10 CZERWCA – (SOBOTA) KOLSAI
   Obudziło nas słońce i ryczenie krów. To pierwsze odebraliśmy z wdzięcznością, drugie z niepokojem, ponieważ mlaskanie, sapanie, stąpanie, świadczyło o bliskości kilkudziesięciu bydlątek. Taka masa wyposażonej w kopyta i rogi wołowiny, nawet bez złych zamiarów, może być niebezpieczna. Jeśli nie bezpośrednio dla nas, to z pewnością dla namiotu. Wychodząc spod płótna, zauważyliśmy, że kilka z młodszych sztuk urządza sobie przebieżki. Na szczęście odległość nie była tak mała, jak pierwotnie nam się wydawało. Przepłoszyliśmy kilka bliższych sztuk i na zmianę poszliśmy się umyć. Woda w rzece, mimo upalnego już poranka, była bardzo zimna i mycie głowy nie należało do najbardziej relaksujących czynności higienicznych. Gdzieś jednak trzeba było to zrobić. Śniadanie i zwijanie sprzętu poszło całkiem sprawnie i chwilę później zrzuciliśmy plecaki w miejscu gdzie kładziono nową nawierzchnię na bardzo sfatygowany asfalt. Zakładając dłuższe czekanie, rozsiadłem się i zabrałem do uzupełniania dziennika. Nie zdążyłem jednak dokończyć pierwszego zdania, kiedy podjechał mocno sfatygowany VW. Zatrzymał się na pierwsze, nieśmiałe machnięcie. Wewnątrz siedzieli dwaj mężczyźni w „moro”. Trafiliśmy idealnie, panowie byli ze straży leśnej parku Kolsai i tam też jechali. Za dwa tysiące tenge zgodzili się nas tam dostarczyć. Nasze plecaki wylądowały w bardzo brudnym bagażniku, a my na tylnej kanapie samochodu tak wyeksploatowanego, że znakomita większość przyrządów była od dawna niesprawna a podsufitkę trzymały na miejscu jedynie kawałki kartonu. Nowy asfalt skończył się po kilkuset metrach, ze starego zjechaliśmy po kilometrze. Dalej była już tylko kamienista, górska droga, która wspina się zakosami stromo pod górę. Mniej więcej w połowie odległości zagrodził nam drogę szlaban. Szybko jednak został podniesiony, lecz dla nas oznaczało to konieczność uiszczenia opłaty. W drewnianym baraku królowała podstarzała urzędniczka z niemal kompletem złotych zębów. Najpierw ofuknęła mnie, kiedy zapytałem czy potrzebuje paszport. Skończyła wypełniać jakieś druki i podsunęła mi dwa wyświechtane zeszyty w kratkę. „Imia, familia, imia otczetstwo, strana, nomier paszportu, god i miestje rażdienia ...” zaordynowała głosem nie znoszącym sprzeciwu. Mozolnie wypełniłem rubryczki i zapłaciłem prawie półtorej tysiąca tenge. Trwało to długo a kolejka rosła. W końcu mogliśmy jechać dalej. Stary i sfatygowany samochód nad podziw dobrze radził sobie z drogą trudną nawet dla „terenowca”. Na ostatnim podjeździe koła buksowały w luźnych kamieniach i tylko dzięki oryginalnej technice jazdy dojechaliśmy na wyrwany wzgórzu, niewielki parking. Rozciągający się przed nami widok był oszałamiający: pomiędzy stromo opadającymi zboczami gór połyskiwało idealnie czystą wodą jezioro. Na przeciwległym, dosyć odległym brzegu, szeroką deltą wpływał do niego strumień. Podążając wzrokiem za jego ginącymi w gęstwinie krzewów strugami napotyka się górę, której zwieńczenie pobłyskiwało bielą leżącego tam śniegu. Wszystko to na tle głębokiego błękitu nieba. 
 
   Kazachowie nie przejawiają przesadnie wybujałej wyobraźni, przynajmniej w kwestii nazw. Kolsai, to zarówno fragment Tienshan, jak i park narodowy, rzeka. Trzy wysokogórskie jeziora, będące celem podróży ludzi z całego świata nazywają się ..., Kolsai I, Kolsai II, Kolsai III. Położone są odpowiednio na 1800, 2250 i 2700 m n.p.m. Pierwsze z nich ma kształt nerki. Zbocze z prawej strony jest zdecydowanie mniej zarośnięte i tędy prowadzi wąska, ale dosyć wygodna ścieżka, którą bez większego wysiłku można dotrzeć do zasilającego jezioro w wodę strumienia. Z lewej strony także jest ścieżka, ale pomijając kilka polan i osuwisk, biegnie lasem. Jest wąska, z dużym zróżnicowaniem wzniesień i wieloma przeszkodami w postaci przegradzających ją pni, gołoborzy, skał. Z tych też powodów, jedynie osoby idące do czegoś na kształt schroniska i biwakowicze wybierają ten szlak. Pewnym utrudnieniem na częściej uczęszczanym szlaku są konie. Wielu turystów decyduje się na oglądanie okolicy z wysokości końskiego grzbietu. Na koniach przemieszczają się także patrole parku oraz żołnierze. Ścieżka jest zbyt wąska, żeby można się było na niej wyminąć, dlatego piechurzy zmuszani są do „wskakiwania” na skarpę, umożliwiając przejście czworonogom. Mniej więcej w połowie drogi, na wybrzuszeniu „nerki” znajduje się naturalny punkt widokowy. Dla osób obserwujących brzegi z parkingu, lewa strona wydaje się być bardziej przyjazna, ponieważ początkowe kilkadziesiąt metrów szlaku wyłożone jest kładką z desek. To ułatwienie kończy się w lesie, z którego wychodzi się na rozległą polanę z malowniczym zejściem do wody. Idealne miejsce na biwak czy piknik. Na terenie parku swobodnie można rozbijać namioty a nawet palić ogniska. Wspomniana polana ma nawet przygotowane do tego miejsca a nad samą wodą stoi stalowa, wysoka na półtorej metra, „koza”. Dalej szlak robi się co raz trudniejszy. Wysoki, ciężki plecak stanowi tam poważny problem, ze względu na nisko wiszące gałęzie, gęste krzewy i osuwające się spod nóg kamienie. 
 
   Wysiadając, umówiliśmy się ze starszym strażnikiem, że za dwa dni zabierze nas około dziesiątej z tego samego miejsca. Byliśmy bardzo zadowoleni bo nie tylko tanio i szybko dojechaliśmy do celu ale i sprawa powrotu niespodziewanie została korzystnie „załatwiona”. Zza drewnianej barierki okalającej placyk przyjrzeliśmy się brzegom jeziora. Drewniane pomosty z lewej strony sugerowały uporządkowany, łatwy szlak dla spacerowiczów. Prawa strona, bez żadnych udogodnień wydała nam się trudniejsza a zatem ciekawsza i po zejściu nad brzeg zbiornika w tą właśnie stronę się skierowaliśmy. Wąska ścieżka idąca stromo pod górę, konie wiozące na grzbietach wystraszonych turystów (przyznaję, że gdybym siedział na wierzchowcu, który ledwo się mieści na ścieżce mając z lewej strony kilkudziesięciometrową skarpę wprost do jeziora, to też bym się bał) bezceremonialnie przepychające się pomiędzy pieszymi, osypujące się kamienie, nie wspominając o widokach, czyniły ją ...interesującą. Po kilkuset metrach marszu zaniepokoił mnie dziwny rodzaj pulsowania w podbrzuszu. Nie był to jeszcze ból, ale zjawisko wcześniejszej mi nieznane. Poluźniłem pas biodrowy mając nadzieję na samoistne zniknięcie dyskomfortu. Niestety, w miarę pokonywanej trasy pulsowanie ustąpiło miejsca gnieceniu a to bólowi, który powoli acz sukcesywnie narastał. Zbliżając się do miejsca, w którym rzeka zasila jezioro „czułem nadciągający problem”. Wówczas jeszcze łudziłem się, iż będzie mu można zaradzić, bez wpływu na nasze plany. Nad rzeką znaleźliśmy dogodne do wypoczynku miejsce i pozbywszy się plecaków, zalegliśmy na trawie. Wówczas oszczędnie wspomniałem przyjacielowi o gorszym samopoczuciu. Zapytał, czy w tej sytuacji celowym jest kontynuowanie marszu, sugerując powrót lub pozostanie na miejscu. Obaj wiedzieliśmy, że w obu przypadkach trzeba będzie zrezygnować z harmonogramu a może i planu zobaczenia wyżej położonych jezior.
   Droga do drugiego jeziora jest kontynuacją szlaku, biegnącego prawą stroną. Jedynym oznakowaniem są słabo widoczne, rzadko pojawiające się niebieskie strzałki. Dłuższy czas idzie się wzdłuż strumienia, który tylko w miejscu, w którym wpada do Kolsai I zwalnia swój nurt. Na stromych stokach pędzi jak oszalały, tocząc olbrzymie ilości czystej, zimnej wody. Pomiędzy Kolsai I i II różnica wzniesień wynosi około pięćset metrów na dystansie kilku kilometrów.
   Ruszyliśmy pod górę. Początkowo szlak nie jest uciążliwy. W miarę wchodzenia staje się stromy a głębokie wklęśnięcia podmokłego gruntu, korzenie i wystające głaz czynią go dosyć trudnym. Po kilkunastu minutach ścieżka wychodzi na niezalesione zbocze i niemal płasko pozwala odpocząć nogom i łudzi nadzieją na łatwe osiągnięcie celu. Wchodząc ponownie w las, opada prawie nad samą rzekę, żeby ponownie stromo wznieść się w górę. Ból stawał się uciążliwy, więc kiedy napotkaliśmy ławy z bali surowej sosny, z ulgą przyjąłem propozycję odpoczynku. Musiałem mieć kiepską minę, bo Witek kilkukrotnie nagabywał mnie na wyjaśnienie, co się ze mną dzieje. Wiedziałem już, że nie tylko problem sam zniknie, lecz także dłużej nie będę w stanie robić „dobrej miny”. Opowiedziałem o tym jak z pulsowania rozwinęło się to „coś” w ból, oraz o moich podejrzeniach i obawach. Przeanalizowaliśmy zawartość naszych apteczek i kiedy łykałem No-spę i z nadzieją wyczekiwałem zbawiennych skutków jej działania, Witek skrupulatnie czytał ulotki antybiotyków. Po kilkunastu minutach, kiedy nie tylko nie odczułem poprawy a wręcz pogorszenie zaordynował mi ten, który uznał za najlepszy i zaproponował silny środek przeciwbólowy. Wówczas byłem gotowy zjeść nawet cykutę, żeby pozbyć się bólu. Czas płynął. Wypijałem kolejne litry wody i polegiwałem na ławce, rozważając w myślach jak wytłumaczyć kazachskiemu lekarzowi (zakładając, że taki się znajdzie) co mi jest. Ta kwestia, jakkolwiek trudna, z zastosowaniem obu słabo znanych mi języków i mowy ciała wydawała się do „przeskoczenia”. Dotarcie do lekarza, lub w skrajnym przypadku sprowadzenie go w to miejsce było zdecydowanie bardziej problematyczne. Żaden z nas tego jeszcze wówczas nie powiedział, ale obaj wiedzieliśmy, iż marsz do drugiego jeziora byłby głupotą. Po dłuższej chwili oznajmiłem to głośno i z trudem zwlokłem się z kłody. Zaciskając zęby, przy wydatnej pomocy Witka, nałożyłem plecak i powoli zaczęliśmy schodzić w dół. Zatrzymaliśmy się w miejscu poprzedniego postoju. Ponownie piłem wodę, choć „wylewała mi się już nosem”. Poważnie zatroskany przyjaciel powiedział, że pójdzie po pomoc. Sprowadzi lekarza albo konie, którymi będzie mnie można przetransportować do parkingu a stamtąd samochodem do Sat. Zdecydowanie odmówiłem. Nadal liczyłem „na cud”, a perspektywa podskoków na końskim grzbiecie była równie niemiła, jak hospitalizacja w prowincjonalnym, azjatyckim szpitalu. Kiedy tak dyskutowaliśmy o zaistniałym problemie, przysiadł się do nas mężczyzna. Czech, jak szybko się okazało po sposobie mówienia i akcencie. Wyglądał dziwnie. Bez plecaka, w rozdartej na plecach koszuli i jakby zagubiony, lub znudzony otoczeniem. Zapytał co mi jest, ale nie odniósł się do lakonicznych wyjaśnień. Posiedział przy nas i odszedł. My też uznaliśmy za wskazane ruszenie się z miejsca. Powoli, tą samą drogą szliśmy w kierunku parkingu. Zaraz za ujściem rzeki są do wyboru dwie ścieżki na strome wzgórze. Krótsza pnie się niemal pionowo, dłuższa trawersując pozwala na mniej forsowne podejście. Nie wiem czemu, ale weszliśmy na tą pierwszą. W połowie wzniesienia zorientowałem się, że choć czuję ogólne zmęczenie, to ból mija. Na wypłaszczeniu byłem już tego pewien i poinformowałem o tym Witka. Przez chwilę nawet zastanawiałem się, czy dobrze robimy wracając, lecz uznałem, iż może to być chwilowe i lepiej będzie jeśli znajdziemy się bliżej drogi. Kiedy doszliśmy do punktu, z którego wyruszyliśmy przed południem po bólu nie został nawet ślad. Początkowo planowany powrót do „cywilizacji” i wizytę u lekarza, mimo protestów Witka, odłożyłem do czasu wyjaśnienia się sytuacji. Zaproponowałem natomiast przejście na widoczną na lewym brzegu polanę i rozbicie namiotu. Dotarcie tam nie było ani czasochłonne, ani kłopotliwe. Polana z bliska okazała się jeszcze bardziej dogodna, aniżeli nasze wyobrażenia, snute na podstawie widoku z kilkuset metrów. Kilka miejsc na ognisko, kosze na śmieci, prowizoryczne, ale znośne siedziska, łatwe zejście do wody i spory, żelazny piec. Było tam kilka osób, lecz miejsca było i tak dosyć. Postanowiliśmy zjeść coś ciepłego, a żeby zaoszczędzić paliwo, rozpaliliśmy ogień w „kozie”. Mimo sporego ognia, woda grzała się wolno, a do kubka wpadało sporo popiołu. Ostatecznie jednak żurek doprowadziliśmy do stanu pozwalającego na konsumpcję. Podsypany kus-kusem nie tylko zyskuje na kaloryczności, ale i tworzy nowy kolaż kulturowy – słowiańsko-arabski. Po marszu tam i z powrotem oraz nieprzewidzianych „atrakcjach” zupa smakowała niemal jak domowa. Pogodzeni z faktem, że naczynia zostały już osmolone, zagotowaliśmy ponownie wodę na herbatę miętową. Już w trakcie zabiegów kuchennych pogoda zaczęła się zmieniać. Gwałtowne podmuchy wiatru napędzały chmury i wówczas robiło się zimno. Kolejne odsłaniały słońce przywracając ciepło i światło. Niestety, wraz ze zbliżającym się zmierzchem przejaśnień było co raz mniej. Trzeba było pomyśleć o noclegu. Najodpowiedniejszym miejscem wydała nam się wiata w trakcie budowy. Nie miała jeszcze dachu, ale cztery ściany o metrowej wysokości dawały dobrą osłonę przed wiatrem, a wnętrze nie tylko było wyrównane, ale dzięki znalezionej wykładzinie (używanej jako izolacji poziomej), mieliśmy także dodatkową separację od podłoża. W czasie kiedy przyjaciel odskrobywał sadzę z naczyń postawiłem namiot nie bez trudu wpasowując go ciasną przestrzeń rozpoczętej budowli. Cały czas zastanawiałem się, czy stłumiony ból był tylko nieznaczącym, pojedynczym incydentem, czy też ostrzeżeniem przed czymś poważniejszym a odczuwana ulga jest li tylko szansą na podjęcie działań. Pierwsza dawka antybiotyku, jeśli w ogóle jego zastosowanie było słuszne, nie załatwi sprawy i trzeba będzie regularnie go łykać. Ibum Max, któremu zapewne zawdzięczałem brak bólu, ma także działanie antyzapalne i antybakteryjne, co powinno rozszerzyć „obszar rażenia” i zwiększyć moje szanse. Kładąc się spać, Witek ustawił budzik na drugą trzydzieści, żebym nie przespał pory antybiotyku. Zasypialiśmy przy odgłosach spadających na tropik kropli deszczu. 
