15 CZERWCA (CZWARTEK) KIRGIZJA
Noc, jak na tę wysokość, była bardzo ciepła. Gdyby nie to, że umówiliśmy się z gospodarzem działki na ósmą, to pewnie trochę dłużej byśmy pospali. Nie wypadało jednak nadużywać gościnności, więc przed szóstą byliśmy na nogach, a o ósmej gotowi do wyjścia. Nikt się nie pojawił. Odczekaliśmy kilkanaście minut i nie będąc pewnymi szczegółów ustaleń, poszliśmy w kierunku gospodarstwa. Przed bramą napotkaliśmy starszą kobietę. Nie pamiętając imienia chłopaka, ryzykując nieporozumienie, powiedziałem, iż czekamy na syna i zapytałem czy jest w domu. Zamiast odpowiedzi usłyszałem pytanie: „Wy czaj uże pili?” Zgodnie z prawdą odparliśmy, że nie, licząc też trochę na zaproszenie. Kobieta przyjęła to do wiadomości ...i tyle. Postaliśmy chwilę przed domem, umyliśmy się w ogródku. W tym czasie nadszedł chłopak, wyprowadził na podwórko duże kombi i wskazał nam bagażnik. Zapakowaliśmy tam plecaki, sami usadowiliśmy się z tyłu wcześniej wręczając mu dwie czekolady z kolekcji Witka. Na przednim fotelu usiadła jego żona i pojechaliśmy do centrum, czyli jakieś trzysta metrów. Zatrzymaliśmy się przed bankiem. Kazach pokazał na budynek i powiedział: „Tam wy możietje obmieniat diengi”. Następnie pokazując ręką na południe dodał: „Eta doroga wiediet k` granice. Wy dołżny pojti tuda i wziat` taksi.” Na koniec, jakby w formie ostrzeżenia powiedział, pokazując jednocześnie na drogę idącą po skosie na wschód: „Tam put` w kitaj!”. Chcąc „błysnąć” wiedzą i ogładą powiedzieliśmy „rahmet”, co po Kazachsku ma oznaczać „dziękuję”, a w pakiecie z głębokim ukłonem „dziękuję bardzo”. Nie wiem czy z powodu kiepskiego akcentu zostało to zignorowane. Pożegnaliśmy się zatem po rosyjsku i poszliśmy do banku. Wewnątrz typowego, choć ciasnego wnętrza było kilkoro interesantów, strażnik i pracownica banku, która zapytała w czym może pomóc. Powiedziałem, że chcemy wymienić pieniądze. Pokazała puste okienko. Stanąłem tam licząc, że ona lub ktoś inny mnie szybko obsłużą. Niestety, stanowisko pozostawało puste. Po dłuższej chwili udało mi się przechwycić wzrok panienki i wzruszeniem ramion oraz dłonią skierowaną w okienko zadałem nieme choć jak sądzę wyraźne pytanie. Odpowiedź była niestety dosyć enigmatyczna: „Kto-to prijdiet”. „No kagda” - dociekałem już werbalnie. „Skoro” - usłyszałem. To skoro nie było takie szybkie. Młody kasjer usiadł na stanowisku i zupełnie nie zwracając na mnie uwagi powoli przygotowywał się do pracy: włączył komputer, wypełnił kilka druków, przeliczył banknoty i zabrał się do liczenia rulonów z monetami. Kiedy wreszcie skończył podałem mu sto dolarów i zainkasowałem trzydzieści tysięcy , sto sześćdziesiąt osiem tenge. Znowu byliśmy „bogaci”. Mijając rondo poszliśmy drogą oznaczoną napisem Quarkara. Kilkadziesiąt metrów dalej ktoś zamachał do nas z przeciwległej strony ulicy. Podeszliśmy do mężczyzny stojącego przy samochodzie. Po kilku wstępnych grzecznościach zapytał dokąd się wybieramy i od razu zaoferował podwiezienie za pięć tysięcy. Powiedziałem, że to za drogo i