15
CZERWCA (CZWARTEK) KIRGIZJA
Noc,
jak na tę wysokość, była bardzo ciepła. Gdyby nie to, że
umówiliśmy się z gospodarzem działki na ósmą, to
pewnie trochę dłużej byśmy pospali. Nie wypadało jednak
nadużywać gościnności, więc przed szóstą byliśmy na
nogach, a o ósmej gotowi do wyjścia. Nikt się nie pojawił.
Odczekaliśmy kilkanaście minut i nie będąc pewnymi szczegółów
ustaleń, poszliśmy w kierunku gospodarstwa. Przed bramą
napotkaliśmy starszą kobietę. Nie pamiętając imienia chłopaka,
ryzykując nieporozumienie, powiedziałem, iż czekamy na syna i
zapytałem czy jest w domu. Zamiast odpowiedzi usłyszałem pytanie:
„Wy czaj uże pili?” Zgodnie z prawdą odparliśmy, że nie,
licząc też trochę na zaproszenie. Kobieta przyjęła to do
wiadomości ...i tyle. Postaliśmy chwilę przed domem, umyliśmy się
w ogródku. W tym czasie nadszedł chłopak, wyprowadził na
podwórko duże kombi i wskazał nam bagażnik. Zapakowaliśmy
tam plecaki, sami usadowiliśmy się z tyłu wcześniej wręczając
mu dwie czekolady z kolekcji Witka. Na przednim fotelu usiadła jego
żona i pojechaliśmy do centrum, czyli jakieś trzysta metrów.
Zatrzymaliśmy się przed bankiem. Kazach pokazał na budynek i
powiedział: „Tam wy możietje obmieniat diengi”.
Następnie pokazując ręką na południe dodał: „Eta doroga
wiediet k` granice. Wy dołżny pojti tuda i wziat` taksi.” Na
koniec, jakby w formie ostrzeżenia powiedział, pokazując
jednocześnie na drogę idącą po skosie na wschód: „Tam
put` w kitaj!”. Chcąc „błysnąć” wiedzą i ogładą
powiedzieliśmy „rahmet”, co po Kazachsku ma oznaczać
„dziękuję”, a w pakiecie z głębokim ukłonem „dziękuję
bardzo”. Nie wiem czy z powodu kiepskiego akcentu zostało to
zignorowane. Pożegnaliśmy się zatem po rosyjsku i poszliśmy do
banku. Wewnątrz typowego, choć ciasnego wnętrza było kilkoro
interesantów, strażnik i pracownica banku, która
zapytała w czym może pomóc. Powiedziałem, że chcemy
wymienić pieniądze. Pokazała puste okienko. Stanąłem tam licząc,
że ona lub ktoś inny mnie szybko obsłużą. Niestety, stanowisko
pozostawało puste. Po dłuższej chwili udało mi się przechwycić
wzrok panienki i wzruszeniem ramion oraz dłonią skierowaną w
okienko zadałem nieme choć jak sądzę wyraźne pytanie. Odpowiedź
była niestety dosyć enigmatyczna: „Kto-to prijdiet”. „No
kagda” - dociekałem już werbalnie. „Skoro” -
usłyszałem. To skoro nie było takie szybkie. Młody kasjer usiadł
na stanowisku i zupełnie nie zwracając na mnie uwagi powoli
przygotowywał się do pracy: włączył komputer, wypełnił kilka
druków, przeliczył banknoty i zabrał się do liczenia
rulonów z monetami. Kiedy wreszcie skończył podałem mu sto
dolarów i zainkasowałem trzydzieści tysięcy , sto
sześćdziesiąt osiem tenge. Znowu byliśmy „bogaci”. Mijając
rondo poszliśmy drogą oznaczoną napisem Quarkara. Kilkadziesiąt
metrów dalej ktoś zamachał do nas z przeciwległej strony
ulicy. Podeszliśmy do mężczyzny stojącego przy samochodzie. Po
kilku wstępnych grzecznościach zapytał dokąd się wybieramy i od
razu zaoferował podwiezienie za pięć tysięcy. Powiedziałem, że
to za drogo i odwróciłem się. „Pust budiet tri tysicza”
- usłyszałem za sobą. „Ja budu płatit dwie tysiaczi i wy
podtwierżdajetie nas w toj`że granice. Da ili niet? Tamten
parsknął coś niezrozumiale, ale milczący dotąd drugi, starszy,
zwalisty mężczyzna powiedział: „Ja pojdu za dwie tysiaczi”.
