21 CZERWCA (ŚRODA) BISZKEK – SZU
Planowałem zmierzyć wysokość „pierewału”, ale zwyczajnie go przespałem. Ocknąłem się „połamany” na wertepach remontowanego odcinka drogi prowadzącej do Biszkeku. Zbliżała się piąta rano. Za nami było prawie siedemset kilometrów i piętnaście godzin jazdy. Za oknami słońce definitywnie rozprawiło się z ciemnościami nocy. Ulice były pustawe. Zatrzymaliśmy się w miejscu, którego nie byłem w stanie rozpoznać a przecież Swieta ustaliła, że mają nas dowieźć do dworca autobusowego. Łysy Kirgis odwrócił się w naszą stronę i powiedział: „My na miestie. Płatitie tysiaczi somow”. „Wy objeszczali otwiezti nas w awtowagzał. Gdie on?” - zapytałem. „Dwiesti metrow wniz po etoj ulicje” - odpowiedział spokojnie. Nie wiem czemu nie zapytałem dlaczego nie podwiezie nas bliżej. Byłem rozespany, podtruty, zmęczony. Zapłaciłem ustaloną kwotę. Wysiadając stwierdziłem, że jest zaskakująco zimno. Założyliśmy plecaki, a samochód odjechał. Żadnych pożegnań, grzeczności. Byliśmy tylko towarem do przetransportowania. Rzetelnie wykonano usługę, pobrano należność i tyle. Z armaturą czy kafelkami zapewne też się nie żegnali. Poszliśmy we wskazanym kierunku. Ulica istotnie doprowadziła nas do dworca, choć z pewnością nie było to dwieście czy nawet pięćset metrów.
Ilekroć doświadczam skutków złego, czy wręcz braku, przygotowania przyrzekam sobie solennie, że następnym razem to przeczytam i wynotuję wszystko, co kiedykolwiek zostało opublikowane w tym temacie i ...i tego nie robię. Żebym jeszcze miał jakiś dobry powód. Jakieś fajne, obiektywne wytłumaczenie. Niestety, nic. Absolutnie nic mnie nie tłumaczy. Kolejna nauczka, prztyczek w nos czekał tuż za rogiem i zacierał łapki. Na dworcu, co w Kirgizji jest niemal normą, nie było żadnego autobusu do granicy czy też do Szu. Gdybyśmy trochę popytali, a nie opierając się na niesprawdzonej opinii łotyskiego księdza, uparli jechać do tego miasta, to za osiemset somów dojechalibyśmy do Ałmat a stamtąd za równie rozsądne pieniądze dalej, do Sary-Ozek. Gdybyśmy ... ale nie zrobiliśmy tego. Płacąc pięćset somów dojechaliśmy taksówką do przejścia granicznego w Kordaj. 

Na pożegnalny toast kupiliśmy butelkę lokalnej wódki, a chleb na zakąskę. Chleb zjedliśmy w całości, a wódkę, po wypiciu stakańczyka, zostawiliśmy sobie na inną okazję. Przejście granicy odbyło się bez żadnych atrakcji. Paszport - uśmiech do kamery - druk, pieczątki – prześwietlanie bagażu – paszport – Witaj Kazachstanie! Kolejna taksówka, tym razem zbiorowa, dzięki czemu sto dwadzieścia kilometrów przejechaliśmy za trzy tysiące tenge. Wikipedia na temat miasta, w którym się znaleźliśmy ma do powiedzenia tyle: „Szu - miasto w Kazachstanie; w obwodzie żambylskim; nad rzeką Czu.” Nawet gdybym chciał, to niewiele miałbym do dodania. Miasto jak miasto. W Związku Radzieckim takich miast „Skolko ugodno”. Tak, oczywiście. ZSRR już nie ma. Formalnie. Łatwiej jednak zmienić ustrój, przestawić granice, aniżeli zmienić mentalność, przyzwyczajenia. Na to trzeba czegoś więcej aniżeli dekretu, traktatu. Muszą minąć lata, muszą przeminąć pokolenia. W Szu ZSRR jest nadal żywe jak idee W.I. Lenina w Korei Północnej. Gwiazdy, sierpy skrzyżowane z młotkami, sowieccy bohaterowie, socrealizm i cały ten sztafaż mają się dobrze i nic nie wskazuje na to, żeby szykowały się jakieś zmiany. Nawet na narodową walutę niektórzy mówią „ruble”, choć napis „tenge” jest wyraźny i