 
9 CZERWCA (PIĄTEK) SATY
   Mimo, że miniony dzień był upalny, to noc okazała się bardzo zimna. Chłód zmusił mnie nie tylko do podopinania śpiwora, ale i nałożenia wszystkiego, co było w zasięgu ręki. W tym także worka na plecak. To rozwiązanie sprawdziło się już w innych miejscach, więc wprawnie wsunąłem się wraz ze śpiworem do przepastnego wnętrza i ponownie zasnąłem. Ponownie obudziłem się kiedy namiot wypełniło słoneczne światło a wraz z nim przyjemne ciepło. Zdawaliśmy sobie sprawę z konieczności szybkiego dotarcia na szosę, lecz teraz, kiedy nareszcie było naprawdę ciepło, nie mogliśmy się zmusić do opuszczenia pościeli. Kolejny powrót do rzeczywistości uświadomił nam dwugodzinne opóźnienie w stosunku do planów. Tym razem nie było mowy o ociąganiu się. Wywlekliśmy wszystko z wnętrza robiąc miejsce dla maszynki spirytusowej. Przed zagotowaniem wody likwidowanie namiotu nie było możliwe, więc czekając, spakowaliśmy wszystko, co było możliwe. Kiedy wreszcie pokazały się pierwsze oznaki kipienia, zalaliśmy owsiankę i pochłonęliśmy ją tak szybko, jak tylko było to możliwe. Kiedy dopakowywaliśmy plecaki zza grani pobliskiej skały „wyskoczył” pionowo w górę śmigłowiec. Targając liście nad naszymi głowami zawisł na moment a potem odleciał hałasując potwornie. „Jak w Rambo albo innym filmie akcji” - przemknęło mi przez głowę. 
   Żar lał się z nieba a pot po naszych czołach i plecach, kiedy maszerowaliśmy traktem w kierunku wylotu kanionu. Widoki były równie interesujące jak z jego krawędzi, a stojąc u stóp ogromnych bloków bardziej czuło się ich potęgę i kruchość zarazem. W znakomitej większości kanion został wypłukany nie w litej skale, a sprasowanej mieszance żwiru, kamieni i czerwonej glinki. Wysychająca materia pęka tworząc głębokie bruzdy i grożąc upadkiem pod wpływem jakiegoś czynniku: wody, trzęsienia ziemi a pewnie i po osiągnięciu granicy spójności gliny. Atrakcyjności widoków dodawała świadomość, iż być może za miesiąc czy rok, ta czy inna część kanionu zniknie na zawsze. Co jakiś czas odpoczywaliśmy kryjąc się w cieniu. Na szlaku mijały nas grupki turystów. W większości Kazachowie, ale byli też Anglicy, Japończycy no i Polacy. Z daleka usłyszeliśmy znajome słowa wypowiadane przez idące z naprzeciwka dwie pary. Mijając powiedzieliśmy „Dzień Dobry!”. Tamci przeszli jeszcze dwa, trzy metry, zatrzymali się i z niedowierzaniem zapytali: „Polacy?” Wdaliśmy się w krótką rozmowę. W przeciwieństwie do nas przylecieli do Kazachstanu przez Rosję. Także planowali zanocować pod namiotem w kanionie. Życząc sobie na wzajem powodzenia ruszyliśmy w przeciwnych kierunkach. Zmęczeni dotarliśmy do wylotu a potem przed bramę wjazdową. Usiedliśmy pod dachem wiaty i ciesząc się powiewami wiatru i cieniem wdaliśmy się w rozmowę ze strażnikiem. Bardzo zainteresowały go nasze zegarki. Koniecznie chciał kupić jeden z nich. Proponował jednak tak niskie kwoty, że nie braliśmy tych propozycji poważnie. Dostaliśmy od niego wodę, za co zrewanżowałem się długopisem. Zadowolony obiecał zwracać uwagę wyjeżdżających na dwóch piechurów. Podziękowaliśmy licząc na jego skuteczność i wyszliśmy na rozgrzaną, pokrytą kurzem drogę. Ruch na niej był znikomy a nieliczne samochody jechały w przeciwnym do interesującego nas kierunku. Łykaliśmy wzniecany kołami kurz i rozczarowanie. Po sześciu, może siedmiu kilometrach pogodziliśmy się z koniecznością pokonania całej drogi na nogach i wówczas zatrzymał się przy nas samochód z trójką bardzo młodych Kazachów. Pozostałe kilka kilometrów przejechaliśmy w ścisku, lecz trawestując znane powiedzenie czyż nie „...lepiej kiepsko jechać aniżeli wygodnie iść”? 
 
   Co do „kiepskości” jazdy, to wkrótce mieliśmy się przekonać, że podróżowanie małym, osobowym samochodem z plecakiem na kolanach, wcale nie jest taką złą opcją. Ledwo przeszliśmy na drugą stronę szosy prowadzącej do Kegen i granicy z Kirgistanem, zatrzymała się nieduża ciężarówka. Kierowca zadeklarował możliwość podwiezienia nas w pobliże parku Kolsai za cztery tysiące tenge. Po krótkich negocjacjach zgodził się na dwa, więc wdrapaliśmy się na pakę. To, co tam zastałem wzbudziło moje poważne wątpliwości, czy skorzystać z tej „okazji”, ale było za późno. Samochód szarpnął i ruszył. Na deskach solidnie wysmarowanych zaschniętym łajnem leżały zwoje drutu i kratownice zbrojeniowe. Przy burcie, niczym nie zabezpieczona butla z gazem spawalniczym, a pod ścianą szoferki narzędzia, kubły. Usadowiliśmy się na tym wszystkim, jak tylko się dało. Samochód pędził na złamanie karku a my skupiliśmy całą uwagę i siły na utrzymaniu się na skrzyni ładunkowej. Momentami było tak dramatycznie, że aż ...śmiesznie. Musieliśmy wyglądać idiotycznie targani strugami powietrza i podskakując wraz z całym zalegającym pakę żelastwem. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów ciężarówka zatrzymała się gwałtownie a kierowca oświadczył, że za zdeklarowaną wcześniej kwotę powinniśmy wysiąść w tym miejscu. Staliśmy na pustej drodze pośród stepu. Tienszan majaczyły niebiesko-białą wstęgą gdzieś na horyzoncie. „Łajdak ewidentnie usiłuje nas naciągnąć” - pomyślałem, a głośno zapytałem: „Gdie eti ozjera? Wy dumajetie szto ja idiot?” „Ozjera nachoditsja tam, w gorach. Wy dołżni płatit bolsze” odparł szofer i spokojnie zapalił papierosa. „Nie ma mowy, wysiadamy”- powiedziałem wściekły i zeskoczyłem na pobocze. „Nje wołnujetsja, ja poszutił” powiedział dowcipniś i uśmiechnął się szeroko, demonstrując kolekcję złotych zębów. Ponownie zaproponował miejsce w szoferce. Wydało mi się to rozsądne, ale przyjaciel postanowił zostać na straży naszego dobytku. Oprócz kierowcy jechał jeszcze jeden mężczyzna, mnie usadowiono po środku. Chwilę po wyruszeniu w dalszą drogę zrozumiałem prawdziwą przyczynę postoju. Ciężarówka zjechała z głównego traktu i podskakując na wybojach skierowała się w stronę widocznych wcześniej po prawej stronie gór. Do upału na zewnątrz, umieszczony wewnątrz kabiny silnik, dokładał kilka swoich stopni, co czyniło z niej saunę. Rozgrzebana buldożerami droga zmuszała do trzymania kierownicy oburącz, a mimo to kierowca pokazywał ją z dumą, twierdząc że już wkrótce będzie równie gładka, jak ta, z której zjechaliśmy. Miałem odmienne zdanie o jakości nawierzchni traktu do Kegen, lecz nie chciałem żadnych kontrowersji w tak nieistotnej kwestii. Pozostałe kilkadziesiąt kilometrów przegadaliśmy poruszając niemal wszystkie możliwe tematy. Kiedy rozmawialiśmy o naszych językach, (często Kazachowie pytali nas o język używany w Polsce i dziwiło ich, jak zaskoczony odpowiadałem, że polski) usiłowali mnie nauczyć kilku słów kazachskich. Zapamiętanie ich nie było łatwe, lecz poprawna wymowa, to dopiero było wyzwanie. Jakoś poradziłem sobie z jednosylabowymi, ale utkane samogłoskami wielosylabowe przerosły moje umiejętności. Ponownie zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu, pośród zielonych wzgórz. Kierowca pokazał drogę w lewo i powiedział: „My tuda, w Żalanasz.” „Tam doroga k` ozjeram” - pokazał na prawo. „Kak eto daljeko?” zapytałem nie pomny wcześniejszych doświadczeń. „Nie daljeko”- usłyszałem w odpowiedzi. „Skolko ja dołżen wam płatit?” zapytałem, mając nadzieję na odstąpienie od żądania zapłaty. „Dajtie, skolko dumajetie” odparł dyplomatycznie kierowca. „Dwa tysiaczy dostatoczno?” - powiedziałem pamiętając negocjacje przy wsiadaniu. „Nu pust eto budiet”. Jak to bywa w kompromisach, obaj byliśmy umiarkowanie ...rozczarowani. Ciężarówka odjechała wzniecając tumany kurzu a my zostaliśmy na poboczu drogi. Obaj wiedzieliśmy, że nic tak nie wystoimy, a jednak nie bardzo zbieraliśmy się do ruszenia z miejsca. Popołudniowe słońce swoją tarczą wyznaczało nam kierunek, jednocześnie kładąc czerwone mazy na nielicznych elementach krajobrazu. Z prawej strony widać było jakieś zabudowania, z lewej, trochę bliżej osamotnione nagrobki muzułmańskiego cmentarza. Były na tyle interesujące, że chciałem tam podejść i zrobić zdjęcie, ale Witek uznał, iż może to być źle odebrane, więc skorzystałem z „zoom`u” i poszliśmy w kierunku zabudowań. Podchodząc wzbudziliśmy zainteresowanie psów i dzieci. Jedne i drugie otoczyły nas nie kryjąc ciekawości. Dorośli byli bardziej zdystansowani, choć ich spojrzenia czuliśmy na sobie w miarę przechodzenia między budynkami. „Trzeba kupić chleb” - stwierdził przyjaciel. Nie oponowałem, bo i tak nic bym nie wskórał. We wskazanym nam barku chleba nie było. Podobnie w następnym, lecz zasugerowano nam, że może w sklepie na końcu wsi coś dostaniemy. Dwa sąsiadujące ze sobą sklepiki usytuowane naprzeciwko małego meczetu z niebieską kopułą oferowały podobny asortyment, lecz dopiero w drugim dostaliśmy „lepioszkę”. Płacąc sto dziesięć tenge zapytałem jeszcze o wodę. Obsługująca nas starsza kobieta podała butelkę z wyraźnym napisem „gazirowannaja”. Poprosiłem o „stojaszczą”, lecz takiej nie było. Zapłaciłem więc tylko za chleb i manewrując w ciasnym pomieszczeniu, skierowałem się do wyjścia. Babuszka powiedziała coś, czego nie zrozumiałem i wyjęła spod lady pustą butelkę. Pomagający jej chłopak wyszedł na zaplecze a po chwili wrócił z pełną butelką, którą leciwa ekspedientka mi podała. „Skolko?” zapytałem przyjmując mokrą i zaskakująco chłodny pojemnik. Machnęła lekceważąco ręką. Podziękowałem wylewnie i korzystając z okazji zapytałem jak dostać się w pobliże jezior. Kobieta zafrasowała się, po czym odpowiedziała z namysłem: „Tiepier nikto nie pojediet. Eto daljeko. Możjet byt niekakoj Kamaz?” „ Daljeko?” zapytałem zaskoczony i zaraz dodałem: „Kak daljeko?” „Ja nie znaju toczno, no daljeko” - odparła. „No fajnie. Dla jednego blisko, dla innych daleko. Diabli wiedzą gdzie tak naprawdę jesteśmy. Trzeba by wyjąć wreszcie mapę i sprawdzić” - pomyślałem. Wychodząc ze sklepu zauważyłem wysiadającego z samochodu starszego mężczyznę więc zapytałem czy nie jedzie przypadkiem w interesującym nas kierunku. Zaprzeczył, ale umiał określić odległość. Odpowiedź wcale nas nie uspokoiła. Pozostało do pokonania „zaledwie” czterdzieści kilometrów do miejscowości Saty, a stamtąd, kolejne kilkanaście nad pierwsze jezioro. Szansa na dotarcie tam przed zmierzchem spadła do poziomu wygranej w „toto-lotka”. „Trzeba łapać co się da” - powiedziałem głośno, choć dla nas obu było to oczywiste. Pogryzając chleb stanęliśmy na skraju drogi przy płynącej z pordzewiałej rury strugi. Zanim się obejrzeliśmy z za zakrętu wyłonił się ogromny, żółty pojazd. Na nasze machanie zatrzymał się w tumanach kurzu. Z otworu okna szoferki wyjrzała twarz starszego mężczyzny. Przekrzykując hałas silnika i krztusząc się kurzem wykrzyknęliśmy niemal jednocześnie: „Saty?” Kierowca kiwnął głową. „Zabierzesz?” Ponowne kiwnięcie. „Za ile?” Tym razem gest nie był jednoznaczny. „Tysiacz chwatit?” usiłuję ustalić. Kiwnięcie, chyba na tak. Wspięcie się z plecakiem do tego monstrum nie jest proste. Zdejmuję go i włażę bez obciążenia. Z trudem wciągnąłem oba plecaki, zrzucając je kolejno na leżankę za fotelami a potem sam tam usiadłem robiąc miejsce Witkowi. Na „przełamanie lodów” śmiejemy się z własnej nieporadności, dziękujemy za zabranie i chwalimy pojazd. Dopiero teraz kierowca odzywa się, klepiąc rękoma po kierownicy: „Kitajski” i szybko dodaje: „Mann, no zdiełano w Kitaje”. W miarę jazdy, powoli zaczyna mówić o sobie: ma pięcioro dzieci, mieszka prawie dwa tysiące kilometrów stąd. „Czy tęskni za rodziną?” Głupie pytanie. „Pewnie, że tęskni, ale gdzieś trzeba zarabiać pieniądze.” 