Upewniłem się jeszcze, że rozmawiamy nie o miasteczku Karkara,
odległym o czternaście kilometrów, a o granicy o tej samej
nazwie, do której zgodnie z mapą jest dwadzieścia osiem
kilometrów i władowaliśmy plecaki do starego Nissana i
pojechaliśmy ...w przeciwnym do zamierzonego kierunku. Już miałem
zacząć protestować, kiedy zatrzymaliśmy się na stacji paliw.
Kierowca wyciągnął rękę po pieniądze. Tak to zwykle się tu
odbywa, więc bez oporów podałem mu banknoty. Po zatankowaniu
minimalnej, koniecznej ilości benzyny, ruszyliśmy na południe.
Znośny asfalt skończył się po kilkuset metrach. Kiepska szutrowa
droga doprowadziła nas do Karkary, którą minęliśmy ledwo
zauważając. Ostatnie kilkanaście kilometrów było w
remoncie. Nawierzchnia została całkowicie zryta, a na dodatek co
jakiś czas stała jakaś maszyna. Kierowca bez zastanawiania wjechał
w step i lawirując pomiędzy kępami roślin dowiózł nas pod
graniczny szlaban.
Czytając
o tym, że „Karkara” funkcjonuje tylko w miesiącach letnich, a i
to tylko od dziewiątej do siedemnastej, wyobrażałem sobie
drewniany, skrzypiący szlaban, budkę pomalowaną w biało-czerwone
pasy i osamotnionego pogranicznika z utęsknieniem wyglądającego
kogokolwiek, kto rozproszyłby nudę pilnowania stepu. Nic bardziej
mylnego. Kompleks budynków z pełną infrastrukturą graniczną
i wieloosobowa załoga po stronie Kazachstanu. Pamiętając uwagę o
znaczeniu dwóch małych pieczątek na karcie migracyjnej
sfotografowaliśmy je na dowód, że były i podeszliśmy do
budki. Po wstępnych oględzinach paszportów i nas samych
zostaliśmy skierowani do hangaru z urządzeniem do prześwietlania
bagażu. Dwaj żołnierze pooglądali sobie zawartość naszych
plecaków na monitorze a następnie kazali przyjacielowi
otworzyć zamki. Głównie interesowała ich zawartość
apteczki i kosmetyczki. Skrupulatnie oglądali i obwąchiwali
lekarstwa i pojemniczki. Trochę z tego żartowałem, choć było to
dosyć zastanawiające. Kiedy skończyli, zabrali się za mój
plecak. Podobnie jak wcześniej, skupili się na kosmetyczce. Być
może jest tu problem z narkotykami i stąd ta nadgorliwość
pograniczników. W końcu puszczono nas dalej. W ostatnim
punkcie odebrano nam karty, podbito paszporty i pozwolono iść
dalej. Kirgizi są mniej drobiazgowi w kontrolowaniu przyjezdnych, a
ich zaplecze proporcjonalnie do wielkości kraju, znacznie
skromniejsze od sąsiadów. Także podejście jest mniej
oficjalne. Żołnierz zanim jeszcze obejrzał nasze paszporty zapytał
czy jesteśmy Polakami. Potwierdziłem i zapytałem jak się
domyślił. Ze zdziwieniem usłyszałem, że teraz codziennie są tu
nasi rodacy. Pożartowaliśmy trochę, przepytał mnie ze znajomości
polskich sportowców, w czym wypadłem słabo i pozwolił iść
dalej. Na końcu zaproponowano nam wezwanie taksówki. Z
niedowierzaniem przyjęli nasze zapewnienie, że jej nie
potrzebujemy, a drogę do najbliższej osady zamierzamy przejść na
piechotę. Wkraczając na teren Kirgizji nie wiedzieliśmy jak daleko
będziemy musieli maszerować, zanim znajdziemy jakiś transport, ale
taksówka, jaką nam usłużnie zaoferowano, kosztowałaby zbyt
wiele jak na naszą skromną kieszeń. Dzień był piękny, wokół
zielone łąki.
