27
CZERWCA - WTOREK
Przed
pierwszą w nocy dotarliśmy do dworca kolejowego w Karagandzie. W
ciemnej poczekalni kilkanaście osób mniej lub bardziej
skutecznie usiłowało spać. Z kąta dochodziło pochrapywanie
jakiegoś szczęśliwca, któremu nieprzystosowane do leżenia
krzesła nie przeszkodziły w zaśnięciu. Witek, sobie tylko znanym
sposobem, przybrał pozycję leżącą, i niemal natychmiast pogrążył
się niebyt. Zakładając, że wygodniej mi będzie w sandałach,
wyjąłem je z plecaka i ubrałem na gołe stopy. Nie chciało mi się
spać, lecz perspektywa prawie trzech godzin wpatrywania się w
mroczne wnętrze nie była zbyt kusząca. Odszukałem zeszyt i łapiąc
wątłe światło świetlówek na jego kartki, spisywałem
najistotniejsze wydarzenia z ostatnich kilkunastu godzin. Tuż przed
wybiciem trzeciej dobrnąłem do końca najświeższej przeszłości.
Pół godziny później przyjaciel wyzwolił się z objęć
Morfeusza i zapytał czy już coś wiadomo o naszym pociągu. Zgodnie
z prawdą odparłem, że od dłuższego czasu nie słyszałem żadnych
komunikatów. Na widocznym przez okno peronie stał jakiś
skład choć całkowity bezruch w jakim był pogrążony i brak
świateł sugerowały, że w najbliższym czasie nigdzie się nie
wybiera. Czwarta zbliżała się niepokojąco szybko, więc
postanowiliśmy wyjść jej naprzeciw. Pozbieraliśmy rzeczy i
przecinając hall skierowaliśmy się do wyjścia na peron, na którym
natknęliśmy się na jakiegoś kolejarza. Zapytany o pociąg do
Astany wskazał ignorowany przeze mnie skład. Wprowadziło to nas w
nieco nerwowy nastrój, ponieważ od wagonów oddzielał
od nas pusty tor. Skierowaliśmy się w prawo, gdzie widoczny był
koniec składu. Zamierzaliśmy przejść po torach, ale w porę
zauważyliśmy policjanta. Wprawdzie miejscowi nie tylko chodzą po
torach, ale i przechodzą pod wagonami, lecz wcale nie byłem pewny,
czy oprócz ryzyka utraty jakiejś kończyny, nie skończy się
to mandatem, na który nie mogliśmy sobie teraz pozwolić.
Zawróciliśmy w stronę czegoś, co mogło być kładką dla
pieszych, ale po dotarciu okazało się być drogowym wiaduktem bez
schodów. Czas płynął, a interesujący nas skład drgnął,
przesunął się o metr w wyniku odczepienia lokomotywy.
Wykorzystaliśmy tę chwilową lukę i przeszliśmy przez tory. W
trakcie naszego wdrapywania się na wysoki peron, wagony szczęknęły
i wolno, lecz nieubłaganie ruszyły. Było kilka minut po czwartej,
więc albo to nie był nasz pociąg albo tylko go przestawiano. W
każdym bądź razie tak sobie wytłumaczyłem sytuację. Odrywając
wzrok od ginącego w ciemnościach składu zauważyłem, że na
drugim torze tego samego peronu stoi inny pociąg. Podeszliśmy do
konduktora i pokazałem mu nasze bilety. Kiwnął głową i kazał
nam się pośpieszyć. Było to uzasadnione, po ledwo postawiliśmy
nogi na stopniach wagon szarpnął uderzony stojącymi za nim, do
których właśnie podczepiano lokomotywę. Znaleźliśmy nasze
miejsca. Pomimo późnej pory siedziały na nich jakieś
kobiety i cicho rozmawiały. Nasz widok nie wywołał u nich
entuzjazmu. Ociągając się zrobiły nam przeniosły się na
przeciwległa leżankę. Usiedliśmy czekając na konduktora. Po
kilku minutach pociąg ruszył a widziany wcześniej kolejarz odebrał
nasze bilety i wręczył nam pakiety z pościelą. Nie przykładając
się specjalnie przygotowaliśmy sobie posłania. Na prośbę Witka
wygrzebałem z plecaka dwie ostatnie torebki herbaty miętowej i
zalałem je „kipjatokiem”. Menażka natychmiast przejęła
temperaturę wywaru uniemożliwiając picie. Odstawiliśmy ją na
stolik i zajęliśmy swoje miejsca. Miałem zamiar umyć się jak
tylko zostaną otwarte toalety, lecz powstrzymywana senność zaczęła
skutecznie powstrzymała mnie od zmiany pozycji. Nie wiedząc jak i
kiedy zasnąłem. Ocknąłem się około szóstej. Witek spał
w najlepsze. Sięgnąłem po menażkę. Wywar był chłodny, podobnie
jak poranek. Za oknami zamiast towarzyszącego nam przez większość
czasu słońca rozlewała się mgła. Szyby pokrywały krople wody.
Zamknąłem oczy. Kiedy ponownie je otwarłem w wagonie panowało
dziwne o tej porze ożywienie. Większość pasażerów nie
tylko była na nogach, ale miała pościelone posłania i zdjęte
pakunki z półek. Z niepokojem zapytałem Witka czy pamięta,
o której mieliśmy być w Astanie. Odparł, że jakoś przed
dziesiątą. Może po dziewiątej. Uspokoiło mnie to trochę. Było
kilka minut po siódmej, więc zapewne nasi sąsiedzi
zamierzali wysiąść na jakiejś wcześniejszej stacji. Zostaliśmy
na posłaniach, trochę z rozleniwienia, a trochę, żeby nie
przeszkadzać wysiadającym. Z rzednącej mgły wyłoniły się
jakieś zabudowania, słupy trakcyjne i liczne tory. Było ich dosyć
dużo, a skład wyraźnie zaczął zwalniać. Przyjaciel zapytał
siedzącą najbliżej kobietę, jaka to stacja i w odpowiedzi
usłyszeliśmy że ...ASTANA! Zerwaliśmy się jak poparzeni.