odwróciłem się. „Pust budiet tri tysicza” - usłyszałem za sobą. „Ja budu płatit dwie tysiaczi i wy podtwierżdajetie nas w toj`że granice. Da ili niet? Tamten parsknął coś niezrozumiale, ale milczący dotąd drugi, starszy, zwalisty mężczyzna powiedział: „Ja pojdu za dwie tysiaczi”. Upewniłem się jeszcze, że rozmawiamy nie o miasteczku Karkara, odległym o czternaście kilometrów, a o granicy o tej samej nazwie, do której zgodnie z mapą jest dwadzieścia osiem kilometrów i władowaliśmy plecaki do starego Nissana i pojechaliśmy ...w przeciwnym do zamierzonego kierunku. Już miałem zacząć protestować, kiedy zatrzymaliśmy się na stacji paliw. Kierowca wyciągnął rękę po pieniądze. Tak to zwykle się tu odbywa, więc bez oporów podałem mu banknoty. Po zatankowaniu minimalnej, koniecznej ilości benzyny, ruszyliśmy na południe. Znośny asfalt skończył się po kilkuset metrach. Kiepska szutrowa droga doprowadziła nas do Karkary, którą minęliśmy ledwo zauważając. Ostatnie kilkanaście kilometrów było w remoncie. Nawierzchnia została całkowicie zryta, a na dodatek co jakiś czas stała jakaś maszyna. Kierowca bez zastanawiania wjechał w step i lawirując pomiędzy kępami roślin dowiózł nas pod graniczny szlaban.
Czytając o tym, że „Karkara” funkcjonuje tylko w miesiącach letnich, a i to tylko od dziewiątej do siedemnastej, wyobrażałem sobie drewniany, skrzypiący szlaban, budkę pomalowaną w biało-czerwone pasy i osamotnionego pogranicznika z utęsknieniem wyglądającego kogokolwiek, kto rozproszyłby nudę pilnowania stepu. Nic bardziej mylnego. Kompleks budynków z pełną infrastrukturą graniczną i wieloosobowa załoga po stronie Kazachstanu. Pamiętając uwagę o znaczeniu dwóch małych pieczątek na karcie migracyjnej sfotografowaliśmy je na dowód, że były i podeszliśmy do budki. Po wstępnych oględzinach paszportów i nas samych zostaliśmy skierowani do hangaru z urządzeniem do prześwietlania bagażu. Dwaj żołnierze pooglądali sobie zawartość naszych plecaków na monitorze a następnie kazali przyjacielowi otworzyć zamki. Głównie interesowała ich zawartość apteczki i kosmetyczki. Skrupulatnie oglądali i obwąchiwali lekarstwa i pojemniczki. Trochę z tego żartowałem, choć było to dosyć zastanawiające. Kiedy skończyli, zabrali się za mój plecak. Podobnie jak wcześniej, skupili się na kosmetyczce. Być może jest tu problem z narkotykami i stąd ta nadgorliwość pograniczników. W końcu puszczono nas dalej. W ostatnim punkcie odebrano nam karty, podbito paszporty i pozwolono iść dalej. Kirgizi są mniej drobiazgowi w kontrolowaniu przyjezdnych, a ich zaplecze proporcjonalnie do wielkości kraju, znacznie skromniejsze od sąsiadów. Także podejście jest mniej oficjalne. Żołnierz zanim jeszcze obejrzał nasze paszporty zapytał czy jesteśmy Polakami. Potwierdziłem i zapytałem jak się domyślił. Ze zdziwieniem usłyszałem, że teraz codziennie są tu nasi rodacy. Pożartowaliśmy trochę, przepytał mnie ze znajomości polskich sportowców, w czym wypadłem słabo i pozwolił iść dalej. Na końcu zaproponowano nam wezwanie taksówki. Z niedowierzaniem przyjęli nasze zapewnienie, że jej nie potrzebujemy, a drogę do najbliższej osady zamierzamy przejść na piechotę. Wkraczając na teren Kirgizji nie wiedzieliśmy jak daleko będziemy musieli maszerować, zanim znajdziemy jakiś transport, ale taksówka, jaką nam usłużnie zaoferowano, kosztowałaby zbyt wiele jak na naszą skromną kieszeń. Dzień był piękny, wokół zielone łąki.