 
Wyładowany samochód jechał w żółwim tempie, bo droga, choć asfaltowa, pięła się stromo pod górę. Pierwotne kalkulacje dotyczące czasu potrzebnego na pokonanie czterdziestu kilku kilometrów można było zapomnieć. Kiedy już się z tym pogodziłem, na poboczu zobaczyliśmy stojącą cysternę. Kierowca zatrzymał się przy niej, wysiadł i poszedł dowiedzieć się co się stało. W bocznym lustrze zobaczyliśmy jak wraz z drugim mężczyzną zakładają hol. Jeśli dotychczasową jazdę uznałem za „żółwią”, to następne kilometry jechaliśmy w tempie żółwia paralityka. Na bardziej stromych podjazdach wydawało się, że trzeba będzie pchać oba pojazdy. W jednym z takich miejsc samochodem szarpnęło i cysterna uwolniona z zerwanego holu pozostała w tyle. Egoistycznie pomyślałem, iż pozbywamy się balastu, ale po półgodzinnym kombinowaniu obaj kierowcy jakoś się z tym uporali i powlekliśmy się dalej. Kiedy dotarliśmy na szczyt ostatniego wzniesienia, przez zakurzoną szybę Mann`a zobaczyliśmy szeroką, rozległą dolinę, przeciętą wzdłuż potężną rzeką. Trzeba przyznać, że roztaczający się widok był zaskakująco piękny. Słońce filtrowane przez chmury rozświetlało jedne partie doliny, pozostawiając inne w cieniu. Wijąca się rzeka o wysokim północnym brzegu blikowała jak kolia brytyjskiej królowej. Zjazd z pochyłości do bazy przed miejscowością też zajął sporo czasu, lecz kiedy wreszcie uwolniona od cysterny ciężarówka ruszyła na miejsce rozładunku mieliśmy wrażenie, że niemal pędzimy. Chcąc nie chcąc biernie uczestniczyliśmy w rozładunku asfaltu. W trakcie opuszczania „wanny” kierowca usiłował zorganizować nam dalszy transport, lecz właściciel osobowego samochodu, którym mieliśmy jechać zażądał siedmiu tysięcy tenge, więc podziękowaliśmy za taką „uprzejmość”. Opuszczając kabinę ciężarówki zastanawiałem się, czy w tych okolicznościach ustalona kwota nie zostanie zwielokrotniona, choćby tylko dwukrotnie, ponieważ nie dopytałem się wcześniej, czy dotyczy nas obu czy jednej osoby. Na całe szczęście, kierowca przyjął banknot i choć nie wywołało to u niego entuzjazmu, to także nie zgłosił dodatkowych roszczeń. Było zbyt późno, ażeby poważnie myśleć o dalszej podróży. W poszukiwaniu miejsca pod namiot poszliśmy w kierunku rzeki. Ostatni odcinek przylegających do niej łąk porasta gęsto berberys, co nie ułatwia przejścia. Znaleźliśmy małą polankę, na tyle nie zabrudzoną krowimi plackami, że bezpiecznie można było rozstawić namiot. Zastanawiająca była obecność na poboczu polnej drogi, policyjnego radiowozu. Trudno powiedzieć czy „władza” odpoczywała po trudach dnia, czy też pełniła jakąś specjalną misję. Odczekawszy kilkanaście minut z nadzieją na pozostawienie nas samych, rozstawiliśmy namiot. Liczyłem się z tym, że któryś z mundurowych podejdzie zapytać o powód naszej obecności w tym miejscu ale najwyraźniej nie byliśmy w kręgu ich zainteresowań. Policyjny samochód odjechał po kilkudziesięciu minutach, ale jeszcze przed zapadnięciem zmroku pojawił się ponownie. Tkwił w tym samym miejscu, kiedy z latarką na głowie poszedłem umyć się w rzece. Nikt z niego nie wysiadał ani nie wsiadał. Po prostu stał. Zaakceptowaliśmy taki stan rzeczy, uznając iż w takim towarzystwie jedyne co nam grozi, to wdeptanie w trawę przez krowy idące do wodopoju. Na liście potencjalnych zagrożeń, to jednak nie było wysoko plasowane. Położyliśmy się spać, licząc na osiągnięcie celu następnego do południa.


8 CZERWCA (CZWARTEK) AŁMATY-KANION SZARYŃSKI
   Noc była upalna. Handlarki, które po „zamknięciu swoich straganów” obsiadły dolne leżanki, biesiadowały długo. Bez skrupułów moszcząc się „w nogach” nie tylko utrudniały wyciągnięcie się ale i podnosząc i tak wysoką temperaturę. Gdzieś około trzeciej nad ranem nasze sąsiadki zaczęły przygotowywać się do wysiadania: głośno rozmawiały ze sobą, dzwoniły dzwonki ich telefonów. Kiedy wreszcie wysiadły i pociąg ruszył zapanował spokój, lecz nie trwał zbyt długo. Na kolejnej stacji dosiadła się nowa handlarka i z uporem godnym lepszej sprawy usiłowała wepchnąć wózek na którym przywiozła swój majdan pod stolik w czym skutecznie przeszkadzał jej wspornik. Tłuczenie metalu o metal, postękiwania przeplatane z przekleństwami trwały dobrą chwilę. Mimo to musiałem zasnąć jako, że kiedy ponownie otwarłem oczy, dochodziła siódma. Za oknem bezchmurne, turkusowe niebo. Step równie płaski jak widziany wcześniej lecz soczysta, wilgotna zieleń ustąpiła suchym kolorom ziemi. Na niebie od południowej strony pojawiło się wąskie, długie i jasne pasemko. W miarę jazdy powiększało się i to, co pierwotnie wyglądało na chmury ujawniło swą skalną naturę. Błękitny masyw Tien-Shan wtapiał się w niebo a widoczne białe pasma okazały się śniegiem pobłyskującym w słońcu. Wagon pomału ożywał. Zaspani, rozczochrani pasażerowie, człapali w niekompletnych strojach w stronę samowaru. Inni z ręcznikami na ramionach i z przyborami toaletowymi w rękach ustawiali się w kolejce do toalet. My także odbyliśmy podróż w obu kierunkach po czym zajęliśmy się ścieleniem i porządkowaniem leżanek. Pościel przejęła konduktorka pakując ją do wielkiego worka. Spakowane plecaki dla wygody umieściliśmy na górnej leżance, a my usiedliśmy na dolnej, czekając aż pociąg zatrzyma się w Ałmatach. Dalekobieżne pociągi, niczym transoceaniczne liniowce, rozpoczynają hamowanie na wiele kilometrów przed stacją docelową i polskie zwyczaje stawania w korytarzu za nim skład się zatrzyma, nie są tu praktykowane. Ałmaty I to duży, ruchliwy dworzec kolejowy skrojony na miarę stolicy kraju, którą miasto było w czasach Związku Radzieckiego. Utrata stołecznego statusu nie umniejszyła znaczenia miasta, a i sam dworzec w niczym nie ustępuje temu, z którego wyruszaliśmy w drogę. Być może, w niedalekiej przyszłości, nowy terminal kolejowy w Astanie zdeklasuje oba starsze, lecz tymczasem funkcjonuje jedynie w opowieściach tych, którzy go widzieli. Po obowiązkowym prześwietleniu bagaży znaleźliśmy się w obszernym hall`u. Szukając informacji turystycznej trafiliśmy do biura, które z pewnością nią nie było, ale obsługa żywo zainteresowała się naszymi pytaniami. Dwaj młodzi mężczyźni ubrani w ulubiony strój Kazachów – dresy z naszywkami znanych producentów, poprowadzili nas labiryntem przejść i schodów, wprost pod drzwi ...posterunku policji. Krótka wymiana zdań z chłopakiem w „lotniskowcu” na głowie zaowocowała postawieniem nas przed oficerskim biurkiem. Nie musiałem długo tłumaczyć celu naszej wizyty ponieważ informacja poprzedziła nasze przyjście. Poproszono nas o paszporty i druki migracyjne. Kilkuosobowy personel przysłuchiwał się z zainteresowaniem telefonicznym rozmowom w naszej sprawie. Po kilku minutach autorytatywnie stwierdził, iż nie mamy obowiązku rejestrowania się przez dziewięćdziesiąt dni i w tym czasie możemy swobodnie poruszać się na terenie całego kraju. Bardzo zadowoleni z takiego obrotu sprawy poprosiliśmy jeszcze o radę, jak najtaniej dostać się w okolice Kanionu Szaryńskiego. W tym przypadku odpowiedź nie była tak jednoznaczna i pomyślna. Po wykluczeniu taksówki, jako zbyt kosztownego sposobu podróżowania, panowie usiłowali uzgodnić stanowisko, w kwestii transportu publicznego. Jedni twierdzili, że jest, inni wręcz przeciwnie. Ostatecznie zasugerowano na podjechanie w rejon „zielonego bazaru” skąd „coś” miało jeździć. Ponownie przejęli nas chłopcy w dresach ( mam wrażenie, iż nie byli jedynie życzliwie nastawionymi do przyjezdnych obywatelami ) i zaprowadzili na plac przed dworcem, gdzie zatrzymują się autobusy miejskiej komunikacji. Jeden z panów wytłumaczył wszystko konduktorce , a ta solennie obiecała roztoczenie nad nami opieki. Po męskim uściśnięciu dłoni wrócili do swoich obowiązków, a my wyruszyliśmy w dalszą drogę. Nowa opiekunka skasowała sto sześćdziesiąt tenge opłaty za bilety i ponowiła obietnicę. Wysłużony wehikuł przedarł się przez zatłoczony fragment miasta i wjechał na drogę z pięknym widokiem na ośnieżone góry. W którymś momencie konduktorka pokazała nam, żeby przygotować się do wysiadania. Po otwarciu drzwi pokazała nam pobliską kładkę dla pieszych. Powiedziała, żeby po drugiej stronie zapytać o „Zielony Bazar” a tam o mikrobus w interesującym nas kierunku. Tak też uczyniliśmy. O ile znalezienie miejsca nie było trudne, o tyle problematycznym stało się ustalenie czym będziemy mogli przejechać sto trzydzieści kilometrów oddzielające nas od Kanionu. Wszyscy pytani zgodnie twierdzili, że w interesującym nas kierunku nie jeżdżą żadne autobusy. Upieranie się przy informacjach zaczerpniętych z przewodnika i potwierdzonych częściowo w rozmowie na posterunku i w autobusie nie dało rezultatu. Ktoś sobie przypomniał a mikrobusie kursującym kilkanaście miesięcy wcześniej, który z braku wystarczającej ilości chętnych został zlikwidowany. Trzeba było pogodzić się z myślą o konieczności znalezienia innego rozwiązania. Taksówkarze oczywiście byli gotowi natychmiast wyruszyć w drogę. Podana cena za kurs w wysokości dwudziestu tysięcy tenge była jednak nie do przyjęcia. Próba negocjacji spełzła na niczym. Stanęliśmy z boku żeby przedyskutować sytuację. Starszy mężczyzna, który dotychczas przysłuchiwał się nam z boku, podszedł bliżej i zapytał czy może pomóc. Pokrótce zrelacjonowaliśmy mu problem, podkreślając chudość portfela. Nasz nowy rozmówca okazał się też taksówkarzem. Potwierdził zaoferowaną nam cenę, ale zaproponował inne rozwiązanie. Według niego stając na drodze wylotowej z Ałmat, moglibyśmy liczyć na podwiezienie, jeśli nie za darmo, to za dużo niższą kwotę. Wprawdzie nie łudził nas dużymi szansami na tak szczęśliwy obrót sprawy, ale dodał, że istnieje też możliwość „złapania” taksówki zbiorowej, wówczas koszty przejazdu zostaną podzielone na wszystkich podróżujących. Ten argument przekonał nas ostatecznie i byliśmy w trakcie ładowania plecaków do bagażnika, kiedy podszedł wcześniejszy rozmówca. Stwierdził iż jeśli nie będziemy się upierali przy dojechaniu do samego kanionu a jedynie do skrzyżowania odległego od niego o około dziesięciu kilometrów, to możemy pojechać za dziesięć tysięcy. Ta propozycja była do przyjęcia, ponieważ za sam wyjazd z miasta musielibyśmy zapłacić dwa tysiące. Nawet jeśli znaleźlibyśmy tani transport, to za ponad sto kilometrów zapewne też trzeba by było zapłacić kilka tysięcy tenge. Podziękowaliśmy kierowcy, z którym mieliśmy jechać i przenieśliśmy plecaki do dobrze wyglądającej, białej Toyoty. 
