Na koniec wypadało by podsumować. Tylko jak? Ogólnie, wszystko czy szczegółowo? Może odwołać się do statystyk? Lecz czy to jest takie ważne, że łącznie przebyliśmy kilkanaście tysięcy kilometrów? W czasie podróży doświadczyliśmy śniegu w Tienszan i pustynnego skwaru. Mokliśmy w deszczu, pośród wezbranych, górskich rzek i wydzielaliśmy sobie wodę, którą z trudem przefiltrowywaliśmy z kałuż. Wielokrotnie doznaliśmy bezinteresownej gościnności oraz nielicznych prób wykorzystania naszej niewiedzy, słabej znajomości języka a może po prostu naiwności. Wszystko to opisałem powyżej, więc nie ma sensu robić z tego streszczenia. Niech zatem za podsumowanie posłuży zdanie, które użyłem jako motto w swojej książce: 
 
Dobra pamięć, to stanowczo za mało,
ażeby mieć piękne wspomnienia.”

Dzięki tej podróży, moje wspomnienia będą bogatsze i piękniejsze, czego wszystkim serdecznie życzę.

DZIĘKI FIRMIE BIELTOM, WŁAŚNIE UKAZAŁO SIĘ KSIĄŻKOWE WYDANIE "NOTATEK Z DROGI". ZE WZGLĘDU NA NISKI NAKŁAD, KSIĄŻKA DOSTĘPNA JEST JEDYNIE NA ZAMÓWIENIE.




PRZEPROSINY I WYJAŚNIENIA
Tym wszystkim, którzy jakoś przebrnęli przez mój tekst, a w czasach szkolnych bardziej ode mnie przykładali się do nauki języka rosyjskiego należą się wyjaśnienia.

Mam pełną świadomość niedoskonałości (delikatnie rzecz ujmując) mojej transkrypcji dialogów. Wszystkie popełnione w nich błędy są sumą mojej słabej znajomości języka Płatonowa, kiepskiej pamięci i ...niedostatków elektronicznych tłumaczy. Pomijając Swietę*, która będąc Rosjanką i nauczycielką literatury zapewne mówi perfekcyjnie po rosyjsku, wszyscy pozostali rozmówcy używają języka „naznaczonego” lokalnymi czy środowiskowymi naleciałościami a nasze rozmowy były rejestrowane jedynie w zawodnej przecież pamięci. Odtwarzając je i zapisując, starałem się zachować sens i klimat wypowiedzi a nie szyk wyrazów. Oczywiście, tam gdzie było to możliwe, cytaty są dosłowne. Gdzie indziej rekonstruowane.
Niemniej jednak przepraszam za nonszalancję w posługiwaniu się językiem, na którego ostatniej lekcji byłem prawie czterdzieści lat temu a i wówczas nie przykładałem się zanadto.