Korzystając
z konieczności marszu w pełnym słońcu, w jednym kierunku,
rozpostarliśmy panel słoneczny a z pobudek patriotycznych małą
flagę, której za maszt posłużył jeden z kijów
trekingowych. Po godzinie, może półtorej, na horyzoncie
pojawiły się dwa punkty świetlne. Chwilę późnij
zatrzymały się przy nas dwa znakomicie wyposażone motocykle.
Bliżej stojący motocyklista zapytał czy nie potrzebujemy pomocy.
Podziękowałem za troskę i oświadczyłem, że mamy się dobrze.
Drugi nie odzywał się, a kask uniemożliwiał przyjrzenie się
twarzy, jednak lżejsza maszyna, drobna budowa ciała i
delikatniejszy kombinezon wskazywały na kobietę. Wymieniliśmy
jeszcze kilka zdań i ruszyliśmy w swoje strony. Kiedy motory
odjeżdżały, zauważyłem na najbliższym litery NL oznaczające
Holendrów. Zanim zdążyliśmy skomentować to spotkanie,
nadjechały dwa kolejne i ponownie stanęły. Te także były
obładowane sprzętem i wyglądały na bardzo solidne. Kierujący
jednym z nich zapytał czy potrzebujemy wody albo czegoś innego.
Zaskakująco miła, wręcz wzruszająca była ta troska obcych ludzi.
Gdybyśmy poruszali się podobnie jak oni, to przypisałbym to
solidarności motorowej ale szliśmy piechotą. Podobnie jak
wcześniej, po krótkiej rozmowie rozstaliśmy się życząc
sobie nawzajem powodzenia na szlaku. Kiedy odjechali zastanawiałem
się, czy stanowią jedną grupę z poprzednią parą, czy to tylko
zbieg okoliczności. Witek twierdził, że tablica rejestracyjna była
z Niemiec, ale w rozmowie padło słowo Francja. To mogło nic nie
oznaczać, ale pozostawiało sporo miejsca na domysły.
Po
przejściu sześciu kilometrów, napotykając jedynie
porzuconego w stepie Kamaza, dotarliśmy do ...Karkary. Nie to nie
pomyłka. Najbliższa osada po stronie kirgiskiej nazywa się tak
samo jak ostatnia po stronie kazachskiej. Czyż nie jest to logiczne
i piękne? Zadowoleni z dotarcia „do ludzi” skręciliśmy w
stronę zabudowań. Minęliśmy płytkie bajorko i dotarliśmy do
otwartej na oścież bramy, za którą widoczne było trawiaste
podwórko, dalej mały, skromny dom. Z lewej strony murowana
szopa, a może obora. Nie wiedzieliśmy, czy możemy wejść bez
zaproszenia czy choćby zgody na cudzą posesję, ale nie było kogo
zapytać. Zatrzymaliśmy się zatem przed bramą, licząc na czyjeś
zainteresowanie. Zbliżając się widzieliśmy kilkoro dzieci, ale na
nasz widok pobiegły do domu i stamtąd przyglądały się naszemu
niezdecydowaniu. Byłem już gotowy zrezygnować i iść gdzie
indziej, kiedy pojawił się staruszek. Zanim zbliżył się do nas,
gromadka dzieci wybiegła z domu i ośmielona jego obecnością,
także podreptała w naszą stronę. Chcąc uzasadnić naszą
„wizytę”, przyjaciel pokazując pustą butelkę zapytał czy
możemy dostać trochę wody. Mężczyzna nic nie odpowiedział, lecz
najwyraźniej zrozumiał lub domyślił się o co chodzi, bo w
asyście ciekawskich maluchów zaprowadził nas do płotu,
wzdłuż którego płynął strumyk. Liczyłem na coś więcej.