Korzystając z konieczności marszu w pełnym słońcu, w jednym kierunku, rozpostarliśmy panel słoneczny a z pobudek patriotycznych małą flagę, której za maszt posłużył jeden z kijów trekingowych. Po godzinie, może półtorej, na horyzoncie pojawiły się dwa punkty świetlne. Chwilę późnij zatrzymały się przy nas dwa znakomicie wyposażone motocykle. Bliżej stojący motocyklista zapytał czy nie potrzebujemy pomocy. Podziękowałem za troskę i oświadczyłem, że mamy się dobrze. Drugi nie odzywał się, a kask uniemożliwiał przyjrzenie się twarzy, jednak lżejsza maszyna, drobna budowa ciała i delikatniejszy kombinezon wskazywały na kobietę. Wymieniliśmy jeszcze kilka zdań i ruszyliśmy w swoje strony. Kiedy motory odjeżdżały, zauważyłem na najbliższym litery NL oznaczające Holendrów. Zanim zdążyliśmy skomentować to spotkanie, nadjechały dwa kolejne i ponownie stanęły. Te także były obładowane sprzętem i wyglądały na bardzo solidne. Kierujący jednym z nich zapytał czy potrzebujemy wody albo czegoś innego. Zaskakująco miła, wręcz wzruszająca była ta troska obcych ludzi. Gdybyśmy poruszali się podobnie jak oni, to przypisałbym to solidarności motorowej ale szliśmy piechotą. Podobnie jak wcześniej, po krótkiej rozmowie rozstaliśmy się życząc sobie nawzajem powodzenia na szlaku. Kiedy odjechali zastanawiałem się, czy stanowią jedną grupę z poprzednią parą, czy to tylko zbieg okoliczności. Witek twierdził, że tablica rejestracyjna była z Niemiec, ale w rozmowie padło słowo Francja. To mogło nic nie oznaczać, ale pozostawiało sporo miejsca na domysły.
Po przejściu sześciu kilometrów, napotykając jedynie porzuconego w stepie Kamaza, dotarliśmy do ...Karkary. Nie to nie pomyłka. Najbliższa osada po stronie kirgiskiej nazywa się tak samo jak ostatnia po stronie kazachskiej. Czyż nie jest to logiczne i piękne? Zadowoleni z dotarcia „do ludzi” skręciliśmy w stronę zabudowań. Minęliśmy płytkie bajorko i dotarliśmy do otwartej na oścież bramy, za którą widoczne było trawiaste podwórko, dalej mały, skromny dom. Z lewej strony murowana szopa, a może obora. Nie wiedzieliśmy, czy możemy wejść bez zaproszenia czy choćby zgody na cudzą posesję, ale nie było kogo zapytać. Zatrzymaliśmy się zatem przed bramą, licząc na czyjeś zainteresowanie. Zbliżając się widzieliśmy kilkoro dzieci, ale na nasz widok pobiegły do domu i stamtąd przyglądały się naszemu niezdecydowaniu. Byłem już gotowy zrezygnować i iść gdzie indziej, kiedy pojawił się staruszek. Zanim zbliżył się do nas, gromadka dzieci wybiegła z domu i ośmielona jego obecnością, także podreptała w naszą stronę. Chcąc uzasadnić naszą „wizytę”, przyjaciel pokazując pustą butelkę zapytał czy możemy dostać trochę