13 CZERWCA (WTOREK) PONOWNIE SATY
   Nie wiem czy obudziło mnie zimno, chrapanie, czy świadomość konieczności zażycia antybiotyku. Tak czy inaczej, zrobiłem co było trzeba i przez chwilę zastanawiałem się czy budzić przyjaciela, który w znacznym stopniu spał już po za karimatą, wprost na wilgotnej podłodze namiotu. Trąciłem go lekko, co dało dobry skutek dla nas obu. Zmieniając pozycję wrócił na podkładkę i przestał chrapać. Brak jakichkolwiek świateł powoduje, że nocą gwiazdy na Kolsai II zdają się być w zasięgu ręki, co potęguje odczuwanie zimna. Opatuliłem się ciaśniej i zasnąłem. Dobrze po siódmej zaryzykowaliśmy wysunięcie nosów ze śpiworów. Nadal utrzymywał się chłód, lecz nie był dokuczliwy. Wyrzuciliśmy większość sprzętów poza namiot, żeby zrobić miejsce dla palnika. Przyzwyczailiśmy się do wydłużonego czasu oczekiwania na gorącą wodę, starając się wykorzystać go w najbardziej racjonalny sposób. Samo jedzenie i sprzątanie po nim przebiega błyskawicznie, nie mniej jednak gotowi do wyjścia byliśmy około dziesiątej. Transport mieliśmy umówiony na piętnastą. Przy założeniu trzech godzin marszu, mieliśmy dwie w zapasie. Bez wielkich nadziei na akceptację, zaproponowałem „spacer” w kierunku „trójki”. Krótkie „Chodźmy!” trochę mnie zaskoczyło. Przeszliśmy na prawy brzeg jeziora i ruszyliśmy w stronę gór wydeptaną ścieżką. Zrobiliśmy to bez zastanowienia, automatycznie. Zapewne z dwóch powodów: przy Kolsai II tylko prawa strona nadawała się do marszu, a tu z lewej strony, poprzedniego dnia widzieliśmy spore urwisko. Pierwsze kilkaset metrów było w istocie jak dla spacerowiczów: równe, wygodne, bez przeszkód. Potem ścieżka weszła w las. Pięła się w górę, schodziła niemal nad brzeg jeziora. W kilku miejscach zwalone drzewa zmusiły nas do obchodzenia i ponownego szukania śladu. Po godzinie Witek uznał za bezsensowne przedzieranie się dalej, ponieważ chcąc zdążyć na spotkanie, należało pomyśleć o odwrocie. Najwidoczniej dostrzegł w mojej minie rozczarowanie, bo powiedział: „Jeśli chcesz, to zostaw plecak i idź sam, ale pamiętaj, że mamy tylko cztery godziny.” Ochoczo przystałem na tę propozycję. Z pojedynczym kijem w dłoni i aparatem przedarłem się przez zarośniętą skarpę i kalecząc do krwi skórę o suche gałęzie, poszedłem dalej. Dzień był piękny. Po chłodzie nie pozostał najmniejszy nawet ślad. Wkoło pachniały zioła i grały świerszcze. Spomiędzy drzew z cicha chlupały drobne fale. Trzeciego jeziora jednak nie dane mi było zobaczyć z bliska, ponieważ ścieżka skończyła się nad urwiskiem. Ruszając wiedziałem, że do niego nie dotrę, miałem jednak nadzieję na szerszy widok zza cypla, który obchodziliśmy. Niestety, złe wybory mają swoje konsekwencje. Gdybyśmy poszli lewą stroną, zapewne także nie dotarlibyśmy do celu, lecz przynajmniej zobaczylibyśmy przeciwległy brzeg „dwójki”. Mogę jedynie wyrazić swoje przekonanie, oparte o wrażenia z dwóch pierwszych jezior, co do jego wielkiej urody. Bez wątpienia, tak jak Kolsai I jest celem bardzo licznych grup ludzi, do drugiego docierają tylko bardziej wytrwali (ewentualnie majętniejsi, opłaciwszy wierzchowca i przewodnika), tak trzecie musi być oazą spokoju, bowiem trzeba mieć dobrą kondycję, żeby się tam wspiąć. Kiedy wracałem, na wzgórzu nade mną rozległ się dziwny głos. Trochę przypominał psa, choć było coś w nim niepokojącego. Przyjaciel odniósł podobne wrażenie, bo kiedy do niego dotarłem zapytał nie o to, gdzie doszedłem i co widziałem, a właśnie o ów dźwięk. 