Być może jednak oni również korzystali z niego, ponieważ
we wskazanym miejscu leżała szeroka deska a na niej kilka przyborów
toaletowych, jakieś kubki. Witek nabrał wody do butelki, choć była
odrobinę mętna. Podziękowaliśmy, a w rewanżu rozdaliśmy
dzieciarni cukierki. Wyczerpaliśmy w ten sposób cały, choć
skromny potencjał tego spotkania i trzeba było go zakończyć.
Niezatrzymywani, ruszyliśmy w kierunku skrzyżowania. Szybko okazało
się, iż strumyk z którego nabraliśmy wody jest odnogą
większego, płynącego ze wzgórz. Dzień był upalny, a po
przejściu kilku kilometrów każda okazja do przepłukania się
była niezwykle kusząca. Nie dochodząc nawet do widocznego z daleka
drogowskazu, który miał zadecydować o kierunku naszej
dalszej wędrówki, zeszliśmy z drogi, tuż przed niewielkim
mostkiem. Przyjaciel zaszył się w obrastających strugę
chaszczach, a ja pozbyłem się obuwia i z przyborami toaletowymi
przeprawiłem się na drugi brzeg, gdzie wypatrzyłem dogodne miejsce
do mycia. Zanim jednak zdołałem namydlić ręce zauważyłem kurz
zwiastujący jakiś pojazd, a potem zbliżający się samochód.
Rzuciłem wszystko i potykając się o kamienie w rzece wydostałem
się na skarpę, machając rozpaczliwie rękoma. Myśląc teraz jak
to musiało wyglądać z drogi, dziwię się że kierowca zatrzymał
samochód zamiast dodać gazu. Zrobił to jednak. Dopadłem go
(samochód, nie kierowcę, rzecz jasna), choć stąpanie po
żwirze było bardzo niewygodne. Za kierownicą siedział
pięćdziesięciokilkuletni, zwalisty mężczyzna o europejskich
rysach twarz. Zapytałem czy może nas zabrać. Tamten bardzo
spokojnie, ale i bez entuzjazmu, powiedział: „ ...skolko was
jest?” „Tolko dwa cziełowieka”, odparłem szybko. „U
was jest` mnogo bagaża? - dopytywał dalej. „Niet, tolko
dwa rukzakow” - wyjaśniłem, wskazując na brzeg, gdzie stały
z lekka rozbebeszone. „Skażi, gdie wy sobirajets`ja?”
padło kolejne pytanie. „Gdie-to na jug. K ozieru Issyk-Kull, w
Karakol” - wygrzebywałem z pamięci kolejne nazwy. „Ja
nie sobirajuts`ja w Karakol. Michajłowka, eto primierno piatnadcat
kiłamietrow do Karakoła.”- wyjaśnił. „Możet byt
Michajłowka” - szybko się zgodziłem, choć nie miałem
pojęcia, w którą stronę te piętnaście kilometrów
jest z czy do Karakol. „Nu, charaszo.” - skwitował tą
wymianę zdań. „Wiiiitek!, Witeeeeek!” wrzasnąłem jak
najgłośniej w stronę chaszczy, a odwracając się ponownie do
kierowcy powiedziałem: „Wy możetje podożdat nieskolko minut?
Mnie nużno sozywat drug. On poszeł k rjekie, sztoby umywats`ja”.
Byłem wściekły, że kumpel beztrosko pluszcze się w wodzie, kiedy
jest być może jedyna szansa na sprawne przejechanie gór.