wody. Mężczyzna nic nie odpowiedział, lecz najwyraźniej zrozumiał lub domyślił się o co chodzi, bo w asyście ciekawskich maluchów zaprowadził nas do płotu, wzdłuż którego płynął strumyk. Liczyłem na coś więcej. Być może jednak oni również korzystali z niego, ponieważ we wskazanym miejscu leżała szeroka deska a na niej kilka przyborów toaletowych, jakieś kubki. Witek nabrał wody do butelki, choć była odrobinę mętna. Podziękowaliśmy, a w rewanżu rozdaliśmy dzieciarni cukierki. Wyczerpaliśmy w ten sposób cały, choć skromny potencjał tego spotkania i trzeba było go zakończyć. Niezatrzymywani, ruszyliśmy w kierunku skrzyżowania. Szybko okazało się, iż strumyk z którego nabraliśmy wody jest odnogą większego, płynącego ze wzgórz. Dzień był upalny, a po przejściu kilku kilometrów każda okazja do przepłukania się była niezwykle kusząca. Nie dochodząc nawet do widocznego z daleka drogowskazu, który miał zadecydować o kierunku naszej dalszej wędrówki, zeszliśmy z drogi, tuż przed niewielkim mostkiem. Przyjaciel zaszył się w obrastających strugę chaszczach, a ja pozbyłem się obuwia i z przyborami toaletowymi przeprawiłem się na drugi brzeg, gdzie wypatrzyłem dogodne miejsce do mycia. Zanim jednak zdołałem namydlić ręce zauważyłem kurz zwiastujący jakiś pojazd, a potem zbliżający się samochód. Rzuciłem wszystko i potykając się o kamienie w rzece wydostałem się na skarpę, machając rozpaczliwie rękoma. Myśląc teraz jak to musiało wyglądać z drogi, dziwię się że kierowca zatrzymał samochód zamiast dodać gazu. Zrobił to jednak. Dopadłem go (samochód, nie kierowcę, rzecz jasna), choć stąpanie po żwirze było bardzo niewygodne. Za kierownicą siedział pięćdziesięciokilkuletni, zwalisty mężczyzna o europejskich rysach twarz. Zapytałem czy może nas zabrać. Tamten bardzo spokojnie, ale i bez entuzjazmu, powiedział: „ ...skolko was jest?” „Tolko dwa cziełowieka”, odparłem szybko. „U was jest` mnogo bagaża? - dopytywał dalej. „Niet, tolko dwa rukzakow” - wyjaśniłem, wskazując na brzeg, gdzie stały z lekka rozbebeszone. „Skażi, gdie wy sobirajets`ja?” padło kolejne pytanie. „Gdie-to na jug. K ozieru Issyk-Kull, w Karakol” - wygrzebywałem z pamięci kolejne nazwy. „Ja nie sobirajuts`ja w Karakol. Michajłowka, eto primierno piatnadcat kiłamietrow do Karakoła.”- wyjaśnił. „Możet byt Michajłowka” - szybko się zgodziłem, choć nie miałem pojęcia, w którą stronę te piętnaście kilometrów jest z czy do Karakol. „Nu, charaszo.” - skwitował tą wymianę zdań. „Wiiiitek!, Witeeeeek!” wrzasnąłem jak najgłośniej w stronę chaszczy, a odwracając się ponownie do kierowcy powiedziałem: „Wy możetje podożdat nieskolko minut? Mnie nużno sozywat drug. On poszeł k rjekie, sztoby umywats`ja”. Byłem wściekły, że kumpel beztrosko pluszcze się w wodzie, kiedy jest być może jedyna szansa na sprawne przejechanie gór. Kiedy kierowca potaknął, wrzasnąłem jeszcze parę razy i kłując się w stopy podreptałem nad rzekę. Nie bawiąc się w ubieranie skarpet, założyłem buty na brudne od piachu stopy i już miałem biec w kierunku, gdzie spodziewałem