   Zejście do Kolsai było łatwiejsze od podchodzenia, choć także wyczerpujące. Sporadycznie mijaliśmy osoby idące w górę. Podobnie jak w polskich górach większość z nich pozdrawiała nas, czasami wdając się w krótką, żartobliwą wymianę uwag na temat trasy. Robiąc parominutowe przerwy na odpoczynek, dotarliśmy na szlak wokół „jedynki”. Na wysokości półwyspu minęła pora połknięcia kolejnej porcji antybiotyku, ale żeby nie robić zamieszania na wąskim szlaku postanowiłem odłożyć to do nieodległego już parkingu. Trochę przyblokował nas wojskowy patrol konny, któremu musieliśmy ustąpić miejsca więc na ostatnich kilkuset metrach wysforowałem się do przodu. Wdrapując się na ostatnie wzniesienie ze zdziwieniem stwierdziłem brak w zasięgu wzroku przyjaciela. Odczekałem chwilę, a kiedy nadal go nie było widać, zacząłem schodzić. Kilkanaście metrów niżej pojawił się z kijem trekingowym, którego wcześniej nie miał. Odczekałem, aż dojdzie do mnie i już miałem zażartować na ten temat, kiedy zauważyłem, że coś jest nie tak. Ubranie Witka było przybrudzone, a buty mokre. Kiedy zapytałem o przyczynę, wyjaśnił, iż przechodząc fragment nad samą wodą niefortunnie stanął i w konsekwencji upadł. Idący za nim chłopak, którego wcześnie widzieliśmy jak zbierał śmieci, pomógł mu wstać i oddał swój kij. Mówiąc to przyjaciel wskazał sylwetkę na krawędzi wzgórza. „Muszę oddać mu kij i podziękować” - oświadczył stanowczo. „To oczywiste, ale czy czujesz się na tyle dobrze, żeby iść? Jeśli chcesz, to dogonię go i oddam kij a ty dojdziesz do nas” - zaproponowałem. „Nie, nie trzeba. Wszystko jest w porządku. Na szczęście nie skręciłem kostki, choć w pierwszej chwili takie miałem wrażenie. Idziemy” - powiedział stanowczo. Tuż przed piętnastą byliśmy na miejscu. Leśnika ani jego samochodu nigdzie nie było widać. Przyjaciel oddał kij, a ja połknąłem tabletkę. Już zaczynaliśmy rozważać szukanie innego przewoźnika, kiedy z dołu nadjechał znany nam VolksWagen. Wpakowaliśmy do nadal brudnego bagażnika plecaki, ale odjazd odwlekał się, bo kierowca stał w grupie osób otaczających angielkskojęzycznego turystę. Kiedy zdecydowaliśmy się wysiąść, żeby pomóc mu z tłumaczeniem, leśnik wsiadł i ruszył. Tuż przed miasteczkiem odwrócił się i dosyć obcesowo powiedział: „Wy budietje płatit tri tysiaczi. Dwa nie chwatajet a ja dołżen był idti w dwa raza” Poirytowało mnie nie tyle samo żądanie, co forma. W porównaniu z innymi „oferentami” podana kwota nie była wysoka i zapewne, gdyby przed odjazdem powiedział nam, że chciałby dostać więcej, to pewnie dorzucilibyśmy tysiąc tenge. Nie zrobił tego licząc się pewnie z tym, iż odwrócimy się na pięcie i nie dostanie nic. Teraz ryzykował tylko odrzucenie żądania podwyżki. Nie bez znaczenia pewnie było także i to, że kiedy mu płaciłem za przyjazd, widział zawartość portfela, a w negocjacjach z „Angolem” pewnie także padały wyższe kwoty. Nie miałem jednak ochoty ulegać takiej presji. „Wy ranszje skazali czto dwa, płatit dwa. Dla wczeraszniego pryjezda ja użje zapłatił wam. Sogłaszenie jawlajetsja sogłaszeniem. Da, ili niet?!”