochę muszę
„dofiltrować”. Powiedz o co chodzi.” - Odpowiedziałem.
„Zostaw. Wystarczy nam tej wody. Jesteśmy już blisko. No,
chodź!” - Upierał się jak dziecko. Wiedziałem, że
opieranie się nie ma sensu. Wstałem i poszedłem za nim. Idąc
wzdłuż strumyczka, po dosłownie kilkudziesięciu metrach,
zobaczyłem ...basen. Nie w sensie dosłownym, oczywiście. Struga
płynąc po skale wpływała do wielkiej niecki utworzonej przez
załom skalny. Zgromadzona tam woda miała ponad metr głębokości.
Rozpadlina miała pięć, sześć metrów długości i dwa, dwa
i pół metra szerokości. Od biedy można w niej było pływać.
„No i co? Jak ci się to podoba?” - Dopytywał Witek.
„Niesamowite” - Przyznałem. „Gdybyśmy wcześniej to
zobaczyli, to nie musielibyśmy się chlapać w tamtej kałuży”
- Dodałem zapominając jaki zachwyt wywołała owa „kałuża”,
kiedy ją znaleźliśmy. „Możemy się wykąpać jeszcze raz.”
- Podrzucił kolega. „Ledwo co wyschły nam rzeczy, chcesz znowu
je suszyć?” - zapytałem. „Na tym słońcu potrwa to
chwilę. Po co się mamy śpieszyć. Będziemy potem siedzieli przy
drodze i łykali kurz.” - Uzasadnił swoją propozycję Witek.
Trudno było z tym polemizować. Do szlabanu mieliśmy z tego miejsca
najwyżej godzinę. Z kierowcą umówiliśmy się pomiędzy
siedemnastą a osiemnastą. Czasu faktycznie było dość. „Włazimy”
- Zdecydowałem się. Pozbyliśmy się ubrań i wskoczyliśmy do
wody. Była trochę cieplejsza od tej powyżej, lecz nadal przyjemnie
chłodna. Otoczenie tego naturalnego SPA jak z folderów
turystycznych, wymarzona pogoda. Czego moglibyśmy chcieć więcej?
Pławiliśmy się pod czujnym okiem kamiennej łasicy. Nie mogliśmy
zrozumieć, jak przeoczyliśmy to miejsce idąc tędy poprzedniego
dnia. Musieliśmy przechodzić w odległości dosłownie
kilkudziesięciu metrów. Nawet, jeśli nie wypatrzyliśmy
samego „basenu”, to wyciekająca z niego woda gdzieś musiała
przecinać szlak. Przypomniałem sobie, że gdzieś w tej okolicy
natknęliśmy się na spory zagajnik i w nim bezskutecznie szukaliśmy
wody. „Być może wcieka ona w jakąś szczelinę i już jako
podskórna gromadzi się tam, tworząc odpowiednie warunki dla
roślin.” - Spekulowałem głośno. „Tak czy owak, jest
super, no nie?” - Zapytał retorycznie przyjaciel. Rozmoczeni,
jak nigdy dotąd wyszliśmy, żeby się osuszyć i wywiesić
spodenki. Tak, jak się spodziewaliśmy, wszystko wyschło
błyskawicznie i mogliśmy ruszyć w drogę. Po godzinie marszu
dotarliśmy na miejsce pierwszego tu obozowiska. Przyjaciel wykopał
i spakował kilka rojników. Pierwotnie nie miałem ochoty
bawić się w ogrodnika, ale pomyślałem, że może ojciec chciałby
mieć w swoim skalniaku roślinę wprost ze stepu, więc zrobiłem to
samo. Mijając pierwsze zabudowania zagadnęliśmy pracującego na
podwórku chłopaka o kumys. Kazachskich pieniędzy mieliśmy
właściwie tylko tyle, ile mieliśmy zapłacić za transport.
Wiedziałem, że znajdę jeszcze może dwieście, trzysta tenge, ale
litr kumysu kosztował sześćset. Zapytaliśmy czy możemy zapłacić
w dolarach, a chłopak przystał na to, wiec poprosiliśmy o butelkę.
Na odchodnym uzupełniliśmy jeszcze wodę czerpiąc ją ze studni.
Była identyczna, jak ta ze strumienia. Wszystko wskazywało na to,
iż i jedna i druga pochodzą z podziemnej rzeki płynącej pod górą.