się znaleźć Witka, kiedy wyszedł mi naprzeciw. „Kurdę, człowieku! Ogłuchłeś? Mamy transport! Wrzeszczę jak opętany, a ty nic. Zbieraj się, bo facet jeszcze się rozmyśli i zostaniemy tu do usranej śmierci” - wyrzucałem z siebie nerwowo i jednocześnie upychałem swoje rzeczy w plecaku. „Dobra, nie słyszałem. Ile on chce za to kasy?” - zapytał pojednawczo. „Nie wiem. Nie zapytałem. Nie było czasu, bo usiłowałem Ciebie wyciągnąć z wody” - odpowiedziałem zaczepnie. Tak szybko, jak tylko było to możliwe poszliśmy w stronę samochodu. Kierowca w tym czasie otworzył bagażnik i czekając na nas palił papierosa. Wsiedliśmy do środka i zaczynając od podziękowań, przeszliśmy do kwestii ceny. Mężczyzna spokojnie, wręcz flegmatycznie odparł: „Ja nie znaju. Prjedłożitje szto-to sami” To zawsze jest problem. Z jednej strony chciałoby się pojechać jak najtaniej. Najlepiej za darmo. Z drugiej strony głupio jest jakoś dopraszać się o wyjątkowe traktowanie, skoro wszyscy tu wkoło oczekują wynagrodzenia i często słono sobie liczą. Zamiast odpowiedzieć zacząłem możliwie plastycznie opisywać nasz sposób podróżowania, podkreślając konieczność oszczędzania i znaczną ilość niewiadomych, które nas czekają po drodze. Tak czy inaczej trzeba było jednak coś zaproponować. Przyjąłem za punt wyjścia drogę z Ałmat do kanionu i podzieliłem zapłaconą wówczas kwotę na pół. Nie znając przelicznika zaproponowałem pięć tysięcy tenge. Kierowca przyjął to dosyć obojętnie, mówiąc: „Pust eto budiet”. Pierwsze kilometry minęły na typowej, raczej wymuszonej okolicznościami, aniżeli zainteresowaniem wymianie zdań. Inicjatywa była po naszej stronie. Nie wprost, a poprzez szerszy kontekst chcieliśmy wytłumaczyć się z niechęci do wydawania pieniędzy. Nieoczekiwanie na tej płaszczyźnie nawiązaliśmy nić porozumienia. Nasz kierowca co raz chętniej i szerzej opowiadał o sobie. Kiedy go zapytałem czy jest Kirgizem, obruszył się mówiąc: „Czy ja wyglądam na Kirgiza?” Zaraz jednak dodał: Jestem obywatelem tego kraju. Istotnie, blada cera, żółte piegi i rudawe włosy zdecydowanie wskazywały na europejskie pochodzenie. Było to zbyt oczywiste, żeby mieć wątpliwości, a poza tym, nie przyszło by mi do głowy pytać o „rasę”. Właśnie dlatego zadałem to pytanie, że europejskie rysy i pojazd na kirgiskich tablicach stanowiły jakiś dysonans. Na tej kanwie rozpoczęła się dłuższa opowieść o dosyć skomplikowanych losach rodziny, która przyjechała tu z Mińska. W czasach zadekretowanej równości obywateli ZSSR, ci z jego europejskiej części, po przybyciu do Azji mieli lepszą pozycję. Tak też było w przypadku rodziców naszego kierowcy. Minęły dziesięciolecia jako-takiej stabilizacji. Zaaklimatyzowali się, poczuli się „u siebie”. Rozpad „Sojuza” wprowadził chaos. Ci, którzy przyjechali tu stosunkowo niedawno, mieli rodziny, przyjaciół i kontakty, sprzedali co mogli i wyjechali do Rosji lub republik, z których pochodzili. Pozostali, tak jak jego rodzina, nie mając gdzie wracać, zostali. Zostali na swoim, a jednak nie „u siebie”. Znają lokalny język, często