Mea culpa, mea maxima culpa”**

* Postać poznana w Dżalalabadzie.
** Łaciny też nie znam, niestety.
27 CZERWCA - WTOREK
Przed pierwszą w nocy dotarliśmy do dworca kolejowego w Karagandzie. W ciemnej poczekalni kilkanaście osób mniej lub bardziej skutecznie usiłowało spać. Z kąta dochodziło pochrapywanie jakiegoś szczęśliwca, któremu nieprzystosowane do leżenia krzesła nie przeszkodziły w zaśnięciu. Witek, sobie tylko znanym sposobem, przybrał pozycję leżącą, i niemal natychmiast pogrążył się niebyt. Zakładając, że wygodniej mi będzie w sandałach, wyjąłem je z plecaka i ubrałem na gołe stopy. Nie chciało mi się spać, lecz perspektywa prawie trzech godzin wpatrywania się w mroczne wnętrze nie była zbyt kusząca. Odszukałem zeszyt i łapiąc wątłe światło świetlówek na jego kartki, spisywałem najistotniejsze wydarzenia z ostatnich kilkunastu godzin. Tuż przed wybiciem trzeciej dobrnąłem do końca najświeższej przeszłości. Pół godziny później przyjaciel wyzwolił się z objęć Morfeusza i zapytał czy już coś wiadomo o naszym pociągu. Zgodnie z prawdą odparłem, że od dłuższego czasu nie słyszałem żadnych komunikatów. Na widocznym przez okno peronie stał jakiś skład choć całkowity bezruch w jakim był pogrążony i brak świateł sugerowały, że w najbliższym czasie nigdzie się nie wybiera. Czwarta zbliżała się niepokojąco szybko, więc postanowiliśmy wyjść jej naprzeciw. Pozbieraliśmy rzeczy i przecinając hall skierowaliśmy się do wyjścia na peron, na którym natknęliśmy się na jakiegoś kolejarza. Zapytany o pociąg do Astany wskazał ignorowany przeze mnie skład. Wprowadziło to nas w nieco nerwowy nastrój, ponieważ od wagonów oddzielał od nas pusty tor. Skierowaliśmy się w prawo, gdzie widoczny był koniec składu. Zamierzaliśmy przejść po torach, ale w porę zauważyliśmy policjanta. Wprawdzie miejscowi nie tylko chodzą po torach, ale i przechodzą pod wagonami, lecz wcale nie byłem pewny, czy oprócz ryzyka utraty jakiejś kończyny, nie skończy się to mandatem, na który nie mogliśmy sobie teraz pozwolić. Zawróciliśmy w stronę czegoś, co mogło być kładką dla pieszych, ale po dotarciu okazało się być drogowym wiaduktem bez schodów. Czas płynął, a interesujący nas skład drgnął, przesunął się o metr w wyniku odczepienia lokomotywy. Wykorzystaliśmy tę chwilową lukę i przeszliśmy przez tory. W trakcie naszego wdrapywania się na wysoki peron, wagony szczęknęły i wolno, lecz nieubłaganie ruszyły. Było kilka minut po czwartej, więc albo to nie był nasz pociąg albo tylko go przestawiano. W każdym bądź razie tak sobie wytłumaczyłem sytuację. Odrywając wzrok od ginącego w ciemnościach składu zauważyłem, że na drugim torze tego samego peronu stoi inny pociąg. Podeszliśmy do konduktora i pokazałem mu nasze bilety. Kiwnął głową i kazał nam się pośpieszyć. Było to uzasadnione, po ledwo postawiliśmy nogi na stopniach wagon szarpnął uderzony stojącymi za nim, do których właśnie podczepiano lokomotywę. Znaleźliśmy nasze miejsca. Pomimo późnej pory siedziały na nich jakieś kobiety i cicho rozmawiały. Nasz widok nie wywołał u nich entuzjazmu. Ociągając się zrobiły nam przeniosły się na przeciwległa leżankę. Usiedliśmy czekając na konduktora. Po kilku minutach pociąg ruszył a widziany wcześniej kolejarz odebrał nasze bilety i wręczył nam pakiety z pościelą. Nie przykładając się specjalnie przygotowaliśmy sobie posłania. Na prośbę Witka wygrzebałem z plecaka dwie ostatnie torebki herbaty miętowej i zalałem je „kipjatokiem”. Menażka natychmiast przejęła temperaturę wywaru uniemożliwiając picie. Odstawiliśmy ją na stolik i zajęliśmy swoje miejsca. Miałem zamiar umyć się jak tylko zostaną otwarte toalety, lecz powstrzymywana senność zaczęła skutecznie powstrzymała