Poszliśmy do rozwidlenia dróg, skąd mieliśmy najlepszy
widok na cały „ruch kołowy”. Kilkanaście minut później
podjechał do nas na motorze mężczyzna w średnim wieku i chłopak
od którego kupiliśmy kumys. Podali nam woreczek foliowy
wypełniony jeszcze gorącymi bułeczkami smażonymi w głębokim
tłuszczu. Mężczyzna powiedział, że to tradycyjna, lokalna
przekąska i zachęcił do częstowania się. Bułeczki były pyszne.
Porozmawialiśmy chwilę. Na odchodnym zaproponowali nam, że
gdybyśmy mieli jakiś problem, to żebyśmy przyszli do ich domu.
Był to bardzo miły gest, tym bardziej, że podczas tej podróży
nie często ich doświadczaliśmy. Do siedemnastej zostało
kilkadziesiąt minut, kiedy niebo gwałtownie pociemniało. Zerwał
się silny wiatr, a w powietrzu dało się wyczuć wilgoć.
Nadchodził deszcz. Skała, na której siedzieliśmy grzała
jak kaloryfer, co było przyjemnie odczuwalne, gdy chłodny wiatr
przewiewał nam koszulki. Wokół nas zrobiło się tłoczno,
bo nie wiedzieć skąd, zjawiła się kilkuosobowa grupa
wycieczkowiczów. Wszystko wskazywało na to, że podobnie jak
my, oczekiwali na transport. Wyglądali i zachowywali się jak
bohaterowie radzieckiej komedii obyczajowej: panie w kapeluszach z
karykaturalnie wielkimi rondami i dziwnie zestawionych ubraniach
trajkotały, dzieci dokazywały, a dwudziestokilkulatek, jak
przewodniczący konsomołu, za wszelką cenę usiłował zintegrować
grupę, śpiewając i żartując. Wraz z rozrywającą niebo
błyskawicą spadły pierwsze krople deszczu. Były grube, jak ziarna
grochu, ale rzadkie i ciepłe. Do nas podeszło dwóch
Kazachów. Jeden zaawansowany wiekiem, drugi trochę młodszy.
Panowie mieli ochotę na pogaduszki, co było o tyle trudne, że obaj
wcześniej musieli trochę „nadużyć”. Było to całkowicie
uzasadnione zakończeniem Ramadanu. Młodszy mówił dosyć
rozsądnie, a przy tym bardzo przejął się naszą sytuacją.
Starszy nastrojony był monotematycznie. Bełkocząc w stopniu
utrudniającym zrozumienie, snuł jakąś opowieść, w której
mieszały się wątki historyczne od Czyngis-Chana po Wojnę
Ojczyźnianą. Najwyraźniej był z tego znany, bo jego towarzysz
pobłażliwie uśmiechał się, kiedy tamten wymuszał na nas uwagę.
Na szczęście podjechał jakiś samochód i starszy pan
odjechał. Drugi mężczyzna uwolniony od towarzysza, z werwą zabrał
się za sprowadzenie naszego kierowcy. Zapytał o jego numer
telefonu, wpisał go do swojej wysłużonej „komórki” i
poszedł szukać zasięgu. Najpierw z wyciągniętą w górę
ręką obszedł najbliższą okolice, ale bez efektu. Oświadczył,
że idzie na pobliską górę zapewniając skuteczność swoich
działań. Deszcz pokapywał, a my rozważaliśmy, co robić, gdyby
się nasilił. Z jednej strony powinniśmy być w umówionym
miejscu, z drugiej, nie wiedząc kiedy przyjedzie, bezsensem było
moknąć. Uzgodniliśmy w końcu, że jeśli będzie taka konieczność
poprosimy gospodarzy z najbliższego obejścia, żeby pozwolili nam
czekać na ganku, skąd droga powinna być widoczna. Nasz
nowy znajomy z komórką zjawił się tak, jak obiecał.