- powiedziałem stanowczo, zastanawiając się, jaka może być jego reakcja. Byliśmy prawie na miejscu, więc wywalenie nas z samochodu niczego mu nie da. Mógłby próbować zatrzymać nam plecaki, ale wówczas byłaby to kradzież, a wszyscy go tu znają. Bijatyki nie brałem pod uwagę. Nas było dwóch, a i on nie wyglądał na tak zdesperowanego. Najwyraźniej z jego strony był to rodzaj testu bez głębszego planu, ponieważ naburmuszony już nic nie powiedział. Zatrzymał się przed sklepem. Podałem mu dwa tysiące, powiedziałem: „Spasiba” i wysiadłem. Przyjaciel został w samochodzie do czasu otwarcia bagażnika i dołączył do mnie, kiedy trzymałem w rękach szelki obu plecaków. Wyszliśmy zwycięsko z tej potyczki, a jednak czuliśmy jakiś niesmak. Zdecydowanie wolę rozstawać się z ludźmi w serdecznej atmosferze, nawet jeśli widzę ich po raz ostatni.
    „Nam nużno kupit chljeb” - nie wiedzieć czemu po rosyjsku powiedział Witek. „Niech Ci będzie” - odparłem wiedząc, że w tej kwestii dyskusja nie ma sensu. Łatwiej jednak powiedzieć, niż zrobić. Tak jak za pierwszym razem, byliśmy tutaj po południu. Szliśmy od sklepiku do sklepiku (a jest ich dużo, jak na tak małą mieścinę) i wszędzie proponowano nam co najwyżej słodkie drożdżówki. Ktoś powiedział przyjacielowi, że może jest w sklepie na wjeździe, który minęliśmy, jadąc samochodem. Było to prawdopodobne, bo tam kupiliśmy chleb kilka dni temu. „Chyba nie chcesz się wracać taki kawał drogi?” - zapytałem z nadzieją w głosie. „Coś trzeba zjeść, a to wcale nie jest aż tak daleko” - rozwiał moje złudzenia zapytany. „Podejdźmy jeszcze kawałek w tę stronę. Skoro na tamtym końcu go mają, to i na tym też powinien być!” - wysunąłem niczym nie uzasadnioną hipotezę. Na szczęście, jak się okazało, trafioną. Kupiliśmy lepioszkę i litrowy kefir. Za sklepem Saty właściwie się już kończyły. Po prawej stronie była prowizorycznie zorganizowana baza samochodów i sprzętu budowlanego drogowców, a za nią stacja benzynowa. Z lewej dom i zagroda, kilka jurt, których przeznaczenia nie mogliśmy się domyśleć i łąki na których pasły się konie i krowy. Droga, wznosząc się na wzgórze, znikała na jego wierzchołku. To tam mieliśmy się kierować, jeśli znajdzie się ktoś, kto zechce nas zabrać. Tymczasem zasiedliśmy na kawałkach betonu pod stacją paliw i zjedliśmy chleb, popijając kefirem. Jak to zwykle bywa, jeden proces wywołuje inny. Potrzeba znalezienia jakiejś toalety zaprowadziła mnie na stację. Przy dystrybutorach stał samochód, ale wkoło nie było żywego ducha. Wszystko wyglądało na wymarłe, porzucone, w najlepszym razie nieczynne. Na szczęście kazachskie stacje bardziej przypominają pereelowskie CPN-y, a niżeli europejskie kompilacje sklepo-restauracjo-paliwodajnie. Stojąca na wjeździe zbita z desek „sławojka” nie wymagała ani klucza, kodu czy choćby klamki. Z całą pewnością dostarczała niezapomnianych wrażeń i sporej dawki adrenaliny. Drewniana budka została bowiem ustawiona wprost na studni z betonowych kręgów o średnicy metra, co sprawiało, iż trzymała się na nich tylko drewnianymi narożnikami, kiwając się rytmicznie pod wpływem wiatru. Spojrzenie poprzez wiadomy otwór w podłodze, upewniło mnie, że przybytek jest nowy i zbudowany z podziwu godnym planem na przyszły, ogromny ruch w interesie, albowiem