Kiedy kierowca potaknął, wrzasnąłem jeszcze parę razy i kłując
się w stopy podreptałem nad rzekę. Nie bawiąc się w ubieranie
skarpet, założyłem buty na brudne od piachu stopy i już miałem
biec w kierunku, gdzie spodziewałem się znaleźć Witka, kiedy
wyszedł mi naprzeciw. „Kurdę, człowieku! Ogłuchłeś? Mamy
transport! Wrzeszczę jak opętany, a ty nic. Zbieraj się, bo facet
jeszcze się rozmyśli i zostaniemy tu do usranej śmierci” -
wyrzucałem z siebie nerwowo i jednocześnie upychałem swoje rzeczy
w plecaku. „Dobra, nie słyszałem. Ile on chce za to kasy?”
- zapytał pojednawczo. „Nie wiem. Nie zapytałem. Nie było
czasu, bo usiłowałem Ciebie wyciągnąć z wody” -
odpowiedziałem zaczepnie. Tak szybko, jak tylko było to możliwe
poszliśmy w stronę samochodu. Kierowca w tym czasie otworzył
bagażnik i czekając na nas palił papierosa. Wsiedliśmy do środka
i zaczynając od podziękowań, przeszliśmy do kwestii ceny.
Mężczyzna spokojnie, wręcz flegmatycznie odparł: „Ja nie
znaju. Prjedłożitje szto-to sami” To zawsze jest problem. Z
jednej strony chciałoby się pojechać jak najtaniej. Najlepiej za
darmo. Z drugiej strony głupio jest jakoś dopraszać się o
wyjątkowe traktowanie, skoro wszyscy tu wkoło oczekują
wynagrodzenia i często słono sobie liczą. Zamiast odpowiedzieć
zacząłem możliwie plastycznie opisywać nasz sposób
podróżowania, podkreślając konieczność oszczędzania i
znaczną ilość niewiadomych, które nas czekają po drodze.
Tak czy inaczej trzeba było jednak coś zaproponować. Przyjąłem
za punt wyjścia drogę z Ałmat do kanionu i podzieliłem zapłaconą
wówczas kwotę na pół. Nie znając przelicznika
zaproponowałem pięć tysięcy tenge. Kierowca przyjął to dosyć
obojętnie, mówiąc: „Pust eto budiet”. Pierwsze
kilometry minęły na typowej, raczej wymuszonej okolicznościami,
aniżeli zainteresowaniem wymianie zdań. Inicjatywa była po naszej
stronie. Nie wprost, a poprzez szerszy kontekst chcieliśmy
wytłumaczyć się z niechęci do wydawania pieniędzy.
Nieoczekiwanie na tej płaszczyźnie nawiązaliśmy nić
porozumienia. Nasz kierowca co raz chętniej i szerzej opowiadał o
sobie. Kiedy go zapytałem czy jest Kirgizem, obruszył się mówiąc:
„Czy ja wyglądam na Kirgiza?” Zaraz jednak dodał: Jestem
obywatelem tego kraju. Istotnie, blada cera, żółte piegi i
rudawe włosy zdecydowanie wskazywały na europejskie pochodzenie.
Było to zbyt oczywiste, żeby mieć wątpliwości, a poza tym, nie
przyszło by mi do głowy pytać o „rasę”. Właśnie dlatego
zadałem to pytanie, że europejskie rysy i pojazd na kirgiskich
tablicach stanowiły jakiś dysonans. Na tej kanwie rozpoczęła się
dłuższa opowieść o dosyć skomplikowanych losach rodziny, która
przyjechała tu z Mińska. W czasach zadekretowanej równości
obywateli ZSSR, ci z jego europejskiej części, po przybyciu do Azji
mieli lepszą pozycję. Tak też było w przypadku rodziców
naszego kierowcy. Minęły dziesięciolecia jako-takiej stabilizacji.
Zaaklimatyzowali się, poczuli się „u siebie”. Rozpad „Sojuza”
wprowadził chaos. Ci, którzy przyjechali tu stosunkowo
niedawno, mieli rodziny, przyjaciół i kontakty, sprzedali co
mogli i wyjechali do Rosji lub republik, z których pochodzili.
Pozostali, tak jak jego rodzina, nie mając gdzie wracać, zostali.