   Przebicie się przez miejskie korki zajęło sporo czasu, który już na pustawej szosie, kierowca starał się narobić. Zatrzymaliśmy się jedynie żeby kupić wodę. Początkowo jechaliśmy na wschód, wzdłuż ośnieżonego pasma gór. W trakcie jazdy trochę rozmawialiśmy o cenach paliwa, kosztach życia, lecz z czasem ogarniająca mnie senność sprawiła, iż z co raz większym trudem składałem sensowne zdania. Zmiana kierunku na południowy i gwałtownie przybliżające się góry w miarę bardzo szybkiej jazdy nieco
przywróciły mi jasność myślenia. Przejeżdżając przez niewielką mieścinę, kierowca zapytał czy mamy coś przeciwko, żeby zrobić przerwę na posiłek. Chętnie przystaliśmy na to. Wprawdzie nie zamierzaliśmy tam jeść, ale jazda, mimo wygody jaką dawał nowoczesny samochód, stawała się nużąca. Chłopak zachęcał nas do skorzystania jednego z bardzo licznych grill barów. Ceny istotnie były niemal o połowę niższe od zapamiętanych z Astany ( szaszłyk około trzystu tenge ) nie chcieliśmy jednak płacić za jedzenie mając wypchane nim plecaki. Ograniczyliśmy się do zjedzenia „lepioszki”. Po kilkunastu minutach ponownie pędziliśmy w stronę gór. Zgodnie z przewodnikiem, po pojawieniu się tablicy z informacją o odległości do kanionu, pojawiło się skrzyżowanie. Wiozący nas samochód skręcił w lewo na gruntową drogę i zatrzymał się. Upał lał się z nieba wprawiając w drżenie powietrze nad stepem, który oddzielał nas od miejsca, wpisanego na listę siedmiu, najbardziej godnych zobaczenia w Kazachstanie.
   Mentalnie byliśmy przygotowani na pokonanie tego odcinka na piechotę. Kondycyjnie...? No cóż, to miało się dopiero okazać. Dopinałem paski plecaka kiedy z tumanu kurzu wzniesionego przez zatrzymujący się samochód usłyszałem: „Wy chotitje pojechat s nami? ” Młody, brodaty mężczyzna uśmiechał się z za kierownicy. Obok siedziała sympatyczna dziewczyna. „Koneczno, spasiba!”, odpowiedziałem zadowolony, iż egzamin z wytrzymałości został odroczony. Samochód kolebał się na wybojach i wpadał w dziwny rezonans na drobnych, lecz bardzo gęsto rozsianych fałdach, przypominających ślad gąsienic czołgu. Hałas wewnątrz pojazdu był taki, że z trudem prowadziliśmy typową w takich okolicznościach rozmowę. Kierowca i jego sympatyczna towarzyszka przyjechali z Omska. Wioząca nas para była otwarta, sympatyczna. Pół godziny później zatrzymaliśmy się przed szlabanem i małym budynkiem przypominającym kontener. Czytając o kanionie, wyobrażałem go sobie jako miejsce odludne, rzadko odwiedzane, wręcz dzikie. To, co zobaczyłem tuż za barierą jawnie przeczyło tej wizji: wiata z ławkami, kosze na śmieci, parking. Czekając na wydanie biletów za które przyszło nam zapłacić tysiąc czterysta tenge, spoglądałem na zapadlinę, którą w żadnych okolicznościach nie nazwałbym kanionem. Byłem rozczarowany, no ale skoro już tu jesteśmy... Pożegnaliśmy sympatycznych Rosjan, zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie i pomaszerowaliśmy przed siebie. Jedno wzgórze, kolejne. Podchodząc pod szczyt spojrzałem przed siebie i oniemiałem. Rudoczerwona krawędź urwiska wydawała się nie mieć dna. Nad nią pasmo niewysokich, malachitowych wzgórz zza których, w niebieskiej poświacie, wystawało pasmo Tien-Shan, pobłyskując śniegiem na nagich skałach. Nad tym wszystkim chabrowe niebo z białymi kłaczkami chmur spinało nieboskłon. Natychmiast zapomniałem o poprzednim wrażeniu. Wdrapałem się na szczyt wzgórza, skąd mogłem zobaczyć dno kanionu. Nie było aż tak dalekie, jak mi się wydawało lecz w niczym to nie umniejszało uroku miejsca. Silny wiatr szarpał naszymi koszulkami skutecznie równoważąc słoneczny żar. Kanion Szaryński stał przed nami otworem. W dole widać było szeroką ścieżkę, może nawet drogę. Ludzie właściwie nie było nigdzie widać. Pojedyncze osoby, podobnie jak my, stały na krawędzi lub przemieszczały się wzdłuż wzgórza. Zdecydowaliśmy się iść górą a następnego dnia wrócić dołem kanionu. Początkowo marsz przypominał spacer. Z mijającego nas samochodu terenowego zagadnięto nas niespodziewanie po polsku. Para Warszawiaków zwiedzała kanion nie wysiadając z klimatyzowanego pojazdu. Ich kierowca i przewodnik kiedy dowiedział się dokąd zmierzamy ostrzegł nas przed zejściem, którym chcieliśmy iść twierdząc, że jest zdradliwe, ponieważ luźne kamienie skutecznie utrudniają schodzenie. Podziękowaliśmy za radę i obchodząc szeroko zejście kontynuowaliśmy marsz lewą granią. Niewielkie różnice wzniesień, udeptana ścieżka. Gdzieniegdzie zadaszenia pozwalające odpocząć w cieniu, siedząc na ławeczkach z kłód drewna. Bardzo oswojona ta „dzikość”- pomyślałem, ale pomny poprzedniej, pochopnej oceny postanowiłem poczekać, aż dojdziemy do końca. Niezauważalnie ścieżka wplotła się w malownicze skały. Pokrywający ją żwir zrobił się luźny i co raz częściej wpadał do butów. Na dodatek spore kawałki terenu pokrywała wyschnięta roślina, której kłujące nasiona czepiały się skarpet i raniły nogi. Wspinając się i schodząc pokonywaliśmy kolejne odcinki szlaku, który wijąc się jak rzeka wyprowadził nas w miejsce, skąd nie tylko nie było widać dna kanionu, ale nawet nie byliśmy pewni, czy nadal idziemy w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Kiedy słabo widoczna ścieżka zaczęła wyraźnie opadać, uznaliśmy to za znak, iż zdążamy we właściwym kierunku i po kolejnych kilkuset metrach wyjdziemy na widoczną z krawędzi drogę. Metrowej wysokości ścianka, która pojawiła się na naszej drodze, tylko utwierdziła nas w tym przekonaniu. Po jej pokonaniu pomyślałem, że dobrze, iż nie jest wyższa, bo w Albanii taka, tyle że znacznie większa przeszkoda zmusiła nas do odwrotu. Kawałek dalej, tuż za zakrętem, nasz szlak nadal spadając stromo w dół, prowadził w tunel powstały z trzech olbrzymich głazów. Dwa boczne stanowiły podpory dla trzeciego, który tocząc się z góry osiadł na ich grzbietach. Wchodzenie tam z plecakami było niewygodne a nie mając pewności, że tędy prowadzi droga, było zbędnym wysiłkiem. Zrzuciliśmy nasz balast i ślizgając się na stromiźnie weszliśmy w oko tunelu. To co zastaliśmy po drugiej stronie było zarazem urokliwe i niepokojące. Pomiędzy stromymi ścianami bocznej, bardzo wąskiej odnogi kanionu, w oddali, widać było zielone pasmo drzew i bielące się jurty. Niestety, ażeby tam się dostać trzeba było pokonać sześć, może osiem metrów niemal pionowej ściany. „Niepotrzebnie przywołałem wspomnienia Albanii” przemknęło mi przez głowę. „Kolejna porażka. Stracimy całe godziny, żeby wrócić do miejsca, skąd będzie można zejść do kanionu. Jak pech, to pech.” - dźwięczało mi w głowie. „Może uda nam się to jakoś obejść” - powiedziałem głośno, sam nie bardzo wierząc w taką możliwość. „Dobra, zobaczmy czy jest jakaś alternatywa” - odparł przyjaciel. Nie zabierając plecaków wróciliśmy się kilkaset metrów w górę wzgórza. Z lewej strony skarpa stromo pięła się ku skałom skąd stoczył się głaz zamykający tunel. Z prawej strony widoczny był ślad, który przy pewnej dozie wyobraźni można było uznać za ścieżkę. Z nadzieją poszedłem w jego kierunku. Nie była to jednak ścieżka a płytkie koryto, wyrzeźbione przez płynącą tam kiedyś wodę. Mimo to poszedłem nim na szczyt wzniesienia. Zobaczyłem ten sam widok, co ze szczeliny. Na rozświetlonej, dość szerokiej polanie stały jurty. Za nimi zielenił się wąski pas drzew. Pomiędzy tym wszystkim a mną była przepaść. Widywałem większe, ale to nie miało znaczenia, bo o schodzeniu tędy nie mogło być mowy. Zrezygnowany wróciłem z kiepskimi wiadomościami. „Trzeba się wycofać, nie mamy wyjścia”- powiedziałem cicho. „Damy radę!” usłyszałem w odpowiedzi. „Nie pamiętasz Albanii?” zapytałem retorycznie. „Pamiętam, ale tam była mokra skała, a tu jest sucho”. „Jest sucho, to prawda. Prawdą jest także i to, iż to raczej luźno sklejony glinką żwir a nie skała” „Damy radę, nie przejmuj się!”. Nie wiem na czym mój towarzysz podróży opierał swoją wiarę, ale skoro był o tym przekonany... Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić czy powiedzieć, on z moim plecakiem na grzbiecie, zmierzał w stronę urwiska. Stąpając po wystających na parę centymetrów ze ściany kamieniach, czepiając się zagłębień, przeszedł kilka metrów i zniknął na wybrzuszeniem. Czekałem chwilę, po czym wróciłem po jego plecak i stanąłem w miejscu skąd wyruszył. Jakoś nie specjalnie śpieszyło mi się, żeby zamienić w miarę stabilne podłoże na wąskie kamienie trzymane na miejscu czerwoną gliną. Kiedy tak szacowałem skutki ewentualnego upadku, usłyszałem rumor spadających kamieni. Zamarłem. „Żyjesz?!” wrzasnąłem w pustkę. „Nic mi nie jest. Musiałem zrzucić kilka luźnych odłamów skalnych” - usłyszałem z za zakrętu. „Fajnie, ale następnym razem uprzedź mnie, bo dostanę zawału, zanim zdążę spaść” - odpowiedziałem z ulgą głębszą od dziury pod moimi stopami. Gdzieś z dołu znowu dobiegł mnie głos kumpla: „Dobra, jest zejście. Zaraz Ci pomogę”. „Dam sobie radę, powiedz tylko którędy” - odparłem bez przekonania. Stosując się do wskazówek, na lekko drżących nogach, dotarłem do miejsca, skąd po wyłomach w skale można było zejść. Z trudem balansując ciążącym bardziej niż zwykle plecakiem, nie przejmując się otarciami i sypiącym się po głowie piachem, dotarłem do miejsca, skąd mój przyjaciel zostawiwszy plecak, asekurował mnie przytrzymując za stopy, a nawet podpierając głową. Z zażenowaniem, bez słowa przyjąłem pomoc. Kiedy obaj znaleźliśmy się na dole, głośno wyraziłem podziw dla jego umiejętności, a w duchu obiecałem sobie, że na następny wyjazd zabiorę linę, choćbyśmy mieli być na pustyni płaskiej jak stół do ping-ponga. 
   Umorusani z krwawiącymi otarciami dotarliśmy do drzew, które rosną w tym miejscu wzdłuż rwącej rzeki Szaryn. Nad jej brzegiem, tuż za widzianymi z góry jurtami, rozbiliśmy namiot. Pure ziemniaczane z kostką rosołową nigdy nie smakowało lepiej. Dolinka wydawała się oazą spokoju a otaczające ją wzgórza i wystające z nich skały przybierały fantastyczne kształty, zmieniające się wraz z zapadającym zmrokiem. Rozgwieżdżonego nieba nie udało nam się jednak zobaczyć w pełnej krasie, bo zanim słońce ostatecznie przegrało z ciemnością nocy, spaliśmy w najlepsze. 