Oświadczył, iż dodzwonił się na podany mu numer i uzyskał
zapewnienie od tego kogoś, że pamięta o nas. Przyjedzie, choć
„trochę” później. „Dobre i to. Nawet jeśli
wcześniej „wyskoczyło” im to z pamięci, to telefon im o nas
przypomniał. ” - Pomyślałem. Kazach nie poprzestał na tym i
zaproponował, żebyśmy się przenieśli do jego starszego kolegi i
tam poczekali. Na wątpliwość czy powinniśmy się oddalać od
miejsca spotkania, powiedział że to nie problem, bo wszystkim tu
powie, gdzie będziemy, a poza tym kierowca ma teraz jego numer i w
ostateczności może zadzwonić i zapytać. Trochę było w tym
racji, choć przy takim stanie sieci, na kontakt telefoniczny nie
bardzo liczyłem. Gdyby zaproszenie dotyczyło mieszkania
zapraszającego, to nie opierałbym się, ale wcale nie byłem pewien
czy starszy pan życzył sobie gości w domu, a nawet gdyby, to w
jego stanie wydawało się to dosyć kłopotliwe. Niestety, deszcz
się wzmagał. Trzeba się było decydować. Ulegliśmy i poszliśmy
za autochtonem. Zaprowadził nas do małego, dosyć zapuszczonego
domku na skraju wsi. Gospodarza jednak nie było. Przewodnik
powiedział, żebyśmy poczekali wewnątrz, a on pójdzie go
poszukać. Nie chcieliśmy wchodzić do cudzego domu pod nieobecność
właściciela, więc mężczyzna wszedł sam, przyniósł nam
kilka bułek podobnych do tych, które jedliśmy na skale, tyle
że były zimne i trochę podsuszone, po czym ruszył na
poszukiwania. Zjedliśmy bułki i kryjąc się pod okapem czekaliśmy
na rozwój wypadków. Po chwili nadszedł
dwudziestoparoletni chłopak i zapytał co tu robimy. Pokrótce
wyjaśniłem sytuację, nie mając pewności z kim rozmawiam i co z
tego wyniknie. Chłopak jednak ponowił zaproszenie do domu i
oświadczył, że ojciec wkrótce przyjdzie. Weszliśmy za nim
do sieni, gdzie idąc w jego ślady zdjęliśmy buty. Było to z
pewnością podyktowane zwyczajem, a nie dbałością o podłogi,
ponieważ dom wewnątrz także nie błyszczał czystością.
Usiedliśmy przy kuchennym stole. Stały na nim brudne talerze,
bardzo brudne szklanki. Ceratę zaścielały okruchy pieczywa,
resztki sera. Syn gospodarza wyjął z lodówki talerz ze
znanymi nam już bułeczkami i włączył czajnik, pytając czy
napijemy się „czaju”. Chwilę później nadeszli obaj nasi
znajomi. Młodszy trzymał w dłoni małą, zakapslowaną butelkę.
Wyglądała jak piwo, ale płyn był przeźroczysty. Sprawnie zdjął
kapsel i nalał niewielką ilość płynu do stojących na stole
szklanek. Wzniósł toast „ Dla wstrieczi!”
Wypiliśmy, choć szklanka lepiła się do palców. Wódka
była ciepła i kiepska. Gospodarz postawił na stole masło, resztki
pieczywa. Młodszy z mężczyzn ponownie nalał wódkę.
Butelka była mała, więc na szczęście dawki także były
symboliczne, bo jak się okazało mieliśmy jeszcze sporo toastów
do wzniesienia. Zanim do tego doszło dopełniliśmy formalności
towarzyskich: „Kak wasz zawut?” - Zapytał Witka. „Witold.
Prosto, Witja” odparł przyjaciel. „A wasz?” -
Zwrócił się do mnie. „Leszek” - Odpowiedziałem.
„Kak? Hreykek?” - Dopytywał, kalecząc boleśnie moje
imię. „L-E-S-Z-E-K” Przeliterowałem. „A Lezk”
- uśmiechnął się zadowolony ze swych umiejętności
lingwistycznych. „Prosto tak! Lezk” Dałem za wygraną.
„Mienia zawut Karim. On nazywajet`sja Amir” - Dopełnił
prezentacji. „Nu, dawaj`tje! Wypijem za mir, za drużbu!”
- Skomasował toasty świadom niedostatków płynu, koniecznego
do kontynuowania ich wznoszenia. Amir szerokim gestem wskazał na
jedzenie i powiedził: „U-goszcza-je... ugo-szczajet`sja”.
Ciężko opadł na stołek i sam zabrał się do smarowania masłem
bułeczki. Przerwał jednak jakby nagle przypomniał sobie coś
ważnego i zapytał z namaszczeniem: „Wy znajetje kingu o
Spartakie?” „Kanieczno” - Odpowiedziałem trochę
zaskoczony pytaniem. „On cbił szest samaljetow w to wrjemia!
Maładjec” - powiedział na na wdechu. „Spartak?
Samaljetow?” - Niepotrzebnie dałem się podpuścić. Amir z
pijackim uporem wołał syna, aż przyszedł. Polecił mu przynieść
książkę o Spartakusie, która jak powiedział z
namaszczeniem, jest samą prawdą o wojnie. Chłopak niechętnie
poszedł do drugiego pomieszczenia i po chwili wręczył ojcu żółtą
broszurkę o mocno sfatygowanych okładkach. Amir otwarł ją gdzieś
w znanym sobie miejscu, stuknął w stronę palcami otwartej dłoni i
tonem jakim zapewne Mojżesz przedstawiał ludowi tablice z
dziesięcioma przykazaniami powiedział: „WOT, SAMA ISTINA!”