głębokość „studni” oszacowałem licząc kręgi, na pięć-sześć metrów. Od strony gór nadchodziła burza. Niebo przybrało fioletowo-granatowy odcień, a ukośne pasma, jak grafika na prognozie pogody wyznaczały miejsca, gdzie już padało. Wprawdzie budziło to nasz głęboki niepokój, lecz trudno było nie docenić urody zjawiska. Okoliczne wzgórza i łąki rozbłyskiwały jaskrawą zielenią w miejscach, gdzie przez gęsty kożuch chmur docierało słońce, kontrastując z mrocznymi miejscami pozostającymi w cieniu. Wiatr wzmagał się coraz bardziej. Nieuchronności zdarzeń dowodziły nerwowe próby nakrycia otworów w jurtach po przeciwnej stronie drogi. Trzeba było szybko coś przedsięwziąć. Pusta stacja nie była wymarzonym schronieniem, miała jednak dach i była pusta. Przenieśliśmy więc tam swoje rzeczy, licząc na to, że żaden z piorunów nie trafi w stalową konstrukcję dachu i słupów nośnych.
   Gdybyśmy wówczas znaleźli jakikolwiek transport zapewne jezioro Kaindy pozostałoby w mojej świadomości jedynie jako internetowy obrazek i punkt na mapie.
   Burza, która równie szybko przeminęła, jak nadeszła, zmusiła nas do podjęcia, jak się później okazało, szczęśliwej w skutkach decyzji o przenocowaniu w Saty`ach. Wówczas byliśmy tym poirytowani i zmartwieni. Uciekał nam kolejny dzień. Zakładając, że wylot z miejscowości jest najlepiej rokującym miejscem do „łapania okazji”, jak tylko przestało padać, poszliśmy szukać kawałka trawnika pod namiot. Łąka nad stacją wydawała się najlepsza do tego celu. Wąż z wodą, toaleta – pełna infrastruktura. Po rozbiciu namiotu umyliśmy się, zrobiliśmy sobie ciepły posiłek lecz mycie naczyń przerwała nam druga odsłona burzy. Uziemieni w namiocie przeklinaliśmy Saty, ulewę, interesownych kierowców i brak transportu publicznego. W nocy okazało się, że upstrzona krowimi plackami łąka za pozornie opuszczoną stacją benzynową jest placem manewrowym dla cystern dowożących paliwo. Perspektywa zadeptania przez krowy sprzed trzech dni była niczym wobec możliwości dostania się pod koła wielotonowej ciężarówki. Wprawdzie potężne reflektory rozświetliły wnętrze namiotu jak chiński lampion, ale czy dla siedzącego dwa metry wyżej kierowcy samochodu i patrzącego przez zalewaną deszczem szybę, zielona, wypukła płachta, będzie widoczna? Tego wcale nie byliśmy pewni. Po kilku minutach ogłuszającego warkotu silnika, jak nam się zdawało tuż nad głowami, nagle zapadła cisza. Trzasnęły drzwi pojazdu, plasnęło od ciężaru zeskakującego ze schodków mężczyzny i usłyszeliśmy wołanie: „Ej, wy tam w pałatkie. Priwiet!” W półkolu rozpiętego wejścia pojawiła się umorusana twarz młodego mężczyzny. Spodziewałem się pretensji, polecenia zbierania namiotu a usłyszeliśmy: „Wy chotietje pojechat na ozjero Kaindy? U mienia jest dwa miesta w maszynie”. „Kakda? Ja nie dumuju szto siejczas” odpowiedziałem zaskoczony. „ Niet, zawtra utrom. W diesiat`” padła odpowiedź. Ustaliliśmy jeszcze, gdzie mamy się spotkać i gość odjechał ponownie czyniąc ogłuszający hałas. Wydawało się, że limit niespodzianek w tym pechowym dniu, został wyczerpany. Tak też było, ponieważ zbliżała się północ. Jednak w nowym dniu czekały na nas nowe niespodzianki.