 
7 CZERWCA (ŚRODA) POCIĄG
   Zgodnie z wieczornymi ustaleniami pobudkę zrobiliśmy sobie o szóstej trzydzieści (druga trzydzieści w Polsce). Planowy odjazd pociągu to dziesiąta dwanaście. Mogliśmy wstać później, lecz tym razem Witek miał jakieś obawy związane z obiecaną przez Aigul „podwózką” i nalegał, żebyśmy byli gotowi na wszelkie okoliczności. Poprzedni dzień pokazał, że „personel” hostelu funkcjonuje w niezrozumiałym dla nas schemacie. Gospodynię podmienił „złotozębny” weteran a jego z kolei kaszlący osobnik rezydujący w pokoju obok naszego. Zastanawialiśmy się z kim przyjdzie nam się spotkać tego poranka. Dochodzący zza ściany kaszel upewnił nas, iż nie jesteśmy sami. W kuchni powitał nas starszy pan. Właśnie pakował do pojemnika ugotowaną kiełbasę. Wskazując ją oświadczył: „Pitanie na rabotie. Ja rabotaju na Expo. Wy pryjechali na wystawku?” Po raz już któryś od przyjazdu wytłumaczyłem, iż nas wystawa światowa nie interesuje. Nie wiem czy zrozumiał, ale śpieszył się do pracy więc poprzestaliśmy na tym i sami zakrzątnęliśmy się przy śniadaniu. Potem wróciliśmy do pokoju, żeby spakować plecaki. Cisza w mieszkaniu zaniepokoiła mojego przyjaciela. Czas płynął, a kwestia sposobu dotarcia na dworzec pozostawała niewyjaśniona. Jeśli zostaliśmy sami, to nie tylko nie będzie kogo o to zapytać, ale i nie wiadomo co zrobić z mieszkaniem. Ponowna fala kaszlu rozwiązała przynajmniej ten drugi problem. W okolicach ósmej trzydzieści cierpliwość kolegi zupełnie się wyczerpała i niezważając na moje obiekcje zapukał do naszego sąsiada, wyrywając go ze snu. Próby telefonicznego kontaktu z Aigul spełzły na niczym, co tylko wzmogło nerwowość Witka. Ponownie poprosił schorowanego mężczyznę o zatelefonowanie. Tym razem udało się połączyć i dowiedzieliśmy się, że wszystko jest pod kontrolą i przyjedzie po nas w odpowiednim czasie. Tak też się stało. Wsiedliśmy do nowego, sporego KIA i ruszyliśmy w drogę. Na pytanie jak daleko mieści się dworzec kolejowy usłyszeliśmy typowe „blisko”, co w praktyce oznaczało jakieś czterdzieści minut jazdy. Stare miasto, przez które przejechaliśmy udając się na dworzec kolejowy, liczy sobie zaledwie kilkadziesiąt lat. Podobno, pomiędzy wytworami architektury radzieckiej, można znaleźć kilka budynków z początków dwudziestego wieku, ale nam nie dane było ich zobaczyć. Po znalezieniu miejsca na małym i ciasnym parkingu, poszliśmy w towarzystwie Aigul do hali głównej. Energicznie dopytała się o pociąg i doprowadziła nas pod drzwi wagonu. Ani słowem nie wspomniała o zapłacie za podwiezienie, czego się spodziewaliśmy, natomiast zupełnie nieoczekiwanie pojawił się problem z opłatą za nocleg. Zapytała ile zapłaciliśmy przez Internet, po czym stwierdziła, iż osiem euro, to cena za jedną a nie dwie osoby. Byłem zaskoczony takim obrotem sprawy. Cena w ofercie była niska, lecz całkowicie jednoznaczna. Na wydruku widniała, tuż obok informacji o dwóch miejscach. Dziewczyna nie miała pretensji ani też nie domagała się dopłaty. Ustaliliśmy, że wyjaśni to z administratorem portalu a my, jeśli okaże się to konieczne, dopłacimy różnicę. Pożegnaliśmy się z obustronną życzliwością i rozpoczęliśmy „procedurę” wsiadania do pociągu. 
 
   Kazachska kolej, to jeden z rozdziałów epopei „Drogi żelazne Sowieckiego Imperium”. Związek Radziecki przeminął, podobnie jak Układ Warszawski, Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej i wiele innych tworów ówczesnej epoki. Gdyby jednak ktoś żyjący w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, nieświadom przemian politycznych, znalazł się na dworcu kolejowym Lwowa, Mińska czy Astany, to być może poczułby dumę z komputeryzacji systemu rezerwacji biletów, lecz z pewnością nie poczułby się nieswojo. Wręcz przeciwnie, wszystko tam wydałoby się mu znajome, swojskie. Począwszy od mapy sieci połączeń, przez wystrój wnętrz z dominującymi akcentami szczytowych osiągnięć socrealizmu, aż do systemu funkcjonowania transportu. Mundury kolejarzy, milicjantów (o, przepraszam – policjantów), nadal różnią się od tych sprzed czterdziestu lat jedynie szczegółami. Do wagonu wsiada się po okazaniu dyżurującemu w nim kolejarzowi biletu i dokumentu tożsamości. W przypadku obcokrajowców paszportu. Nie jest to czcza formalność. Dokument jest wnikliwie porównywany z okazicielem. Ze zrozumiałych względów nie mam żadnej wiedzy na temat wagonów o wyższym standardzie, ale tzw. „płackarta”, czyli najtańsza forma biletu pasażerskiego, obejmuje wagon bez wydzielonych przedziałów. To znamy z PKP, lecz na tym podobieństwa się kończą. Zamiast ławek czy foteli znajdują się tam cztery leżanki, po jednej stronie ciągu komunikacyjnego, ułożone prostopadle do jazdy, oraz dwie po drugiej stronie, ułożone równolegle. Oczywiście w systemie piętrowym. Nad górną jest jeszcze jedna, niemal identyczna półka, ale jej nie można złożyć i służy do położenia bagaży. Jest to o tyle trudne, że zwykle leżą na niej zrolowane materace i worki z pościelą. Pasażerowie na krótszych odcinkach (po 200-300 km) raczej nie otrzymują pościeli, co jest obligatoryjne na dłuższych dystansach. W tym miejscu warto chyba przypomnieć, że Kazachstan ma około tysiąca ośmiuset kilometrów na linii północ-południe i ponad trzy i pół tysiąca kilometrów z zachodu na wschód. Odległość między przystankami rzadko jest mniejsza aniżeli kilkadziesiąt kilometrów. Kiedy już pociąg ruszy, obsługa wydaje pasażerom jadącym dalej (czyli prawie wszystkim) zafoliowane pakiety z powłoczką na materac, podobną na poduszkę, prześcieradło i ręcznik. Na życzenie można także dostać jeszcze koc. Od razu zaczyna się też „wielkie ścielenie”. Technika dowolna, choć łatwo zauważyć tych, którzy robią to rzadko lub po raz pierwszy. Fantastycznym udogodnieniem jest samowar, w jaki wyposażony jest każdy wagon. Oczywiście nie przypomina on ozdobnych piecyków na węgiel drzewny, jakie znamy z antykwariatów i starych filmów, choć zasada działania jest identyczna. W starszych wagonach nadal stosowany jest węgiel, w nowszych grzałka elektryczna. Spory kocioł ze stali nierdzewnej usytuowany jest vis a vis pomieszczenia służbowego i bez przerwy dostarcza „kipjatoku”. Jak już wszyscy pościelą swoje leżanki zaczyna się pielgrzymka do samowaru. Jak za starych, dla jednych dobrych, a dla innych wręcz przeciwnie czasów. Pasażerowie rozkładają na stołach (pomiędzy dolnymi, poprzecznie ustawionymi, leżankami jest na stałe zamocowany spory stół, natomiast przy tych po drugiej stronie, dolna leżanka po wykonaniu kilku nieskomplikowanych czynności zamienia się jak „transformers” w stolik i dwa fotele) wiktuały. Kazachowie uwielbiają jeść, więc nie są to tak, jak w naszym przypadku chińskie zupki, lecz pojemniki z mięsami, „lepioszki”, pierogi, ciasta, słodycze owoce i napoje. Wagon przypomina rodzinny piknik w parku. Dzieci biegają od jednych do drugich rozsypując chrupki i rozlewając napoje. Dorośli jedzą z takim zapałem, jakby miał to być ich ostatni posiłek w życiu. Częstowanie nieznajomych nie jest tu tak powszechne jak na Ukrainie, choć po przełamaniu pierwszych lodów nie należy do rzadkości. Siorbanie, odkasływanie, charkanie i bekanie są na porządku dziennym i nikogo nie zniesmaczają. W związku z tym, że odległości są spore, przystanki rzadkie a widoki za oknami dosyć monotonne, biesiada trwa godzinami. Nie wiem, czy uwarunkowane jest to stanem zabrudzenia, czy istnieje jakiś godzinowy harmonogram, lecz w którymś momencie pojawia się pani w służbowym fartuchu, z wiadrem i mopem w dłoniach. Sukcesywnie, bez zbędnego pośpiechu, zgarnia wszystko co znalazło się na podłodze. Tych, którzy na czas nie podniosą stóp szturcha mopem. Z większą wyrozumiałością traktuje śpiących, bo i takich, mimo wczesnej pory, jest kilkoro. Zwisające z dolnych leżanek dłonie i stopy podnosi delikatnie i kładzie na pościeli. Podobnych „akcji” jest kilka w ramach jednego kursu. W odróżnieniu od socjalistycznych kolei dawnych „demoludów”, standard taboru, sprzętu i wyposażenia jest bardzo przyzwoity. Wagon, którym podróżowaliśmy, miał czyste toalety, elektronicznie uruchamiane spłuczki i letnią wodę w kranach. Bywają także i takie, które wywodzą się wprost z minionych czasów. Wyposażenie nadal mają „analogowe”, ale obsługa stara się je utrzymać w czystości, co warto podkreślić. Nam jedzenie i sprzątanie po nim zajmuje zazwyczaj kilkanaście minut, więc ponad dwadzieścia godzin jazdy musieliśmy sobie jakoś zagospodarować. Najprościej jest skorzystać z w miarę wygodnej leżanki i przespać całą drogę. Najprościej nie znaczy najrozsądniej. Oglądanie widoków za oknami, jak już wspomniałem, nie specjalnie wciąga. To trochę jak z samolotem. Na początku cieszy każda chmurka, lecz po godzinie, dwóch trzeba by chyba UFO, lub pożaru silnika, żeby spojrzeć przez okno. Tuż za Astaną pojawił się step. Jak z ballady o Panu Wołodyjowskim szeroki, ”...którego zgoła, nawet sokolim okiem nie zmierzyć”. Na północnym wschodzie jest zaskakująco zielony i podmokły. Bezwiednie przychodzą na myśl słowa Mickiewicza: „Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu, / Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi, / Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi, / Omijam koralowe ostrowy burzanu...” Wprawdzie bezcelowym jest wypatrywanie Dniestru, lecz ptactwa wodnego całkiem tam sporo a kto wie, może czasami słychać „...ciągnące żurawie.”
Około trzynastej pociąg zatrzymał się w Karagandzie. Postój trwał kilkanaście minut, akurat tyle, żeby palacze wciągnęli w płuca podwójną dawkę nikotyny. Piękna pogoda towarzysząca nam w Astanie niezauważalnie się zmieniła. Pojedyncze białe chmurki na błękitnym niebie urosły jak ciasto drożdżowe w za małej misce. Dojrzałe przybrały śliwkowy kolor, zapowiadając ulewę. Zanim zapadł zmrok, napatrzyliśmy się na wymarłe, porośnięte młodymi drzewami fabryki i opustoszałe osiedla mieszkaniowe. Z rzadka pojawiały się wsie czy osady. Nigdzie nie zauważyłem pól uprawnych, choć przy pokrzywionych domkach stały tu i ówdzie maszyny rolnicze. Zdecydowanie ciekawszym miejscem do obserwacji jest sam wagon. Około siedemnastej ( w Polsce wówczas jest dopiero trzynasta) bardziej religijni Kazachowie przygotowują się do modlitwy. Islam w miejscowym wydaniu wydaje się być podobny do katolicyzmu Polaków. Większość deklaruje swoją przynależność, lecz tylko nieliczni go praktykują. Kobiety, jeśli noszą nakrycia głowy, to ze względów praktycznych a nie religijnych. Alkohol jest powszechnie dostępny, tani i chętnie pity. Myślę, że to scheda po minionym systemie i Rosjanach, choć sami Kazachowie twierdzą, iż Koran go nie zabrania, a Ci, którzy chcą za niego karać, to ekstremiści. Kobiety przebierają się w specjalne stroje przypominające płaszcze kąpielowe z kapturem, wykonane z bardzo cienkiej tkaniny. Wszyscy rozkładają maleńkie dywaniki na leżankach i w typowy dla wszystkich muzułmanów sposób modlą się przez kilka, kilkanaście minut. Nie wiem jak odnajdują kierunek na Mekkę. Możliwe, że podróżujący nie muszą tego robić, podobnie jak w trakcie Ramadanu ( tu nazywanym Ramazanem) chorzy, kobiety w ciąży i właśnie podróżujący mogą jeść przed zachodem słońca. 
 
   Popołudnie i wieczór w pociągu mają swój odmienny, specyficzny rytm i klimat. Gdyby szukać jakiegoś odniesienia, to chyba najbardziej odpowiednim byłoby porównanie do „leniwej niedzieli” w polskim domu. Najmłodsze dzieci śpią, przyjmując nieprawdopodobne pozycje. Starsze, „puszczone luzem” penetrują wszystkie zakamarki wagonu, bez cienia skrępowania przyglądają się tym, którzy z jakiegoś powodu wzbudzili ich zainteresowanie lub podbierają zabawki śpiącym lub mniej uważnym. Co jakiś czas wybuchają na tym tle awantury, lecz gasną równie szybko jak powstały. Młodzież, jak chyba na całym świecie, wgapia się w ekrany tabletów i smartfonów. Większość, dzięki słuchawkom odcina się od świata absolutnie. Ci, którzy z jakiegoś powodu nie korzystają z tego udogodnienia uraczają najbliżej siedzących dźwiękami gier, sprawozdań sportowych i disco polo w azjatyckim wydaniu. Mężczyźni są praktycznie niezauważalni. Większość z nich gdzieś znika. Pozostali siadają w grupkach i z ożywieniem dyskutują. Kobiety po ogarnięciu stolików, bagaży, dzieci i rozbebeszonej pościeli na „podległych” im leżankach czytają kolorową prasę lub drzemią. Staruszkowie kursują na linii toalety-samowar. Tak, zdecydowanie „leniwa niedziela”. Nieliczne postoje, trwające kilkanaście minut wprowadzają nieco życia w ten senny klimat. Na peronach kobiety wyposażone w zdezelowane dziecinne wózki spacerowe, wypchane po brzegi słodyczami, napojami, owocami i plackami różnego rodzaju, głośno zachwalają swój towar. Mimo iż biesiada trwa od wyruszenia z Astany, chętnych na uzupełnienie zapasów jest sporo. Przy wózkach z lepszym towarem tworzą się kolejki. Mężczyźni wykorzystują przerwy w podróży na niczym nieskrępowane palenie. W pociągu obowiązuje zakaz palenia i „nikotyniarze” muszą oddawać się nałogowi w toaletach lub przejściach między wagonami. 