Potem długo, bełkotliwie zaczął opowieść o bohaterskim
pilocie. Niestety obrał sobie mnie za cel. Za pierwszym razem
usiłowałem z niechlujnie wymawianych słów coś zrozumieć.
Szło mi kiepsko, ale wkrótce zorientowałem się, że Amir
„zapętlił” się i powtarza te same zdania, więc ograniczyłem
się do potakiwania, wtrącając co jakiś czas: „Udiwitjelno,
nie możjet byt', nu da itp.” Witek w tym czasie został
zaanektowany przez Karima. Szybko ustalili, że Karim jest młodszy o
kilka lat (choć zdecydowanie wyglądał na starszego), wychodzili
razem „na papierosa” i nie miało to znaczenia, że przyjaciel
nie pali. Kiedy dopiłem herbatę, którą zostaliśmy
poczęstowani na samym początku, Karim zaproponował dolewkę.
Chętnie się zgodziłem, ale on ograniczył się do dolania ciepłej
wody z czajnika. Torebka puściła jeszcze trochę koloru i zostałem
z czarką chłodnej lurki. Deszcz od dawna już nie padał. Amir snuł
niekończącą się opowieść, w której płynnie przewijały
się jeźdźcy Czyngis-Hana, jacyś antyczni łucznicy, których
technikę ataku stosowali miejscowi partyzanci w walce z
„giermańcem”, Spartakus koszący wrogów samolotem i
jeszcze inne, trudne do rozpoznania postaci. Kiedy Karim wrócił
z kolejnego „papierosa”, a Amir na chwilę przerwał wywód,
żeby zjeść posmarowaną dwie godziny wcześniej bułeczkę,
zaproponowałem, że skoro nie pada, to może pójdziemy na
stare miejsce i tam poczekamy na transport, wywołując tym oburzenie
obu Kazachów. „Co by ludzie sobie o nas pomyśleli? ...że
was wyrzuciliśmy, a może i okradli, albo jeszcze coś gorszego!”
- Niemal wykrzyczał Karim, a widząc, że nic nie rozumiem wyjaśnił
mi, że tutaj nie ma zwyczaju „opuszczania” gości. Jeśli
właściwie zrozumiałem, to przyjmując zaproszenie „oddajemy się”
pod opiekę gospodarza. Nakładając na niego swoisty obowiązek
zaspokojenia wszelkich naszych potrzeb (myślę, że jednak w
granicach rozsądku) tak długo, dopóki jesteśmy na jego
posesji. Nie możemy jednak jej opuścić ot tak sobie. Musimy zostać
powierzeni komuś innemu, kto przejmie obowiązki „oddającego
nas”. W naszym konkretnym przypadku kierowcy samochodu. Kiedy
przyjedzie i zapewni Amira, że zadba o nasze bezpieczeństwo,
będziemy mogli opuścić jego dom. Gdybyśmy teraz wrócili na
skałę, narazilibyśmy naszego gospodarza na złośliwości a może
i wyrzuty ze strony sąsiadów. Byliśmy zatem w potrzasku
obyczajów. Emocje szybko opadły. Amir powrócił do
przerwanej opowieści, a Karim zapytał, czy mamy jakieś pieniądze.
„Czułem, że tak to się musi skończyć” - Pomyślałem.
Przyjaciel wytłumaczył mu naszą sytuację, a dla jej zilustrowania
poprosił o pokazanie portfela. Zrobiłem to, choć wiedziałem, że
niczego nie osiągniemy. Ostentacyjne liczenie banknotów i
monet ujawniło siedem tysięcy trzysta sześćdziesiąt tenge.
Siedem tysięcy schowałem na miejsce przypominając, że to zapłata
dla kierowcy. Resztę położyłem na stole. Karim nieco rozczarowany
zabrał pieniądze i Witka. Ja zostałem z opowieścią Amira.