lepiej aniżeli rosyjski, mają przyjaciół, wspólną z nimi historię, ale wyglądają na „Ruskich” i tak są postrzegani. Nikogo nie obchodzi, że z dzisiejszego punktu widzenia także nie są Rosjanami, a w najbliższym uproszczeniu Ukraińcami, Litwinami czy Białorusinami. Kirgizi w Kirgistanie, podobnie jak Kazachowie w Kazachstanie, uważani w czasach radzieckich za ludzi „drugiego sortu”. Po uzyskaniu niepodległości, stali się gospodarzami. „Biali”, dotychczasowi „hegemoni” z dnia na dzień stali się pariasami. Nawet jeśli wcześniej dzielili z miejscowymi ubóstwo i trudy życia w kraju robotników i chłopów, przez swoją fizyczną odmienność są przypomnieniem dawnych czasów i ponoszą konsekwencje swoich i nie swoich win. Z resztą nie wszyscy Azjaci wspominają te czasy źle. Czasami wręcz przeciwnie. Średnie i starsze pokolenie, podobnie jak to jest w Gruzji, czy Armenii uważa rozpad Związku Radzieckiego za początek wszelkich nieszczęść i przyczynę ich degradacji społecznej i finansowej. Centralnie sterowana gospodarka zapewniała zatrudnienie a dzięki temu bezpieczeństwo i równość w nijakości. Brak kontaktu ze światem zewnętrznym pozwalał żyć w przekonaniu o skutecznej polityce metropolii w przeciwdziałaniu wrogim zakusom imperializmu zachodniego i konieczności poświęceń z tego wynikających. Samodzielność narodowa i gospodarka rynkowa obdarowały wszystkich poczuciem „bycia u siebie”. Jednak nic więcej. Nielicznych wywindowały gwałtownie w górę, natomiast większość uderzyły warunkami, do których nikt ich nie przygotował. Jadąc wolno po szutrowej drodze, słuchaliśmy jak w miarę upływu czasu stali się rolnikami, a potem, kiedy rodzice się starzeli a oni, jego rodzeństwo dorośli, nastąpił powolny proces degradacji rodziny. Na miejscu pozostał on, z chorą żoną i ich syn z rodziną. Uprawiają dwadzieścia trzy hektary ziemi. Częściowo pod zboża, częściowo pod hodowlę pszczół. Rodzeństwo kierowcy zdecydowało się opuścić Kirgizję. Brat wrócił na Białoruś, siostra osiadła we Władywostoku. Drugi brat jest najbliżej, bo w Ałmatach, w Kazachstanie i dzięki temu, z całej trójki tylko z nim ma kontakt. Zapytałem, dlaczego nie widuje się z pozostałymi. „Koszty” - odparł lakonicznie. Owszem, dzwonią do siebie od czasu do czasu, ale nie widzieli się już prawie dwadzieścia lat. Jakoś dziwnie się poczułem słuchając tej opowieści. Powinienem mieć coś na kształt satysfakcji, że my na tej transformacji wyszliśmy jakoś lepiej, że Rosja, Rosjanie też odczuli skutki zmian politycznych, ale zamiast tego zwyczajnie, po ludzku, było mi żal tego człowieka. Od czasu do czasu przerywał wątek rodzinny i wskazując ciekawsze miejsca za szybami samochodu, wymieniał oryginalnie brzmiące nazwy, opowiadał anegdoty. Tam, gdzie usiłowaliśmy fotografować z samochodu, nieproszony zatrzymywał się, żeby nam to ułatwić. W miarę zagłębiania się w kraj, pogoda ulegała powolnemu, acz nieuchronnemu pogorszeniu. Pojedyncze pasma chmur zbiły się w gęsty kożuch zwiastujący rychły deszcz. Po pokonaniu kilkudziesięciu kilometrów, samochód wjechał na