mnie od zmiany pozycji. Nie wiedząc jak i kiedy zasnąłem. Ocknąłem się około szóstej. Witek spał w najlepsze. Sięgnąłem po menażkę. Wywar był chłodny, podobnie jak poranek. Za oknami zamiast towarzyszącego nam przez większość czasu słońca rozlewała się mgła. Szyby pokrywały krople wody. Zamknąłem oczy. Kiedy ponownie je otwarłem w wagonie panowało dziwne o tej porze ożywienie. Większość pasażerów nie tylko była na nogach, ale miała pościelone posłania i zdjęte pakunki z półek. Z niepokojem zapytałem Witka czy pamięta, o której mieliśmy być w Astanie. Odparł, że jakoś przed dziesiątą. Może po dziewiątej. Uspokoiło mnie to trochę. Było kilka minut po siódmej, więc zapewne nasi sąsiedzi zamierzali wysiąść na jakiejś wcześniejszej stacji. Zostaliśmy na posłaniach, trochę z rozleniwienia, a trochę, żeby nie przeszkadzać wysiadającym. Z rzednącej mgły wyłoniły się jakieś zabudowania, słupy trakcyjne i liczne tory. Było ich dosyć dużo, a skład wyraźnie zaczął zwalniać. Przyjaciel zapytał siedzącą najbliżej kobietę, jaka to stacja i w odpowiedzi usłyszeliśmy że ...ASTANA! Zerwaliśmy się jak poparzeni. Potykając się o siebie, pakunki i kończyny współpasażerów zgarnęliśmy pościel i dopijając z menażki herbatę spakowaliśmy plecaki. Zanim wagony zatrzymały się na peronie odniosłem oba pakiety konduktorowi i wróciłem po plecak. Kiedy mieliśmy „zanurzyć w rzekę” wysiadających, jedna z kobiet, które okupowały nasze leżanki, ignorując nasze plecaki i pośpiech w jakim się zbieraliśmy poprosiła a właściwie zadysponowała, żebym pomógł jej wynieść kartonowe pudło. Przez sekundę wahałem się czy zwyczajnie nie odmówić, lecz chwyciłem ciężki pakunek i poszedłem w stronę drzwi. Właścicielka niosąc tylko torebkę podreptała za mną. Na peronie przywitała się z czekającym na nią mężczyzną i wskazując na mnie poleciła mu przejąć pudło. Nawet nie jestem pewien czy podziękowała. Ruchome schody ruchome były jedynie z nazwy, a stanowiska do prześwietlania bagaży jeszcze bardziej zakorkowały przejścia. Obdeptywani z boków i popychani z tyłu wydostaliśmy się w końcu z wszechobecnego tłumu. Przysiedliśmy w poczekalni, żeby sprawdzić czy wszystko mamy i dopiąć plecaki. Wykorzystałem fakt, że w pobliżu była łazienka i umyłem się tak dokładnie, jak tylko pozwalały warunki. Wymieniliśmy dwadzieścia dolarów, żeby mieć na zakupy i bilety autobusowe i postanowiliśmy poszukać sklepu. Jeszcze w hallu Witek przypomniał sobie, że nie kupił pocztówek. Pamiętając komplikacje związane z jego zamiłowaniem do papierowych obrazków miałem nadzieję, że ich brak w kiosku z pamiątkami ostudzi jego zapał, ale pomyliłem się. Informacja kioskarki, że na dworcu jest poczta sprawiła, że popędził we wskazanym kierunku. Zapytany milicjant poszedł z nami i wskazał otwarte okienko, lecz pozbawione jakiejkolwiek obsługi. Pytanie o personel spowodowało wezwanie przez krótkofalówkę tłumacza. Po kilku minutach zjawił się inny milicjant władający angielskim. Wytłumaczyłem mu, po co fatygujemy już trzecią osobę. Ponownie użyte „walkie tolkie” sprowadziły urzędniczkę, która po zajęciu miejsca za szybą wysłuchała naszego pytania przetłumaczonego z angielskiego na kazachski po czym z całą powagą i oficjalnym tonem oświadczyła: „Odkrytek niet!” Znacznie mniej oficjalnie, a właściwie konfidencjonalnie upewniła się, że naprawdę chcemy kupić kartonik z widoczkiem, nakleić na niego znaczek, zapłacić i wysłać go w daleką i niepewną drogę poprzez liczne granice zamiast wybrać sobie z telefonu fajne zdjęcie i dopinając je do SMS`a wysłać wprost do adresata, który odbierze całość w kilka sekund niezależnie gdzie będzie. Kiedy mundurowy wyjaśnił jej, że obcokrajowcy mają akurat takie dziwactwo