Panowie wrócili po kilkunastu minutach bez niczego. Pieniądze
wróciły do portfela, a Witek w skrócie opowiedział mi
jak poszli „na melinę”, gdzie Karim używając go jako żywego
dowodu na pilną potrzebę, usiłował wziąć wódkę „na
krechę”. Nic nie wskórał mimo, iż zarzekał się, że
dopłaci resztę tak szybko jak tylko będzie to możliwe. Mnie taki
obrót sprawy bardzo ucieszył, ale Karim postanowił nie dawać
za wygraną i po chwili ponownie zabrał pieniądze i Witka. Wrócili
z dwoma puszkami piwa. Trzeba przyznać, że uczciwie rozliczył się
ze mną co do gro... o przepraszam, co do tenge, oddając mi kilka
monet. Znowu było czym wznosić toasty. Między jednym a następnym
poprosiłem o zatelefonowanie do kierowcy, co o dziwo się udało.
Tamten oświadczył, że już jedzie do ...Karagandy. „Jak to,
do cholery do Karagandy? Bez nas?” - Byłem zbulwersowany. Z
mętnego wytłumaczenia wywnioskowałem, że mieli komplet, to
pojechali. Po nas wrócą i też zawiozą. Liczyłem w pamięci
kilometry: trzysta sześćdziesiąt w jedną stronę, dwieście
dziewięćdziesiąt w drugą... Wyszło mi, że nie zdążymy na
pociąg. Poprosiłem Karima, żeby jeszcze raz zatelefonował i
przypomniał w moim imieniu nasze wcześniejsze ustalenia oraz to, że
o czwartej w nocy mamy pociąg, do którego zamierzam wsiąść.
Jeśli nie usłyszę zapewnienia, iż jest to pewne, to szukam innego
transportu. „Nie wołnujet`sja. Wsio budjet charaszo. Wy
sliszkom nie dołgo żdat`” - usłyszałem w odpowiedzi. Amir,
który nie wszystko usłyszał albo zrozumiał zaoferował nam
łóżko i możliwość zostania tak długo, jak tylko
zechcemy. Podziękowałem, nie siląc się na tłumaczenie, dlaczego
nie możemy skorzystać z propozycji. Zanim całkowicie się
ściemniło wyszliśmy wszyscy zaczerpnąć powietrza. Rozmowa
potoczyła się w kierunku góry. Dopiero wówczas
usłyszeliśmy o jaskini, podziemnej rzece i innych lokalnych
atrakcjach. Obiecaliśmy solennie, że następnym razem przyjedziemy
wprost do Amira i zostaniemy na dłużej. Biesiada trwała jeszcze ze
dwie godziny. Przerwały ją silne światła samochodu. Modliłem
się, żeby to był „nasz” no i zostałem wysłuchany.
Zapakowaliśmy plecaki do bagażnika Sharana. Z tyłu wysiadła
młoda, zgrabna i ładna dziewczyna i wskazując mi swoje miejsce
przesiadła się na inne. Szybko przekonałem się, że była nie
tylko ładna ale i cwana, bo fotel był mokry. Oprócz niej i
kierowcy była tam trójka mężczyzn. Na przednim fotelu nasz
rówieśnik, a za nami dwóch chłopaków w wieku
dziewczyny. Ruszyliśmy a na uwagę kierowcy, że jesteśmy Polakami,
siwiejący mężczyzna powiedział do niego, ale dość głośno,
żeby młodzi usłyszeli: „O, naszidrjewnije wragi”. Byłem
zaskoczony, ale siląc się na obojętny ton powiedziałem równie
głośno: „Stranno, ja nie wiżu nikakich wragow”.
Najwyraźniej mężczyzna nie spodziewał się, że ktoś z nas go
zrozumie. Zmieszany zaczął coś tłumaczyć. Po chwili milczenia,
jakby nic się nie stało, zapytał gdzie byliśmy, dokąd się
wybieramy i czy nam się podobało. Kolejna seria pytań dotyczyła
Polski, warunków życia, pracy. Udzielaliśmy mu
wyczerpujących odpowiedzi, nie pytając właściwie o nic. Dopiero,
kiedy zaczął wypytywać o obowiązki wobec państwa i religii
zapytałem go jak to jest, że w kraju niemal całkowicie
muzułmańskim tak wiele osób pije alkohol. Myślałem, że
trochę go to przystopuje, ale odpowiedział, iż Koran wcale nie
zakazuje alkoholu, a ci, którzy taką jego interpretację
narzucają innym, są ekstremistami. Nie znam na tyle sur świętej
księgi, żebym mógł polemizować, a z konkluzją generalnie
musiałem się zgodzić, więc przyjąłem to wytłumaczenie. Minęła
północ,a my przecinaliśmy step w kompletnej ciemności.
Gdyby nie światła pojazdu, wyłuskujące z mroku wąski pas asfaltu
miałbym wrażenie, że mijając Księżyc wkrótce opuścimy
Drogę Mleczną.