Zostali na swoim, a jednak nie „u siebie”. Znają lokalny język,
często lepiej aniżeli rosyjski, mają przyjaciół, wspólną
z nimi historię, ale wyglądają na „Ruskich” i tak są
postrzegani. Nikogo nie obchodzi, że z dzisiejszego punktu widzenia
także nie są Rosjanami, a w najbliższym uproszczeniu Ukraińcami,
Litwinami czy Białorusinami. Kirgizi w Kirgistanie, podobnie jak
Kazachowie w Kazachstanie, uważani w czasach radzieckich za ludzi
„drugiego sortu”. Po uzyskaniu niepodległości, stali się
gospodarzami. „Biali”, dotychczasowi „hegemoni” z dnia na
dzień stali się pariasami. Nawet jeśli wcześniej dzielili z
miejscowymi ubóstwo i trudy życia w kraju robotników i
chłopów, przez swoją fizyczną odmienność są
przypomnieniem dawnych czasów i ponoszą konsekwencje swoich i
nie swoich win. Z resztą nie wszyscy Azjaci wspominają te czasy
źle. Czasami wręcz przeciwnie. Średnie i starsze pokolenie,
podobnie jak to jest w Gruzji, czy Armenii uważa rozpad Związku
Radzieckiego za początek wszelkich nieszczęść i przyczynę ich
degradacji społecznej i finansowej. Centralnie sterowana gospodarka
zapewniała zatrudnienie a dzięki temu bezpieczeństwo i równość
w nijakości. Brak kontaktu ze światem zewnętrznym pozwalał żyć
w przekonaniu o skutecznej polityce metropolii w przeciwdziałaniu
wrogim zakusom imperializmu zachodniego i konieczności poświęceń
z tego wynikających. Samodzielność narodowa i gospodarka rynkowa
obdarowały wszystkich poczuciem „bycia u siebie”. Jednak nic
więcej. Nielicznych wywindowały gwałtownie w górę,
natomiast większość uderzyły warunkami, do których nikt
ich nie przygotował. Jadąc wolno po szutrowej drodze, słuchaliśmy
jak w miarę upływu czasu stali się rolnikami, a potem, kiedy
rodzice się starzeli a oni, jego rodzeństwo dorośli, nastąpił
powolny proces degradacji rodziny. Na miejscu pozostał on, z chorą
żoną i ich syn z rodziną. Uprawiają dwadzieścia trzy hektary
ziemi. Częściowo pod zboża, częściowo pod hodowlę pszczół.
Rodzeństwo kierowcy zdecydowało się opuścić Kirgizję. Brat
wrócił na Białoruś, siostra osiadła we Władywostoku.
Drugi brat jest najbliżej, bo w Ałmatach, w Kazachstanie i dzięki
temu, z całej trójki tylko z nim ma kontakt. Zapytałem,
dlaczego nie widuje się z pozostałymi. „Koszty” - odparł
lakonicznie. Owszem, dzwonią do siebie od czasu do czasu, ale nie
widzieli się już prawie dwadzieścia lat. Jakoś dziwnie się
poczułem słuchając tej opowieści. Powinienem mieć coś na
kształt satysfakcji, że my na tej transformacji wyszliśmy jakoś
lepiej, że Rosja, Rosjanie też odczuli skutki zmian politycznych,
ale zamiast tego zwyczajnie, po ludzku, było mi żal tego człowieka.
Od czasu do czasu przerywał wątek rodzinny i wskazując ciekawsze
miejsca za szybami samochodu, wymieniał oryginalnie brzmiące nazwy,
opowiadał anegdoty. Tam, gdzie usiłowaliśmy fotografować z
samochodu, nieproszony zatrzymywał się, żeby nam to ułatwić. W
miarę zagłębiania się w kraj, pogoda ulegała powolnemu, acz
nieuchronnemu pogorszeniu. Pojedyncze pasma chmur zbiły się w gęsty
kożuch zwiastujący rychły deszcz. Po pokonaniu kilkudziesięciu
kilometrów, samochód wjechał na asfalt i znacznie
przyspieszył. Za oknami pojawiły się domy, osady, całe wioski.