umieszczony na nowoczesnych w formie i jak najbardziej narodowych w wyrazie, banknotach. Dworzec kolejowy duży, odświeżony i pusty. Sympatyczna kasjerka zapewne zdziwiłaby się, gdybyśmy jej powiedzieli skąd przybywamy i dokąd chcemy jechać, ale zaoszczędziliśmy sobie wstydu i udając mądrych turystów z zachodu, poprosiliśmy o bilet do Sary-Ozek. Sprawiliśmy jej tym życzeniem kłopot, ponieważ żeby pojechać tam pociągiem, trzeba dostać się do ..? Nie zgadniecie. A jednak! Tak, brawo do Ałmat. Nie sposób ominąć to piękne miasto ale jadą tam raptem dwa pociągi dziennie. Na domiar złego, zazwyczaj są zatłoczone i o miejsca jest trudno. Jakby tego było mało, uparliśmy się przy „plackarcie”, czyli najtańszej wersji biletu. Kobieta w uniformie długo analizowała tabelki na ekranie monitora i jak niegdyś Salomon znalazła kompromisowe rozwiązanie. Do Ałmat ( tak, do tych samych, do których mogliśmy bez problemu pojechać prosto z Biszkeku za osiemset somów) pojedziemy razem, natomiast w Ałmatach (ciągle mowa o tych samych, cholernych Ałmatach) zmienimy wagon i do Sary-Ozek pojedziemy siedząc na przeciwległych jego końcach. Całość tej skomplikowanej operacji pomniejszyło nasze zasoby o pięć tysięcy, sto tenge. W oczekiwaniu na przyjazd pociągu usiedliśmy na ławkach. Przyjaciel zasnął, a ja zabrałem się za spisywanie serii błędów i niedopatrzeń, które zawlokły nas do Osz. Czasu mieliśmy sporo. Kiedy wreszcie wyczekiwany skład wyhamował, okazało się że stoi przy drugim peronie. Miejscowi, nie wyłączając staruszków, inwalidów i dzieci, bez zastanowienia wleźli na tory a następnie pod stojące przeciskając się pod wagonami wgramolili się na peron. My, z naszymi europejskimi oporami i plecakami na grzbietach, usiłowaliśmy znaleźć kładkę lub tunel. Jak łatwo się domyślić, skoro ludzie łażą pod pociągami, to nie ma sensu budować dla nich kosztownych przejść. Obawiając się, że mimo wyczekiwania na dworcu kilku godzin, ostatecznie nie zdążymy wsiąść na czas, wybraliśmy wariant pośredni. Z jednej strony składu zmieniano lokomotywę. Wykorzystując powstałą w ten sposób chwilową lukę przedostaliśmy się na peron a potem do wagonu. To, że był on pełen, było oczywiste. Niestety, w większości były to rodziny z dziećmi. Głównie małymi i bardzo małymi. Moje miejsce wypadło vis a vis kobiety z noworodkiem a obie, górne leżanki, zajmowało jej tylko trochę starsze potomstwo. Wiedziałem, że za niedostateczne przygotowanie trasy podróży spotka mnie kara, ale miałem nadzieję, iż skończy się na wstydzie i większych wydatkach. Los postanowił ukarać mnie dotkliwiej. Mimo upału zalaliśmy „kipiatokiem” kawę dla mnie i herbatę dla Witka. Pożartowaliśmy trochę z konduktorem, wściekając się w międzyczasie na dokazujące dzieci i ich rodziców. Nauczeni świeżym doświadczeniem przeanalizowaliśmy dostępne materiały dotyczące celu naszej obecnej podróży. Dla zabicia czasu ponownie skorzystaliśmy z samowaru, tym razem zalewając wrzątkiem chińskie zupki. Dzieciarnia zaczynała we mnie budzić mordercze instynkty. Modliłem się, żebyśmy przyjechali do Ałmat, zanim ostatecznie puszczą mi nerwy i wywołam międzynarodowy konflikt, lejąc w dupę najbardziej rozwydrzonego bachora. Bóg okazał się litościwy. Za oknami pojawił się znany z poprzedniej tu bytności dworzec. Nerwowa atmosfera wewnątrz wagonu była niczym wobec tego, co działo się na peronie. Patrząc przez okno miałem wrażenie, jakbym siedział w kinie i