asfalt i znacznie przyspieszył. Za oknami pojawiły się domy, osady, całe wioski. Zbliżaliśmy się do wspomnianej na początku Michajłowki. Kierowca zapytał jakie mamy plany. Zgodnie z prawdą, powiedzieliśmy, że musimy wymienić pieniądze i znaleźć miejsce pod namiot i to możliwie szybko, zanim deszcz nam to uniemożliwi. Mijając jakieś niepozorne skrzyżowanie dowiedzieliśmy się, że to droga do jego wsi, ale zawiezie nas wprost do Karakoł, pokaże kantor, pomoże przy wymianie, a potem zawiezie w miejsce, gdzie będziemy mogli bezpiecznie rozbić namiot. Przeprosił też, jakby spodziewając się jakiś pretensji, czy oczekiwań, że nie zaprasza do domu, ale nie jest przygotowany na gości, a przebywająca w szpitalu żona, dodatkowo komplikuje i tak trudną sytuację. Rzecz jasna, nie zamierzaliśmy go prosić o gościnę, choć trzeba przyznać, że gdyby taka propozycja padła, to przyjęlibyśmy ją z wdzięcznością. Chwilę później zobaczyliśmy rozległe jezioro o brunatnej wodzie. Kiedy jego brzeg został za nami, pojawiły się przedmieścia Karakoł. Miasto większe od Bałchasz, z bogatszą historią, także wydało się być dosyć prowincjonalne. Samo centrum wyposażone w miejską infrastrukturę i nieliczne blokowiska jest podobne do tysięcy miast tej wielkości w całym byłym „demoludzie”. Nie jest, ani europejskie, ani azjatyckie. Jest nijakie. Wyrosło jednak na podwalinach przedradzieckiego garnizonu dalekowschodniej, carskiej Rosji. Tu i ówdzie widoczne są małe domki z typowymi dla ogólnorosyjskiej architektury, drewnianymi zdobieniami. Brak jest choćby najdrobniejszych pozostałości kirgiskich, ale zważywszy, iż Kirgizi są ludem koczowniczym, a na dodatek od setek lat pod cudzą dominacją, trudno się temu dziwić. „Wschodniość” przejawia się tam jednak w organizacji, klimacie, wyglądzie bazaru, ale do niego jeszcze wrócę, bo pomijając dwa, trzy wyjątkowe zabytki architektury, jest niewątpliwie największą atrakcją tego regionu Kirgizji.
Zatrzymaliśmy się na obrzeżach targowiska i poszliśmy z naszym opiekunem do wskazanego przez niego kantoru. Myślę, że deklarowana przez niego zażyłość z właścicielami była mocno przesadzona. Wprawdzie już od drzwi usiłował dać temu wyraz, lecz zupełnie bez wzajemności. Na sugestie, żeby dać nam najlepszą cenę usłyszeliśmy, że kursy walut są takie jak widać i dotyczą wszystkich. Wymieniliśmy sto dolarów i już na zewnątrz zapytaliśmy w jakiej walucie mamy mu zapłacić i czy nasze pierwotne ustalenia nadal obowiązują. Odpowiedział, że wolałby lokalną. Podał też kwotę – tysiąc somów. Odpowiadało to pięciu tysiącom tenge, więc wypłaciłem mu pieniądze z ulgą, że nie zażądał więcej. Podziękował, lecz najwidoczniej czuł się niezręcznie, bo zaczął tłumaczyć się kiepską koniunkturą, chorobą żony, a to z kolei wywołało u nas poczucie winy, że nie zaoferowaliśmy mu więcej. Stanęło na tym, iż dla wszystkich jest to satysfakcjonujące. Opuściliśmy miasto wracając kilkanaście kilometrów wzdłuż brzegu jeziora. Ponownie zatrzymaliśmy się w małej wsi, tuż przy rozległej łące. Kierowca pokazując ją zapewnił