powiedziała, że obok dworca jest poczta główna, więc może tam coś znajdą, żeby zaspokoić wymysł wysokiego Polaka. Podziękowaliśmy wszystkim zaangażowanym w poszukiwania i poszliśmy we wskazanym kierunku. Poczta istotnie sąsiadowała z dworcem ale i tam, mimo postawienia na nogi portiera, kasjera i urzędniczki nie udało się znaleźć czegokolwiek, co choćby trochę przypominało widokówkę. Na szczęście Witek postanowił nie przeciągać poszukiwań. Obijając się plecakami o półki i klientów odwiedziliśmy kilka sklepów w poszukiwaniu lepioszki na śniadanie i praktycznych upominków z podróży. W markecie kupiłem czekoladę zapakowaną we flagę Kazachstanu, a przy drugim podejściu „nastajaszczij miod” dla Piotra. Chciałem jakieś duże, ładne opakowanie, ale były tylko małe, plastikowe pudełka. Nie było wyjścia. Przyjaciel zaopatrzył się w kilka butelek koniaku pomimo, że jak w PRL`u alkohol sprzedawany jest po południu. Minęła dziesiąta, więc wsiedliśmy do właściwego autobusu i płacąc po dziewięćdziesiąt tenge ruszyliśmy w kierunku portu lotniczego. Wydawało nam się, że do trzynastej, o której planowany był odlot, jest sporo czasu. Okazało się jednak, iż „nasz” autobus jedzie najdłuższą z możliwych tras. Przez okna obejrzeliśmy niemal wszystko, co było interesującego w Astanie. Zrobiliśmy sporo zdjęć, ale czas płynął, a lotniska nie było widać. Kiedy wreszcie autobus zatrzymał się przed starym terminalem popędziliśmy do budynku, szukając właściwego stanowiska odprawy. Po kilku minutach nerwowego biegania, dowiedzieliśmy się, że musimy przejść do nowego terminala. Kolejne prześwietlanie bagażu jeszcze bardziej opóźniło odprawę, do której podeszliśmy jako ostatni. Kiedy dotarliśmy do bramki wyjściowej zostało nam tylko kilka minut na wejście na pokład. Dzięki temu, że nasze miejsca były na wysokości wyjść awaryjnych mieliśmy tyle miejsca, co w klasie biznes. Wprawdzie nie dano nam gadżetów w postaci skarpet czy zatyczek, ale na fotelach leżały pakiety z kocami i poduszkami. Z niecierpliwością czekałem na osiągnięcie pułapu przelotowego licząc na coś ciepłego do zjedzenia. W zestawie, który nam zaserwowano, nie było nic zaskakującego, lecz jedzenie było smaczne, ciepłe i nie przypominało ...chińskiego makaronu, ani pure ziemniaczanego. Popijając wino, przyglądaliśmy się chmurom i słuchaliśmy odgłosów z kabiny. Większość pasażerów stanowili obcokrajowcy. Było kilku angielskojęzycznych biznesmenów, ale dominowali Kazachowie, którzy podobnie, jak u siebie chrząkali, odcharkiwali i głośno pluli. Mogłem mieć jedynie nadzieję, że nie robili tego na podłogę. W Warszawie wylądowaliśmy niemal punktualnie. W związku z tym, że umówiony przez Piotra samochód miał na mnie czekać o piętnastej przepchnęliśmy się przez tłum i jako pierwsi byliśmy przy taśmociągu z bagażami. Pierwsze walizy wyjechały po kilku minutach, lecz nie było wśród nich naszych worków. Dłuższą chwilę nic więcej nie wjechało, budząc nasz niepokój. W kolejnej partii pojawił się mój plecak, dzięki czemu mogłem przelać kumys dla Witka. Dwukrotnie przyjaciel ściągał z taśmociągu czarny wór i dwukrotnie okazywało się, że dobiera się do cudzego bagażu. Wyglądało na to, iż może to zająć więcej czasu, aniżeli przewidywaliśmy więc pożegnaliśmy się i wyszedłem szukać Piotra. Dwadzieścia minut później wsiadłem do siedmiomiejscowego KIA. Kierowca, wiozący swojego ojca i dwójkę dzieci do Bielska, mówiąc z lekka wschodnim zaśpiewem okazał się być sympatycznym towarzyszem podróży. Cztery godziny jazdy upłynęły w dobrej atmosferze. Góry, które pokazały się w okolicy Pszczyny, jak zawsze wywołały u mnie przypływ ciepła. Dwadzieścia minut później byłem u siebie. Kolejna podróż dobiegła końca.