 
   Konfiguracja towarzyska jest dosyć „płynna”. Czasami zapatrzywszy się w widok za oknem, lub zdrzemnąwszy się trochę, „gubi” się poprzednio widziane osoby a na ich miejscu pojawiają się inne. W taki sposób towarzyszyła nam grupa składająca się z chłopaka, który głównie grał w coś na telefonie, dwóch mężczyzn w średnim wieku i kobiety. Ze sposobu rozmawiania można było wywnioskować, iż przynajmniej starsi są spokrewnieni lub dobrze się znają. Słów nie sposób było zrozumieć bowiem rozmawiali po Kazachsku, lecz w którymś momencie odniosłem wrażenie, że jesteśmy przedmiotem ich zainteresowania. Chwilę później jeden z mężczyzn siedzący obok zwrócił się do mnie: „Słuszaj brat, moja żena chotjeła`by znat` skolko wam ljet.” „A kak Ty dumajesz? - odpowiedziałem pytaniem. „Jest piatdiesiat?” - padło kolejne. „Jest. I jeszcze szest” - odparłem. Nie czekając na reakcję wskazałem na przyjaciela i powiedziałem: „...i etot mołodoj cziełowiek prosto piatdiesiat-tri”. Nie pamiętam dokładnie, co odpowiedział mój rozmówca. Sens był taki, że choć jesteśmy prawie rówieśnikami, to na to wcale nie wyglądamy. Żartując zapytałem czy jego żona się tym interesuje, bo chce go zamienić na kogoś młodszego, lecz coś pokręciłem w swoim kiepskim rosyjskim, bo tamten odpowiedział dosyć emocjonalnie: „Jak to oddać?” „Nie mówiłem o oddawaniu za darmo. Na pewno jakoś byśmy się dogadali” dodałem. „ A co ja bym zrobił z dziećmi i domem?” I natychmiast zapytał: „Ile dajesz?” Ośmielona tą wymianą zdań, w typowo kobiecy sposób, żona mężczyzny zaczęła kokietować, że z pewnością nikt by jej już nie chciał. Nie chciałem dalej brnąć w ten „śliski” temat, więc powiedziałem coś o poczuciu humoru a nadejście handlarki ostatecznie zamknęło dyskusję.
   Handel „kolejowy” przybiera różnorakie formy. Wcześniej już także pojawiali się pojedynczy sprzedawcy z Koranem, w wersji zeszytowej, czy plastikami „Made in China”. Nie zwracaliśmy na nich uwagi, a i oni nie narzucali się ze swoim towarem. „Babuszka” przepychająca się wąskim przejściem przyciągnęła naszą uwagę nie tyle ciągnącym się za nią intensywnym zapachem ciasta smażonego na oleju, co tajemniczym słowem „kurt”, powtarzanym jak mantra. Zanim jednak zdążyliśmy jakoś zareagować przeszła do następnego wagonu a jedynie woń oleju dowodził jej obecności. Zapytałem jednego z sąsiadów co to ten „kurt”? „Kurt eto..., kak ja mogu wam skazat' Kurt, eto kurt.” Wiedziałem, iż pytanie skierowałem do niewłaściwej osoby. Na szczęście kobieta, która przysłuchiwała się naszej rozmowie wtrąciła się i dodała, że tajemniczy kurt, to rodzaj zakąski, przegryzki. Wyrabiany jest z mleka i doskonale nadaje się do piwa czy wódki, ale Kazachowie jedzą go przy różnych okazjach. Kosztuje niewiele: pięćdziesiąt-osiemdziesiąt tenge za sztukę. Kiedy ponownie zapach przegrzanej kuchni zapowiedział „babuszkę”, przygotowałem portfel i odczekawszy, aż podejdzie, zaordynowałem: „Odin kurt, pażałusta!” Babcia spojrzała na mnie ze zdziwieniem, lecz bez słowa odsunęła gorące placki, będące źródłem roznoszącej się wkoło woni i wyjęła woreczek foliowy z małymi, białymi kulkami. Ostentacyjnie wyjęła dwie z nich i podając mi je, następnie wyjęła sobie z nieopatrznie otwartego portfela pięćset tenge a w jego miejsce włożyła wymiętolony papierek. Speszony schowałem go, nie patrząc na nominał i nie dociekając czy aby nie przepłacam. Sprzedawczyni poczłapała dalej zostawiając nas z kulkami mniejszymi od piłki pingpongowej, twardymi jak kamień i pachnącymi ... oborą. Wszyscy wokół patrzyli na nas wyczekująco. Odgryzłem połowę specjału i podałem pozostałą część koledze. Nie wiem jakiej reakcji oczekiwali nasi sąsiedzi. Z ulgą stwierdziłem, że smak kurtu wcale nie jest mi obcy. Słony, grudkowaty ser przypominał wymoczony w solance i wysuszony bunc z beskidzkich szałasów pasterskich. Przełknąłem, pokiwałem z aprobatą głową, wywołując uśmiech na twarzach obserwatorów. Po chwili wszyscy wrócili do przerwanych zajęć. Przekąska wywołała jednak tłumiony dotychczas głód. Zalaliśmy wrzątkiem z samowaru kuskus i dwie kostki rosołowe. Jednodaniowy posiłek popiliśmy herbatą. Przyjaciel zignorował propozycję umycia mu menażki, więc jego napój był wzbogacony smakiem ...resztek kuskusu i bulionu jarzynowego.
    Wydawało się, że nadchodzący wieczór będzie kontynuacją spokojnego popołudnia. Nic bardziej mylnego. W wagonie pojawiła się kobieta z ogromną torbą. W związku z tym, że nasze miejsca były pierwszymi z brzegu, bezceremonialnie ulokowała ją w jedynej wolnej przestrzeni przy stoliku a wyjęte z przepastnej „sumki” sukienki rozwiesiła na wspornikach górnych leżanek. W jednej chwili leżeliśmy wewnątrz maleńkiego boutiku. Nie wiem, czy towar był tak interesujący, czy też brak innych rozrywek sprawił, iż wokół nas zrobiło się tłoczno. Panie przysiadały się spychając nas co raz bardziej w kąt. Przeglądały wywieszone ciuchy, przykładały je do siebie i głośno komentowały. Pojawienie się konduktorki powitałem z nadzieją na zakończenie tej inwazji. Niestety, dziewczyna żywo była zainteresowana towarem, a nie dyscyplinowaniem kogokolwiek. Czuliśmy się zupełnie nie na miejscu. Wyjść było nie sposób, więc staraliśmy się być niewidoczni. Harmider i zamieszanie trwały z pół godziny. Jedna, może dwie sukienki znalazły nabywczynie, po czym właścicielka przenośnego sklepiku poskładała towar i poszła dalej. Odetchnęliśmy z ulgą. Przedwcześnie. „Galeria Handlowa Na Kółkach” dopiero otwierała swoje podwoje. Za pierwszą nadeszły następne handlarki. Wszystkie rozkładały swój towar „u nas”, a właściwie na nas, ponieważ kiedy brakowało miejsca stawaliśmy się żywymi manekinami. Oczywiście nikt nie pytał o pozwolenie, ani też nie przepraszał za niewygodę. W ciągu kilku godzin, mimowolnie, zapoznaliśmy się z ofertą sukienek, bluzek, koszul, sweterków, podomek i rajstop. Noc nieco spowolniła napływ nowych „handlowców”. Tekstylia zostały wyparte przez biżuterię prezentowaną w podświetlanych, przenośnych gablotach. Zintensyfikował się za to ruch w kierunku toalet. Panowie, którzy równie niezauważalnie pojawili się jak wcześniej zniknęli, prezentowali nagie torsy, dresy i rozdeptane laczki a panie bamboszki i podomki. Z nastaniem zmroku co bardziej religijni pasażerowie „uderzyli” kilkukrotnie głowami w stoliki lub leżanki, odmówili cicho krótkie modlitwy i przystąpili do jedzenia. Zapewne byli to ci, którzy nie czuli się usprawiedliwieni podróżą i ściśle przestrzegali zasad Ramadanu. Przed nimi na stolikach pojawiły się naleśniki o kapuścianym zapachu, baranina, słodycze. Pozostali pasażerowie przygotowywali się do snu, moszcząc się na leżankach. Tu i ówdzie słychać było pochrapywanie tych, którzy położyli się wcześniej. W kilku miejscach zebrały się grupki mężczyzn raczących się zawartością papierowych, przetłuszczonych pakunków i butelek. Dzień, choć nieśpiesznie, dobiegał końca w rytmie wystukiwanym kołami pociągu.

6 CZERWCA (WTOREK) ASTANA, KAZACHSTAN
   Nie byłem pewien czy zważywszy na początek nowego dnia jem śniadanie, czy raczej spóźnioną kolację. Byłem zbyt głodny, żeby tracić czas na tego typu rozważania. Błyskawicznie uporałem się z sałatką z tuńczyka i makaronu. Przegryzając ją bułką z masłem dobrałem się do dania głównego na które składało się miniaturka piersi z kurczaka (a może wróbla?) w sosie musztardowym, gnocchni i brukselki oraz marcheweczek wykopanych chyba w ogródku domku dla lalek. Deser stanowił kawałek szarlotki. Stewardesa serwująca napoje zignorowała moją prośbę o butelkę czerwonego wytrawnego wina i cedząc: „Proszę bardzo” podała mi plastikowy kubek. Wybudzony na czas posiłku przyjaciel zjadł co podano i ponownie zapadł w sen. Mój zegarek wskazywał czterdzieści cztery minuty po północy a za oknami po lewej stronie różowiała poświata budzącego się dnia. Z prawej strony nadal panowały egipskie ciemności z czego wywnioskowałem, że lecimy na południe a nie na wschód jak zakładałem. Tuż przed trzecią polskiego czasu załoga poinformowała o podchodzeniu do lądowania. Za oknami było już całkowicie jasno. Dopiłem sok, który zostałem uraczony przez stewardesę. W Astanie było jedenaście stopni i dochodziła siódma rano. Za oknami, jak okiem sięgnąć, żółto-zielony step z licznymi bajorami, w których odbijało się modre niebo. Kilkanaście minut później dokołowaliśmy do budynku i wysiedliśmy z samolotu. Byliśmy w Kazachstanie! Podczas odprawy paszportowej dostaliśmy druk rejestracji opatrzony dwoma pieczątkami, które miały nam zapewnić swobodę poruszania. Bagaże wypadły z takim impetem, że z niepokojem rozwiązałem worek i wyjąłem plecak. Nic wewnątrz nie ciekło ani nie chrzęściło, co przyjąłem z ulgą, bo wbrew przepisom przemyciłem półtorej litra paliwa i kilka delikatnych drobiazgów, których nie zdążyłem przełożyć do bagażu podręcznego w Warszawie. Znalezienie kantoru nie przedstawiało większego problemu, choć nie było to równoznaczne z dokonaniem transakcji. Pomieszczenie wyglądało na pozbawione jakiejkolwiek obsługi. Sprawdziłem godziny otwarcia wywieszone na szybie. Powinien być otwarty, z resztą na taki wyglądał tyle, że bez kasjerki. Postaliśmy chwilę i dopiero wówczas zauważyłem na fotelu zwiniętą jak kot postać. Po delikatnym puknięciu w szybę dziewczyna jedynie zmieniła pozycję. Po kolejnych, już nieco głośniejszych, leniwie otworzyła jedno oko, potem drugie. Jak w zwolnionym filmie rozwinęła swoje dość korpulentne ciało i usiadła. Ponownie spojrzała w moją stronę i z lekką irytacją na twarzy, bez zbędnych słów, zabrała stu dolarowy banknot i wyłożyła kilkanaście różnokolorowych banknotów. Po ich przeliczeniu okazało się, iż mamy trzydzieści tysięcy, osiemdziesiąt tenge. W informacji zapytałem o sposób dotarcia do hostelu, w którym zarezerwowałem jeden nocleg. Wydruk rezerwacji z adresem nie tylko nie ułatwił sprawy a wręcz odniosłem wrażenie, że wprawił cały zespół w zakłopotanie. Przeszukiwanie map niczego nie wniosło. Przy pomocy smartfonu jeden z chłopaków ustalił dzielnicę i polecił wsiąść do autobusu numer dziesięć. Właścicielka Silk Way Hostel, w jednym z maili, wymieniła „czwórkę” lecz jej listy były pełne niejasności więc i tą informację potraktowałem jako niepewną. Przeszliśmy parking i podążając za przejeżdżającymi autobusami, nieco na około, dotarliśmy do przystanku. Widok chłopaka z informacji lotniskowej biegnącego w naszą stronę trochę mnie zdziwił. W pierwszej chwili pomyślałem, że coś zastawiliśmy, on jednak pobiegł za nami, żeby powiedzieć, iż „pięćsetka” będzie lepsza. Czekając na odjazd, pokazałem kierowcy kartkę z adresem, prosząc żeby wskazał nam przystanek na którym powinniśmy wysiąść. Autobus przejechał kilkukilometrowy odcinek pustej przestrzeni i wjechał do miasta. Szybko minęliśmy odcinek z niską, acz luksusową zabudową i pojawiły się dziwne w formie i kolorze, bardzo nowoczesne budowle. Na jednym z przystanków kierowca zagadnął dwóch młodych ludzi. Odniosłem wrażenie, że rozmawiają o nas. Chłopcy szukali czegoś w smartfonach spoglądając na nas ukradkiem, lecz na kolejnym przystanku wysiedli. Kawałek dalej kierowca kiwnął na nas. Przed wyjściem wskazał na duży kompleks budynków po drugiej stronie ulicy i powiedział, iż tam mamy szukać. Było to trochę dziwne, budynki na pierwszy rzut oka wyglądały na uniwersytet lub centrum konferencyjne, no ale byliśmy w Azji. W poszukiwaniu kładki nad ruchliwą ulicą zagadnęliśmy policjanta. Mundurowy szczerze przyznał, że nie ma pojęcia, gdzie jest ten hostel. Idąc dalej, przed zespołem rządowych budynków, natknęliśmy się na uzbrojony patrol. Chłopak, którego zagadnęliśmy też nigdy nie słyszał, ani o hostelu, ani też o ulicy na której miał się mieścić. Wyjął jednak komórkę i po dłuższym przeglądaniu map i rozmowie z właścicielką hostelu, ze strapioną miną powiedział, iż to bardzo daleko i powinniśmy wynająć taksówkę. Poprosiliśmy, żeby wytłumaczył nam jak iść bo mamy sporo czasu i mało pieniędzy. Przespacerujemy i przy okazji pooglądamy miasto. Nie był przekonany, co do tego pomysłu, lecz na planie targów Expo 2017 naszkicował trasę i nie tylko pokazał nam jak dostać się na most, ale nawet spory kawałek nam towarzyszył. Po drodze dowiedzieliśmy się, że ochraniają siedzibę prezydenta. Kiedy wymieniliśmy Kirgizję, jako kolejny kraj na planie podróży, pochwalił się kirgiskimi korzeniami ze strony matki. Na pożegnanie uścisnęliśmy sobie dłonie, życząc sobie na wzajem zdrowia i powodzenia. Przeciskając się pomiędzy ciasno stojącymi samochodami musiałem zginać lusterka. Niechcący uruchomiłem alarm w jednym z nich. Idący naprzeciw mnie mężczyzna zrobił srogą minę i podchodząc powiedział: „Słama`sia!” Zanim zdążyłem zaoponować uśmiechnął się szeroko. Żartowniś – pomyślałem zadowolony z takiego obrotu sprawy. Poklepałem go po ramionach mówiąc: „No, no! Szutnik z tjebja a ja uże ispgał`sja”. Na most weszliśmy po betonowych schodach. Na górze wiało, lecz widok był godny uwiecznienia. Pałac prezydencji godny Wielkiego Chana. Wysokościowce ze złotymi i turkusowymi elewacjami. Pod nami płynęła szeroka rzeka z ładnie zagospodarowanymi brzegami. Ten, ku któremu zdążaliśmy, wyglądał jak park z niskimi drzewami, ścieżkami rowerowymi i ławkami. W oddali wyrastała całą dzielnica. Najwyraźniej nadal ją rozbudowywano, bo nad budynkami pochylały się kratownice dźwigów. Przeszliśmy most i idąc zgodnie z naszkicowanym planem wypatrywaliśmy reprezentacyjnego meczetu. Plecaki ciążyły nam co raz bardziej. Z niepokojem myślałem jak to będzie na szlaku, skoro tak boleśnie odczuwamy grawitację idąc po chodniku. Z lewej strony dostrzegliśmy ambasadę amerykańską, która miała poprzedzać „Meczet Sułtana”. Istotnie, wkrótce nad budynkami dostrzegliśmy szczyty minaretów. Jeszcze kilka minut marszu i zobaczyliśmy obszerny plac a na nim utrzymany w bieli meczet „Chazriet Sultan”. Gdybym nie wiedział wcześniej, że podobnie jak reszta reprezentacyjnych budynków miasta, powstał współcześnie, mógłbym go uznać za pięknie odrestaurowany zabytek. Klasyczna forma, monumentalizm, dostojność kierowały myśli w stronę „Błękitnego Meczetu” w Stambule. Zapewne to porównanie jest znacznie na wyrost, lecz pierwsze skojarzenie właśnie było takie. Pomimo niekorzystnego światła zrobiliśmy trochę zdjęć, starając się zmieścić w kadrze olbrzymią budowlę. Podczas kręcenia się przed meczetem podszedł do nas dwudziestokilkulatek i zagadnął po angielsku. Powiedział kilka zdań na temat budowli, po czym zapytał skąd jesteśmy. Najwyraźniej miał ochotę porozmawiać. Towarzyszył nam do przedsionka, gdzie usłużnie wskazał miejsce na buty. Wewnątrz nalał z dystrybutora wodę do plastikowych kubków i podał nam. Było to miłe, lecz zastanawialiśmy się czy to przejaw życzliwości czy może kierują nim jakieś inne pobudki. Wstyd mi teraz, doświadczenie jednak nakazywało zachowanie umiaru w korzystaniu z takich okazji. Chłopak nie był nachalny. Trzymał się na dystans, choć gdziekolwiek szliśmy był w zasięgu wzroku.