Zbliżaliśmy się do wspomnianej na początku Michajłowki. Kierowca
zapytał jakie mamy plany. Zgodnie z prawdą, powiedzieliśmy, że
musimy wymienić pieniądze i znaleźć miejsce pod namiot i to
możliwie szybko, zanim deszcz nam to uniemożliwi. Mijając jakieś
niepozorne skrzyżowanie dowiedzieliśmy się, że to droga do jego
wsi, ale zawiezie nas wprost do Karakoł, pokaże kantor, pomoże
przy wymianie, a potem zawiezie w miejsce, gdzie będziemy mogli
bezpiecznie rozbić namiot. Przeprosił też, jakby spodziewając się
jakiś pretensji, czy oczekiwań, że nie zaprasza do domu, ale nie
jest przygotowany na gości, a przebywająca w szpitalu żona,
dodatkowo komplikuje i tak trudną sytuację. Rzecz jasna, nie
zamierzaliśmy go prosić o gościnę, choć trzeba przyznać, że
gdyby taka propozycja padła, to przyjęlibyśmy ją z wdzięcznością.
Chwilę później zobaczyliśmy rozległe jezioro o brunatnej
wodzie. Kiedy jego brzeg został za nami, pojawiły się przedmieścia
Karakoł. Miasto większe od Bałchasz, z bogatszą historią, także
wydało się być dosyć prowincjonalne. Samo centrum wyposażone w
miejską infrastrukturę i nieliczne blokowiska jest podobne do
tysięcy miast tej wielkości w całym byłym „demoludzie”. Nie
jest, ani europejskie, ani azjatyckie. Jest nijakie. Wyrosło jednak
na podwalinach przedradzieckiego garnizonu dalekowschodniej, carskiej
Rosji. Tu i ówdzie widoczne są małe domki z typowymi dla
ogólnorosyjskiej architektury, drewnianymi zdobieniami. Brak
jest choćby najdrobniejszych pozostałości kirgiskich, ale
zważywszy, iż Kirgizi są ludem koczowniczym, a na dodatek od setek
lat pod cudzą dominacją, trudno się temu dziwić. „Wschodniość”
przejawia się tam jednak w organizacji, klimacie, wyglądzie bazaru,
ale do niego jeszcze wrócę, bo pomijając dwa, trzy wyjątkowe
zabytki architektury, jest niewątpliwie największą atrakcją tego
regionu Kirgizji.
Zatrzymaliśmy
się na obrzeżach targowiska i poszliśmy z naszym opiekunem do
wskazanego przez niego kantoru. Myślę, że deklarowana przez niego
zażyłość z właścicielami była mocno przesadzona. Wprawdzie już
od drzwi usiłował dać temu wyraz, lecz zupełnie bez wzajemności.
Na sugestie, żeby dać nam najlepszą cenę usłyszeliśmy, że
kursy walut są takie jak widać i dotyczą wszystkich. Wymieniliśmy
sto dolarów i już na zewnątrz zapytaliśmy w jakiej walucie
mamy mu zapłacić i czy nasze pierwotne ustalenia nadal obowiązują.
Odpowiedział, że wolałby lokalną. Podał też kwotę – tysiąc
somów. Odpowiadało to pięciu tysiącom tenge, więc
wypłaciłem mu pieniądze z ulgą, że nie zażądał więcej.
Podziękował, lecz najwidoczniej czuł się niezręcznie, bo zaczął
tłumaczyć się kiepską koniunkturą, chorobą żony, a to z kolei
wywołało u nas poczucie winy, że nie zaoferowaliśmy mu więcej.
Stanęło na tym, iż dla wszystkich jest to satysfakcjonujące.
Opuściliśmy miasto wracając kilkanaście kilometrów wzdłuż
brzegu jeziora. Ponownie zatrzymaliśmy się w małej wsi, tuż przy
rozległej łące. Kierowca pokazując ją zapewnił nas, że tu
znajdziemy dobre warunki do biwakowania a okolica jest bezpieczna.