oglądał radziecką komedię obyczajową z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Tłum obładowany kuframi, walizkami, torbami, tobołkami przewalał się w obu kierunkach, potykając się o ciasno rozstawionych handlarzy. Lepioszki, pierogi, smażone i suszone ryby, owoce i „morożjenoje”, kwas, woda, papierosy i co kto sobie zażyczy. Wszystko stłoczone na wąskiej przestrzeni peronu. Jechaliśmy w wagonie szóstym, a mieliśmy się przesiąść do dwudziestego trzeciego. Zanim jednak postawiliśmy stopy na peronie, rozgorączkowany tłum poniósł nas w przeciwną stronę. Ażeby wyhamować i zawrócić potrzebowaliśmy, tak jak transatlantyk, czasu i miejsca. Udało się to dopiero przed lokomotywą. Kiedy poczuliśmy twardy grunt pod kilem, daliśmy „cała naprzód” i z wolna nabierając impetu, natarliśmy na poprzedzających nas wczasowiczów. Mijając „dziesiątkę” byliśmy już na pełnych obrotach i widok torów za wagonem dwunastym nie tylko wywołał konsternację, lecz także spowolnił ruchy, co z kolei przełożyło się na wytworzenie próżni przed nami i zwiększyło ciśnienie za nami. Zanim ponownie udało nam się wyhamować, unikając jednocześnie stratowania, byliśmy na wysokości zwrotnic i dawno niedziałających pomp do napełniania wodą parowozów. Zapytany kolejarz uspokoił nas, twierdząc iż brakujące wagony zostaną doczepione. Tak też się stało. Jak już wspominałem, kazachskie koleje przejęły radziecki system organizacji i obsługi pasażerów. Zwykle do pociągu nie sposób wsiąść bez okazania biletu i dokumentu tożsamości, ale wobec napierającego tłumu nawet postradzieckie systemy muszą ustąpić. Konduktor przezornie schował się do przedziału służbowego pozwalając na pełną samowolę. Ludzie nawołując się, depcząc po nogach, kopiąc po łydkach i gubiąc klapki wdzierali się do przedziału, jak Armia Czerwona do niemieckich okopów. „Trup słał się gęsto”. Przyjaciel miał miejsce z samego przodu, więc szybko zszedł z linii strzału. Moja kuszetka była niemal na samym końcu, co zmusiło mnie do opierania się morderczym instynktom napierających z tyłu, przez długie minuty. Na kanapie oznaczonej moim numerem zastałem młodą, gustownie ubraną dziewczynę. Upewniłem się co do wyboru miejsca. Wszystko się zgadzało. Moja leżanka była na „pięterku”. Dziewczyna zapytała czy chcę schować plecak do pojemnika pod siedziskiem. Potwierdziłem nie przemyślawszy konsekwencji tej decyzji. Uświadomiłem je sobie dopiero wówczas kiedy oboje usiedliśmy na kanapie pod którą zniknął mój bagaż. Dziewczyna miała leżankę przygotowaną do spania i w każdej chwili mogła z niej skorzystać. Cokolwiek chciałbym wyjąć z plecaka, a pomijając zawartość kieszeni, wszystko było właśnie w nim, musiałbym ją prosić o zejście. A co, jeśli zaśnie? Miałbym ją budzić? Ot taki problem, ale wszystko ma jakieś rozwiązanie. Założyłem, że tak, czy inaczej, zanim się położy zapewne pójdzie się umyć i wówczas przełożę bagaż na najwyższą półkę, jeśli zdołam ją opróżnić z materacy i poduszek. W przepełnionym wagonie było gorąco i duszno. W niegdysiejszych pociągach jeżdżących po ZSRR okna były skręcone śrubami. We współczesnych zrezygnowano z tej „formy zabezpieczenia”, lecz konstrukcja i tak pozwala na lekkie uchylenie jedynie górnej, wąskiej jego części. Wyświetlacz pokazywał trzydzieści pięć stopni, choć ze względu na dużą wilgotność, temperatura odczuwalna wydawała się być jeszcze wyższa. Pot płynął wąską strużką po plecach. Noc spędzona w samochodzie