    Wnętrze meczetu jest równie stonowane jak zewnętrzna bryła budynku. Wszystko utrzymane w błękitnej tonacji z wyważoną, niemal subtelną ornamentyką. W zestawieniu z nachalną formą centrum miasta wypadał bardzo dobrze. Chłodne, zacienione wnętrze zachęcało do pozostania w nim jak najdłużej, jednak nadal nie wiedzieliśmy jak dotrzeć do hostelu. Kiedy nasz nowy znajomy ponownie znalazł się w zasięgu głosu zapytałem go czy zna tą dzielnicę. Odparł, że mieszka w pobliżu. Pokazałem mu druk rezerwacji i zapytałem czy wie, jak tam dotrzeć. Podobnie jak jego poprzednicy sięgnął do kieszeni po telefon. Dostrzegłem wahanie w jego twarzy, lecz odparł, że może nas tam zaprowadzić. Kiedy pomagał nam założyć plecaki stwierdził, że są strasznie ciężkie i zaproponował, że pomoże nieść. Podziękowaliśmy, przekonując go, iż świetnie sobie radzimy. Maszerując chodnikiem wzdłuż głównej ulicy rozmawialiśmy trochę wypytując o to czym się zajmuje, skąd pochodzi, po co przyszedł do meczetu. Odpowiadał chętnie, choć jego angielski nie był najlepszy. Mieszka w Ałmatach. W Astanie studiuje. Właśnie skończył sesję, lecz został, ponieważ na wakacjach dodatkowo studiuje język arabski. Po półgodzinnym, intensywnym marszu zapytaliśmy, czy to daleko. Odparł, że nie tyle tylko, że i po wyjściu z meczetu miało być „niedaleko”. Z głównej drogi weszliśmy jednak między bloki, z czego wywnioskowałem, iż jesteśmy na miejscu, a szukamy już konkretnego budynku. Problem polegał jednak na braku jakiegokolwiek oznakowania. Osiedlowe uliczki pozbawione były informacji o nazwie a na budynkach nie zauważyłem żadnej numeracji. Przemierzaliśmy kolejne kwartały, nasz przewodnik pytał przechodniów, robotników budowlanych, kierowców taksówek. Wszystko bez widocznego efektu. Byłem rozdarty wewnętrznie. Żal mi było chłopaka, który tracił czas i siły a z drugiej strony, jeśli on miał problem ze znalezieniem adresu, to jakie my mielibyśmy szanse pozbawieni jego pomocy? Zastanawiałem się dlaczego nie zadzwoni i nie zapyta właścicielki hostelu o szczegóły. Przy kolejnym niepowodzeniu zapytałem go o to. Nic nie odpowiedział, ale zwrócił się do przechodzącego obok chłopaka i korzystając z jego telefonu dłuższą chwilę rozmawiał. Kiedy skończył, wskazał na budynek z czerwonej cegły, z białymi balkonami i powiedział „to gdzieś tam”. „Tam” jednak też nie znaleźliśmy hostelu, za to zobaczyliśmy więcej budynków spełniających te kryteria. Zacząłem wątpić w celowość dalszych poszukiwań i wówczas, nie wiem czym kierowany, student pomaszerował wprost do budynku, który znałem z kiepskiej fotografii z oferty. Zwykły, kilkunastopiętrowy blok. Stalowe drzwi bez szyb, brak jakichkolwiek oznakowań, tablic czy informacji. Chłopak nacisnął przycisk domofonu. Zabrzęczał elektromagnes i drzwi uchyliły się przed nami. Na półpiętrze znaleźliśmy windę, lecz kiedy nadjechała, było w niej zbyt mało miejsca dla nas wszystkich. Poczekaliśmy chwilę i ściskając się w maleńkim wnętrzu wjechaliśmy na dziesiąte piętro. Nasz przewodnik bez cienia wahania zastukał do brązowych, nieoznakowanych drzwi i nie czekając na zaproszenie wszedł do środka. Znaleźliśmy się w typowym osiedlowym mieszkaniu. Z pokoju wyszła młoda, ładna dziewczyna w wysokiej ciąży. Przedstawiłem się i powiedziałem, iż tylko wytrwałości tego człowieka, tu wskazałem na chłopaka, zawdzięczamy możliwość spotkania. Dziewczyna podała mi rękę i jednocześnie powiedziała coś do stojącego obok chłopaka. Okazało się, iż nasza gospodyni nie zna angielskiego. Powtórzyłem to samo po rosyjsku, na co ona odparła, że przecież od początku proponowała nam odbiór z lotniska. Nie był to najlepszy moment na rozważanie tej kwestii. Podziękowaliśmy wylewnie przewodnikowi co on skwitował stwierdzeniem, że zrobił to z przyjemnością i wyszedł. Zostaliśmy w przedpokoju nie wiedząc jak się zachować. Z jednej strony, przynajmniej z założenia, byliśmy w hostelu. Z drugiej strony było to małe, prywatne mieszkanie z ciężarną właścicielką. Zdjęliśmy plecaki i buty. Dziewczyna wskazała nam sofę w pokoju z telewizorem. Usiedliśmy w milczeniu licząc na jakiś gest, który pozwoli nam zorientować się w zasadach tu obowiązujących. Nic takiego nie nastąpiło, więc tłumacząc się długą podróżą zapytałem o łazienkę. Ajgul, tak przedstawiła się gospodyni, wskazała drzwi. Zaproponowałem Witkowi, żeby skorzystał z niej pierwszy. Wrócił po chwili i powiedział, że to toaleta z małą umywalką. Przerywając niezręczną ciszę zapytałem czy możemy zobaczyć nasz pokój. Ajgul wstała i zaprowadziła nas korytarzykiem do drzwi, za którymi zobaczyliśmy mały pokój. Tuż obok były przeszklone drzwi, najprawdopodobniej drugiej toalety. W pomieszczeniu stały trzy podwójne, piętrowe łóżka. Obok sześć wąskich szafek, i deska do prasowania. Wystroju wnętrza dopełniało wiszące na ścianie lustro. Wszystkie łóżka były posłane świeżą, wyglądającą na nieużywaną pościelą. Nie było na czym usiąść. Rozpakowaliśmy plecaki na podłodze. Przyjaciel poszedł sprawdzić czy w mijanej toalecie można się będzie umyć. Wrócił po chwili i konfidencjonalnie powiedział, że wewnątrz ktoś jest. Wrócił, kiedy usłyszeliśmy otwierane i zamykane drzwi. Tym razem długo nie wracał, z czego wywnioskowałem iż była to też łazienka. Wrócił cały mokry i bardzo zadowolony. Nie tylko się wykąpał, umył włosy, lecz wyprał bieliznę. Wygrzebałem z plecaka sznurek i rozwiesiłem go pomiędzy łóżkami, tak ażeby można było powiesić na nim pranie. Zabrałem kosmetyczkę i poszedłem w ślady Witka. Zdecydowanie nie doceniamy zwykłych czynności, choćby takich jak mycie. Mając na co dzień dostęp do łazienki, nie dostrzegamy płynącej z kranu ciepłej wody i wszystkich wynikających z tego zjawiska przyjemności. Tu, na innym kontynencie, w obcym mieszkaniu, po dobie bycia w drodze rozkoszowałem się tym banalnym zjawiskiem. Zmiana ubrań, przepierka mogły konkurować w tym momencie z każdą inną rozrywką. Postanowiliśmy zjeść coś i pójść zobaczyć miasto. Przygotowanie posiłku poszło nam błyskawicznie, ale kiedy jedliśmy, drobny deszczyk który popadywał przeszedł w ulewę a potem burzę z piorunami. Z braku krzeseł usadowiliśmy się na łóżkach, co po chwili poskutkowało sennością. Przyjaciel pochrapywał miarowo, kiedy usiłowałem uzupełniać notatki,lecz po chwili i ja spałem w najlepsze. Obudziliśmy się późnym popołudniem. Deszcz przestał padać, burza odchodziła, rzucając bezgłośnie piorunami. W pokoju obok ktoś pokasływał. Naszej gospodyni nigdzie nie było, ale w kuchni natknęliśmy się na starszego, jowialnego mężczyznę. Pomyślałem, że być może to jej ojciec, ale nie dopytywałem o koligacje. Porozmawialiśmy chwilę a wychodząc uprzedziłem, iż możemy wrócić za dwie, trzy godziny. 