Zapisał nam swój adres, telefon i naszkicował plan dojazdu,
zapewniając pomoc w każdej sytuacji. Trochę wbrew poprzednim
informacjom nakłaniał do odwiedzin, jeśli pogoda uniemożliwi nam
wyjazd w góry. Pożegnanie było bardzo serdeczne. Kiedy
odjechał rozejrzeliśmy się dookoła. Piaszczysta, nierówna
droga oddziela jezioro i przyległe do niego chaszcze oraz łąkę od
wiejskich zabudowań z małymi ogródkami. Wiata przystanku
autobusowego i wiejski sklepik dopełniały obrazu. Przeszliśmy
między nimi i zagłębiliśmy się w pastwisko. Na niebie kotłowały
się chmury, z których lada chwila mogło lunąć. Przy brzegu
wiało więc, idąc wzdłuż linii krzaków, szukaliśmy
spokojniejszego miejsca. Teren jest tam spory, lecz miejsca pod
namiot niewiele. Dobrze wyglądające z daleka, przy bliższych
oględzinach okazywały się być pokryte krowim łajnem. Tam, gdzie
nie było „placków”, było grząsko lub zarośnięte
kolczastymi roślinami. Bez przekonania zdecydowaliśmy się na
łączkę pomiędzy płytkim bajorem, a krzakami o cierniach długich
na palec. Rozstawiliśmy wspólnie namiot, po czym poszedłem
dokończyć „toaletę”, którą kilka godzin wcześniej
przerwał mi nadjeżdżający samochód. Wróciłem nad
brzeg Issyk-kul, a dokładniej jego najbardziej na wschód
wysuniętej odnogi. Nawet tu sprawiało wrażenie dużego. Dla
pozbawionych morza Kirgizów, było jego substytutem, powodem
do dumy. Woda na pierwszy rzut oka nie zachęcała do kąpieli.
Zamiast błękitnej tafli, jakiej się spodziewałem po wysokogórskim
jeziorze zobaczyłem brunatną, mętną breję w której
pływało mnóstwo kawałków roślin, gałęzi. Szukając
bardziej ustronnego i czystszego miejsca, zagłębiłem się w
wysokie krzaki. Po przejściu kilkudziesięciu metrów
stwierdziłem, że dalsze poszukiwania nie mają sensu. Zszedłem ze
skarpy nad wodę i sprawdziłem jej temperaturę. Ta okazała się
być miłym zaskoczeniem. Wszedłem po kolana ale kiedy stwierdziłem,
że to co brałem za bród było efektem mieszania przez fale
rudego piachu i wody zanurzyłem się cały. Na koniec wyprałem
wszystko, co zabrałem ze sobą i ociekając wodą ruszyłem w stronę
namiotu. W jego sąsiedztwie biwakowała grupka miejscowych
„weteranów”. Na moje: „Zdrastwuj`tie” zapytali
czy nie bylibyśmy skłonni wynająć namiot na chwilkę, bo
chcieliby niecnie wykorzystać pijącą z nimi panią. „Pani”
najwyraźniej taki sposób żartowania nie przeszkadzał, bo
śmiała się głośno, po pijacku ze wszystkimi. Dopasowując się
do ich stylu odparłem, że niestety nie, bo mamy już własne plany.
Przyjęli to ze zrozumieniem i zaprosili na wódkę. Wyłgałem
się koniecznością dosuszenia siebie i wywieszenia prania. Nikt nie
nalegał. Przyjaciel właśnie kończył przygotowywać pure
ziemniaczane, które zjedliśmy ze smakiem. Resztę wieczoru
zajęło nam omawianie planów na kolejny dzień, komentowanie
zdarzeń z obecnego i przygotowywanie do snu. Wraz ze zmierzchem
powietrze wypełniły rechot żab i ...dudnienie wiejskiej dyskoteki.
Żaby, choć zdecydowanie liczniejsze przegrały z kretesem.