zaczynała przypominać o sobie co raz trudniejszą do opanowania sennością. Moja sąsiadka także chyba poczuła potrzebę zmiany pozycji bo zabrała ręcznik i poszła w kierunku łazienki. Tak jak wcześniej zaplanowałem, wydobywszy z pojemnika plecak przełożyłem go na swoją leżankę. Górna półka była tak zastawiona, że umieszczenie tam nawet dużej torby nie wchodziło w rachubę, więc wyjąłem potrzebne rzeczy i umieściłem go tak, żebym mógł się koło niego zmieścić. Zaletą górnej leżanki jest jej usytuowanie na wysokości lufcika. Szacunkowe wyliczenia dawały mi trzy godziny, które chciałem wykorzystać na odespanie zaległości z poprzedniej nocy, ale jak na złość, sen mnie omijał. W końcu straciłem kontakt z rzeczywistością. Czy ze zmęczenia, czy z braku powietrza? Trudno powiedzieć. Wracałem na jawę w krótkich, płytkich sesjach. W sam raz ażeby sprawdzić godzinę. O dwudziestej drugiej, bez entuzjazmu, zwlokłem się z wyżyn swojego „poleżenia” i poszedłem do Witka. On także miał damskie towarzystwo. Obie dziewczyny już spały, tak że ich urodę poznałem dużo później przeglądając zdjęcia. Pociąg miał spore opóźnienie więc przysiadłem na jednej z leżanek i w tej mało komfortowej pozycji doczekałem stacji. Wysiedliśmy na dużym węźle kolejowym, ale z maleńką stacją. Budynek, a raczej nie był chyba remontowany przez minione dwie, trzy dekady. Przy małym otworze w ścianie stały trzy osoby ustalając szczegóły kupowanych biletów. Ustawiliśmy się za nimi czekając na naszą kolejkę. Czasu mieliśmy dosyć, a i pytań kilka, nie wszystkie związane z kolejami. Liczyliśmy na życzliwość kasjerki i doświadczyliśmy jej w stopniu, jakiego nawet nie moglibyśmy się spodziewać. Pani, mimo późnej pory i trudności językowych z uwagą wysłuchała naszych życzeń, a następnie starannie przeszukała rozkład jazdy i przedstawiła nam kilka wariantów podróży powrotnej. Dla pewności, w trakcie mówienia, rozpisywała wszystko na kartce i pokazując długopisem każdy składnik. Wpatrywała się także w każdy gest, mimikę, poszukując w nich śladów niezrozumienia czy niepewności. Gdyby moja nauczycielka matematyki, miała choćby połowę jej zdolności, to zapewne także i dzisiaj wiedziałbym co to całki. Kiedy nie tylko wybraliśmy połączenie, ale potwierdziliśmy zrozumienie oferty i wszystkich jej konsekwencji, wydrukowała bilety i skasowała stosowną należność w wysokości dwunastu tysięcy tenge. Załatwiwszy podstawowy problem, zapytaliśmy o możliwość przenocowania przy lub na dworcu, możliwość kupna wody oraz sposobie dotarcia do parku Ałtyn-Emel. W każdej z tych kwestii uzyskaliśmy rzetelną odpowiedź, nawet jeśli przyznawała się do braku kompetencji. Kiedy tak konwersowaliśmy sobie z kasjerką stanęła za nami para dosyć młodych ludzi. Kiedy zwolniliśmy miejsce, kobieta wypytywała kasjerkę w ich sprawach, chłopak podszedł do nas i uzupełnił informacje uzyskane od kasjerki. Wychodząc z poczekalni zaproponował, że pokaże nam miejsce pod namiot, drogę do sklepiku i ułatwi kontakt z dyżurującym policjantem, żebyśmy czuli się bezpieczniej. Sklep niestety był już zamknięty, więc musieliśmy zadowolić się kirgiską wódką. Policjant nie tylko nie oprotestował pomysłu rozbicia namiotu na trawniku pomiędzy poczekalnią a peronem, ale nawet obiecał wzmóc częstotliwość obchodu. Przy różowym świetle lamp rtęciowych rozstawiliśmy nasze igloo i po zdezynfekowaniu się alkoholem położyliśmy się spać. Tym razem zasnąłem błyskawicznie.