nas, że tu znajdziemy dobre warunki do biwakowania a okolica jest bezpieczna. Zapisał nam swój adres, telefon i naszkicował plan dojazdu, zapewniając pomoc w każdej sytuacji. Trochę wbrew poprzednim informacjom nakłaniał do odwiedzin, jeśli pogoda uniemożliwi nam wyjazd w góry. Pożegnanie było bardzo serdeczne. Kiedy odjechał rozejrzeliśmy się dookoła. Piaszczysta, nierówna droga oddziela jezioro i przyległe do niego chaszcze oraz łąkę od wiejskich zabudowań z małymi ogródkami. Wiata przystanku autobusowego i wiejski sklepik dopełniały obrazu. Przeszliśmy między nimi i zagłębiliśmy się w pastwisko. Na niebie kotłowały się chmury, z których lada chwila mogło lunąć. Przy brzegu wiało więc, idąc wzdłuż linii krzaków, szukaliśmy spokojniejszego miejsca. Teren jest tam spory, lecz miejsca pod namiot niewiele. Dobrze wyglądające z daleka, przy bliższych oględzinach okazywały się być pokryte krowim łajnem. Tam, gdzie nie było „placków”, było grząsko lub zarośnięte kolczastymi roślinami. Bez przekonania zdecydowaliśmy się na łączkę pomiędzy płytkim bajorem, a krzakami o cierniach długich na palec. Rozstawiliśmy wspólnie namiot, po czym poszedłem dokończyć „toaletę”, którą kilka godzin wcześniej przerwał mi nadjeżdżający samochód. Wróciłem nad brzeg Issyk-kul, a dokładniej jego najbardziej na wschód wysuniętej odnogi. Nawet tu sprawiało wrażenie dużego. Dla pozbawionych morza Kirgizów, było jego substytutem, powodem do dumy. Woda na pierwszy rzut oka nie zachęcała do kąpieli. Zamiast błękitnej tafli, jakiej się spodziewałem po wysokogórskim jeziorze zobaczyłem brunatną, mętną breję w której pływało mnóstwo kawałków roślin, gałęzi. Szukając bardziej ustronnego i czystszego miejsca, zagłębiłem się w wysokie krzaki. Po przejściu kilkudziesięciu metrów stwierdziłem, że dalsze poszukiwania nie mają sensu. Zszedłem ze skarpy nad wodę i sprawdziłem jej temperaturę. Ta okazała się być miłym zaskoczeniem. Wszedłem po kolana ale kiedy stwierdziłem, że to co brałem za bród było efektem mieszania przez fale rudego piachu i wody zanurzyłem się cały. Na koniec wyprałem wszystko, co zabrałem ze sobą i ociekając wodą ruszyłem w stronę namiotu. W jego sąsiedztwie biwakowała grupka miejscowych „weteranów”. Na moje: „Zdrastwuj`tie” zapytali czy nie bylibyśmy skłonni wynająć namiot na chwilkę, bo chcieliby niecnie wykorzystać pijącą z nimi panią. „Pani” najwyraźniej taki sposób żartowania nie przeszkadzał, bo śmiała się głośno, po pijacku ze wszystkimi. Dopasowując się do ich stylu odparłem, że niestety nie, bo mamy już własne plany. Przyjęli to ze zrozumieniem i zaprosili na wódkę. Wyłgałem się koniecznością dosuszenia siebie i wywieszenia prania. Nikt nie nalegał. Przyjaciel właśnie kończył przygotowywać pure ziemniaczane, które zjedliśmy ze smakiem. Resztę wieczoru zajęło nam omawianie planów na kolejny dzień, komentowanie zdarzeń z obecnego i przygotowywanie do snu. Wraz ze zmierzchem powietrze wypełniły rechot żab i ...dudnienie wiejskiej dyskoteki. Żaby, choć zdecydowanie liczniejsze przegrały z kretesem.