   Całe osiedle tonęło w wodzie. Olbrzymie kałuże łączyły się w rozlewiska. Przebicie się do chodnika wymagało sporo cierpliwości i uwagi, żeby nie wylądować po kostki w brudnej wodzie. Zaskakująco łatwo, zważywszy nasze problemy z dotarciem tutaj, zorientowaliśmy się w topografii dzielnicy. Początkowo mieliśmy zamiar wrócić pod meczet, żeby go sfotografować po zmierzchu, ale idąc ulicą prostopadłą do arterii przy której stoi „Chazriet Sultan” zauważyłem pobłyskujące w ostatnich promieniach słońca kopuły. Przekonany, iż należą do innego meczetu namówiłem przyjaciela do zmiany planów. Pomaszerowaliśmy na zachód. Czasami traciliśmy z oczu złotą poświatę, lecz wytrwale zmierzaliśmy w jej stronę. Niestety, ciągle była daleko. Po pół godzinie wreszcie przybrała bardziej realne kształty i wówczas okazało się, iż zmierzamy nie do meczetu a bardzo dużej cerkwi. Jak chyba wszystko w tym mieście jest to całkowicie nowy obiekt, siedziba zwierzchnika kościoła prawosławnego w Kazachstanie – Sobór Uspieński. Usiedliśmy na ławkach wewnątrz dziedzińca i zmęczeni podziwialiśmy zachód słońca, którego krwistoczerwone promienie lizały pokryte złotem cebule kopuł. Przedłużające się milczenie przerwał Witek. Wyjmując z worka chleb i małą butelkę polskiej wódki oświadczył, że czas uczcić moje imieniny. Zapytałem ubawiony czemu tego nie zrobił w mieszkaniu, na co on odparł, iż specjalna okazja wymaga specjalnej oprawy a ta jest w sam raz. Byłem zupełnie innego zdania, lecz poddałem się bez walki. Jak dwaj menele, ukradkiem, chowając butelkę w reklamówce wypiliśmy toast za powodzenie wyprawy, moje zdrowie, zdrowie fundatora i pokój na świecie. Zagryźliśmy lepioszką i pomaszerowaliśmy w kierunku „Silk Way Hostel”. Na „Ałło?” wydobywające się z domofonu, zakładając iż rozmawiam ze starszym panem, z którym widzieliśmy się wychodząc odparłem: „To my, Polacy”. W kuchni jednak zastaliśmy zupełnie nieznanego nam, młodego mężczyznę. Nie wiedziałem kim on jest i czy on wie, kim my jesteśmy. Jego kaszel rozwiał te dylematy. Domyśliliśmy się, iż to ta, tajemnicza postać okupująca łazienkę i kichająca za ścianą. Ajgul ani starszego pana nigdzie nie było widać. Poszliśmy do pokoju i chwilę później spaliśmy jak zabici

5 CZERWCA (PONIEDZIAŁEK) BIELSKO - WARSZAWA
   Koniec przygotowań, cokolwiek to znaczy. Czego nie zrobiłem, lub nie spakowałem takim już pozostanie. Za oknami ładny, słoneczny dzień. Pociąg nadjechał punktualnie, pozbawiając mnie tej odrobiny adrenaliny, która dzięki Prawu Murphiego, nakręca mnie w takich momentach. Jazda każdym pojazdem, którego sam nie muszę prowadzić, wprawia mnie w senność. Na dłuższych dystansach ma to swoje dobre strony, ale przysypianie na trasie Bielsko-Katowice, jest ich zupełnie pozbawiona. Dla zabicia czasu zabrałem się za wyregulowanie zegarka. Zakładam ten elektroniczny gadżet raz w roku i nigdy nie pamiętam, jaka kombinacja przycisków służy do jego regulacji. Metodą prób i błędów osiągnąłem połowiczny sukces: godziny i minuty zgadzały się ze stanem faktycznym, jednak na wyświetlaczu dni tygodnia pojawiła się niedziela i mimo kolejnych prób, nie chciała zmienić pozycji na właściwą. Poczułem narastającą irytację. Kombinacja trzech przycisków przerosła moje możliwości. Na domiar złego, tuż przede mną, w plastikowym boksie siedział kot i miauczał jak opętany. Jego właścicielka rozmawiała przez telefon ignorując futrzaka, co go zapewne jeszcze bardziej frustrowało. W Goczałkowicach, za oknami pojawił się obrazek jak z dziewiętnastowiecznych makatek – jezioro, szuwary i łabędzie z rozpostartymi skrzydłami. Z przyjemnością skonstatowałem, iż nowoczesne wydanie Kolei Śląskich dalece odbiega od zakorzenionego stereotypu. Czysty, wygodny wagon przemieszczał się po torach bez szarpania i stukotu. Monitory wyświetlały informacje o mijanych stacjach na przemian z reklamami a ciepły damski głos powiadamiający o planowanych przystankach musiał przebijać się jedynie przez kocie miauczenie. W Katowicach sierściuch wysiadł ze mną. No może nie tyle ze mną, co został wyniesiony przez swoją właścicielkę podążającą w tą samą stronę, co ja. Miauki odbijały się głucho w tunelu, żeby po chwili wypełnić obszerny hall. Z przerażeniem pomyślałem o sporym prawdopodobieństwie kontynuowania wspólnej podróży do Warszawy. Poszukując wzrokiem Witka straciłem kota z oczu i to bezpowrotnie. Świat znowu wydał mi się piękny. Taszcząc nasze przeładowane plecaki, szybko przeszliśmy na plac, skąd mieliśmy odjechać Polskim Busem. Autokar tak opisany stał na z daleka widocznym stanowisku. Ustawiliśmy się w kolejce do luku bagażowego, lecz zanim złożyliśmy w nim nasze plecaki okazało się, że ten autokar jedzie do ...Zakopanego. Zrzuciliśmy nasze brzemię na ławki i czekając na przyjazd właściwego pojazdu rozmawialiśmy o minionych miesiącach. W międzyczasie kolejne autobusy podjeżdżały, odjeżdżały a „naszego” nie było widać. Kilka minut po szesnastej podjechał jednak autokar z wyraźnym napisem „Warszawa”. Zajęliśmy strategiczną pozycję wyjściową. Nie wiedzieć czemu przyjaciel pokazał obsłudze nasz bilet i dowiedzieliśmy się, że to także nie jest „nasz”. Wprawdzie kierowca dodał, iż za chwilę powinien dojechać inny, lecz tym razem poczułem, jak fala ciepła przetacza mi się po plecach. Zatem Prawo Murphiego obowiązuje. Brak, ewentualnie znaczące opóźnienie transportu, do stolicy wywoła reakcję łańcuchową, w efekcie której zamiast w Kazachstanie „wylądujemy” we własnych domach. Najpierw Witek, a po chwili ja, wypytywaliśmy kasjerkę o autobus, na który mieliśmy w ręku promocyjny bilet. Pani, za każdym razem spokojnie odpowiadała, że przyjedzie. „Przyjedzie, przyjedzie ale KIEDY?!” O szesnastej szesnaście. Cztery minuty po godzinie, o której miał opuścić przystanek. Najchętniej pomógłbym ładować i pasażerów i ich walizy, żeby tylko przyspieszyć odjazd, ale musieliśmy czekać aż wszyscy się usadowią, wymoszczą, dopiją, dojedzą, wysmarkają nosy i pozwolą kierowcy wytoczyć ten cały majdan na drogę. Trzeba przyznać, że kiedy wreszcie autobus był gotowy do drogi, jakby w odpowiedzi na nasze oczekiwania, kierowca ignorując przepisy, zdrowy rozsądek i ruch na jezdniach przejechał chodnik, wymusił pierwszeństwo i niemal taranując samochody wrył się na drogę. Byłem gotowy klaskać jak po szczęśliwym lądowaniu. Mieliśmy kilkunastominutowe opóźnienie, lecz jechaliśmy w dobrym kierunku. Na początku jazdy kontynuowaliśmy rozmowę, lecz ta szybko uśpiła przyjaciela. Napisałem SMS do syna z którym wcześniej już uzgodniłem, że „utoruje” nam szlak do lotniska i dostałem uspokajającą odpowiedź. W okolicach godziny dwudziestej minęliśmy Okęcie, do którego zdążaliśmy i autokar, jadąc wzdłuż Wisły, zaczął oddalać się od lotniska. Kontrolując czas na zegarku, doszedłem do wniosku, że na miejscu powinniśmy być, punktualnie. Piotr zasygnalizował, że jest już tam, więc ze spokojem czekałem na moment, kiedy zmienimy środek transportu. Ów spokój nie trwał długo. Wysiadając nie dostrzegłem naszego „przewodnika”. Zatelefonowałem i dowiedziałem się, że jest ...na Świętokrzyskiej! „Gdzie, u diabła?” Dlaczego właśnie tam, skoro umówiliśmy się na Młocinach? Odpowiedź była rozbrajająca: „...bo wszystkie autobusy z południa zatrzymują się na Świętokrzyskiej”. „Może i tak ale kiedy się umawialiśmy wyraźnie napisałem, że ten jedzie na Metro-Młociny”.
     Obaj uznaliśmy, że tę dyskusję należy odłożyć, a teraz trzeba wybrnąć z sytuacji. Zgodnie z instrukcjami telefonicznymi pobiegliśmy do widocznego wejścia Metra. Przed biletomatem stało kilka osób. Najwyraźniej nie dość dyskretnie wypytywałem Piotra o sposób obsługi, bo kiedy poprzedzająca nas dziewczyna kupiła bilet, odwróciła się i zapytała czy potrzebujemy pomocy. W innych okolicznościach pewnie zgrywałbym bywalca, lecz tym razem potwierdziłem, dodając, iż będziemy bardzo zobowiązani. Panienka upewniwszy się, co do typu biletu wystukała coś na klawiaturze i wskazała otwór na monety. Jak łatwo się domyślić żaden z nas ich nie miał. Witek popędził gdzieś rozmieniać, lecz zanim wrócił, dziewczyna wypatrzyła w moim portfelu kartę kredytową i powiedziała, że mogę nią zapłacić. Pudło „połknęło i wypluło” mój plastik a z dziury wypadł wydruk. Panienka zapytała czy może w czymś jeszcze pomóc a kiedy podziękowałem poszła w stronę bramek. Odprowadzając ją wzrokiem, głośno powiedziałem: „ Jaka miła dziewczyna. Zupełnie jak nie z Warszawy”. Za sobą usłyszałem męski głos: „Radzę uważać, co pan mówi”. Trochę mnie to speszyło, ale nie było czasu na dłuższe wywody. Ruszając w stronę bramek, rzuciłem za siebie: „Przepraszam, ale mam przykre doświadczenia”. Wsiedliśmy do pociągu stojącego na peronie. Dziewczyna, która nam pomogła przy biletomacie siedziała na krzesełku w głębi wagonu. Czekając na odjazd, ponownie usłyszałem ten sam męski głos: „Czy Panowie jesteście pewni, że macie bilety?” „No tak, trafił mi się kontroler” - pomyślałem odwracając się. Zanim jednak zdążyłem cokolwiek powiedzieć, mówiący do mnie mężczyzna wyciągnął w moją stronę dłoń z dwoma kartonikami. Spojrzałem na Witka a ten, bez słowa wygrzebał z kieszeni wydruk z automatu. „To tylko potwierdzenie transakcji” - powiedział mężczyzna. „Bilety drukowane są oddzielnie a panowie ich nie zabrali. Proszę!” Było mi podwójnie głupio. Chciałem jakoś zgrabnie wybrnąć, lecz nasz rozmówca wszedł mi w słowo mówiąc: „Nadal jednak panowie jedziecie na gapę, ponieważ bilety trzeba skasować przy wejściu na peron.” Nie było czasu na „Wersal”. Odkrzyknąłem „Dzięki!” i nie oglądając się za siebie wyskoczyłem z pociągu. Popędziłem w stronę schodów, gdzie miał być kasownik. Przy drugiej próbie urządzenie zadziałało i w tym samym czasie usłyszałem syk zamykanych w wagonach drzwi i odgłos ruszającego składu. Zanim się obejrzałem, przez głowę przeleciała mi wizja jak teraz już we trzech szukamy się po Warszawie: Piotrek w centrum, ja na Młocinach a Witek w jadącym pociągu. Na szczęście dostrzegłem znajomą sylwetkę w miejscu, w którym chwilę temu wysiadłem na peron. Wsiedliśmy do kolejnego składu i wówczas połączyłem się z synem. Zgodnie z jego instrukcjami spotkaliśmy się w Śródmieściu i przeszliśmy na dworzec kolei podmiejskiej. Czas płynął nieubłaganie, a pociągu na Okęcie jak nie było, tak nie było. Zwykle panikujący Witek stał z kamienną twarzą, ja gotowałem się wewnętrznie, pokrywając zdenerwowanie dowcipkowaniem, jak fatalna dla Piotra będzie konieczność goszczenia nas obu w jego maleńkim pokoju przez trzy tygodnie, jeśli samolot odleci bez nas. Oczekiwany skład podjechał, ale zamiast natychmiast ruszyć zamarł w bezruchu. Odsiedzieliśmy kilka minut po czym Piotr zdecydował: „Wysiadamy! Zafunduję Wam taksówkę.” Pobiegliśmy na postój. Taksówkarz, całą drogę, gadał jak nakręcony. Miał dobry temat, bo do południa trwał strajk jego branży. Z grzeczności odpowiadaliśmy półsłówkami, choć dla całej naszej trójki było to obojętne. Zgodnie z wytycznymi przewoźnika ostateczny czas zgłoszenia się do odprawy mijał o dwudziestej pierwszej. Dwie minuty przed tą godziną taksówka zatrzymała się przed terminalem. Wyrwaliśmy plecaki z bagażnika i nie troszcząc się o uregulowanie należności pobiegliśmy szukać właściwego „okienka”, łudząc się nadzieją, iż ktoś tam jeszcze będzie. W rzeczy samej, dwoje znudzonych pracowników siedziało na stanowiskach. Pokonując kretyńskie mijanki z słupków i taśm grodzących krzyknęliśmy niemal równocześnie „ Proszę nie zamykać, my do Astany! Proszę się pośpieszyć” usłyszałem w odpowiedzi, jakbym tego nie wiedział. Rzuciliśmy paszporty i bilety na blat, ale przed zważeniem plecaków musieliśmy je jeszcze przepakować i włożyć do worków. W trakcie mocowania się z nimi nadszedł Piotr. Próba przymocowania namiotu skończyła się urwaniem troka, więc bez dalszych ceregieli wrzuciłem wszystko luzem i zawiązałem pasek worka na kokardę. Miałem nadzieję, że waga nie wyskoczy ponad limit, bo wówczas trzeba by było z czegoś zrezygnować, a to oznaczało grzebanie w plecaku. Na szczęście wyświetlacz pokazał dwadzieścia jeden kilo. Witka worek ważył trochę więcej, ale też mieścił się w normie. Oba pakunki zniknęły w czeluściach lotniska, a my z papierami w rękach, już znacznie spokojniejsi poszliśmy do odprawy paszportowej. Podziękowałem Piotrowi za niepozbawioną przygód, acz skuteczną przeprawę przez miasto, uścisnęliśmy sobie dłonie i poszliśmy dalej. Pod właściwą bramką znaleźliśmy się w momencie, w którym ostatni pasażerowie wchodzili na pokład. Odetchnęliśmy z ulgą. Cokolwiek ma się jeszcze wydarzyć, zdążyliśmy na samolot.

Na fotelach zastaliśmy pakunki z kocem, i poduszką. W czasach kiedy wiele linii lotniczych zrezygnowała ze wszystkiego oprócz foteli taki gest LOT`u był miłym zaskoczeniem. Jak miało się okazać trochę później, nie jedynym. Czekając na start wyjąłem zeszyt i zacząłem spisywać wydarzenia minionych godzin. Przyjaciel wykorzystując fakt, że nikt nie usiadł obok nas, ułożył się na dwóch fotelach i zasnął jak dziecko po kąpieli. Start i pierwsze kilkadziesiąt minut lotu pisałem, nie zwracając uwagi na otoczenie. Przed północą stewardesy rozdały pakieciki zawierające maseczkę na oczy, zatyczki do uszu i ...skarpetki. Rozbawiło mnie to trochę, choć zdecydowanie był to bardziej praktyczny gadżet od breloczka czy miniaturki samolotu. Głośniki zaskrzeczały i poprzez szum dotarł do nas głos kapitana Czajkowskiego. Standardowe informacje o dystansie, czasie, wysokości i pogodzie. Wątpliwości, czy przewoźnik zamierza nas nakarmić, zanim jeszcze obsługa pojawiła się z wózkami, rozwiał intensywny zapach snujący się z za kotary biznes klasy. Rzadko jadam po południu. O północy prawie nigdy, lecz tym razem niecierpliwie wypatrywałem swojej tacki. Kiedy wreszcie dotarła do mnie, obudziłem Witka i zabrałem się do jedzenia.