Potykając się o siebie, pakunki i kończyny współpasażerów
zgarnęliśmy pościel i dopijając z menażki herbatę spakowaliśmy
plecaki. Zanim wagony zatrzymały się na peronie odniosłem oba
pakiety konduktorowi i wróciłem po plecak. Kiedy mieliśmy
„zanurzyć w rzekę” wysiadających, jedna z kobiet, które
okupowały nasze leżanki, ignorując nasze plecaki i pośpiech w
jakim się zbieraliśmy poprosiła a właściwie zadysponowała,
żebym pomógł jej wynieść kartonowe pudło. Przez sekundę
wahałem się czy zwyczajnie nie odmówić, lecz chwyciłem
ciężki pakunek i poszedłem w stronę drzwi. Właścicielka niosąc
tylko torebkę podreptała za mną. Na peronie przywitała się z
czekającym na nią mężczyzną i wskazując na mnie poleciła mu
przejąć pudło. Nawet nie jestem pewien czy podziękowała. Ruchome
schody ruchome były jedynie z nazwy, a stanowiska do prześwietlania
bagaży jeszcze bardziej zakorkowały przejścia. Obdeptywani z boków
i popychani z tyłu wydostaliśmy się w końcu z wszechobecnego
tłumu. Przysiedliśmy w poczekalni, żeby sprawdzić czy wszystko
mamy i dopiąć plecaki. Wykorzystałem fakt, że w pobliżu była
łazienka i umyłem się tak dokładnie, jak tylko pozwalały
warunki. Wymieniliśmy dwadzieścia dolarów, żeby mieć na
zakupy i bilety autobusowe i postanowiliśmy poszukać sklepu.
Jeszcze w hallu Witek przypomniał sobie, że nie kupił pocztówek.
Pamiętając komplikacje związane z jego zamiłowaniem do
papierowych obrazków miałem nadzieję, że ich brak w kiosku
z pamiątkami ostudzi jego zapał, ale pomyliłem się. Informacja
kioskarki, że na dworcu jest poczta sprawiła, że popędził we
wskazanym kierunku. Zapytany milicjant poszedł z nami i wskazał
otwarte okienko, lecz pozbawione jakiejkolwiek obsługi. Pytanie o
personel spowodowało wezwanie przez krótkofalówkę
tłumacza. Po kilku minutach zjawił się inny milicjant władający
angielskim. Wytłumaczyłem mu, po co fatygujemy już trzecią osobę.
Ponownie użyte „walkie tolkie” sprowadziły urzędniczkę, która
po zajęciu miejsca za szybą wysłuchała naszego pytania
przetłumaczonego z angielskiego na kazachski po czym z całą powagą
i oficjalnym tonem oświadczyła: „Odkrytek niet!”
Znacznie mniej oficjalnie, a właściwie konfidencjonalnie upewniła
się, że naprawdę chcemy kupić kartonik z widoczkiem, nakleić na
niego znaczek, zapłacić i wysłać go w daleką i niepewną drogę
poprzez liczne granice zamiast wybrać sobie z telefonu fajne zdjęcie
i dopinając je do SMS`a wysłać wprost do adresata, który
odbierze całość w kilka sekund niezależnie gdzie będzie. Kiedy
mundurowy wyjaśnił jej, że obcokrajowcy mają akurat takie
dziwactwo powiedziała, że obok dworca jest poczta główna,
więc może tam coś znajdą, żeby zaspokoić wymysł
wysokiego Polaka. Podziękowaliśmy wszystkim zaangażowanym w
poszukiwania i poszliśmy we wskazanym kierunku. Poczta istotnie
sąsiadowała z dworcem ale i tam, mimo postawienia na nogi portiera,
kasjera i urzędniczki nie udało się znaleźć czegokolwiek, co
choćby trochę przypominało widokówkę. Na szczęście Witek
postanowił nie przeciągać poszukiwań. Obijając się plecakami o
półki i klientów odwiedziliśmy kilka sklepów w
poszukiwaniu lepioszki na śniadanie i praktycznych upominków
z podróży. W markecie kupiłem czekoladę zapakowaną we
flagę Kazachstanu, a przy drugim podejściu „nastajaszczij miod”
dla Piotra. Chciałem jakieś duże, ładne opakowanie, ale były
tylko małe, plastikowe pudełka. Nie było wyjścia. Przyjaciel
zaopatrzył się w kilka butelek koniaku pomimo, że jak w PRL`u
alkohol sprzedawany jest po południu. Minęła dziesiąta, więc
wsiedliśmy do właściwego autobusu i płacąc po dziewięćdziesiąt
tenge ruszyliśmy w kierunku portu lotniczego. Wydawało nam się, że
do trzynastej, o której planowany był odlot, jest sporo
czasu. Okazało się jednak, iż „nasz” autobus jedzie najdłuższą
z możliwych tras. Przez okna obejrzeliśmy niemal wszystko, co było
interesującego w Astanie. Zrobiliśmy sporo zdjęć, ale czas
płynął, a lotniska nie było widać. Kiedy wreszcie autobus
zatrzymał się przed starym terminalem popędziliśmy do budynku,
szukając właściwego stanowiska odprawy. Po kilku minutach
nerwowego biegania, dowiedzieliśmy się, że musimy przejść do
nowego terminala. Kolejne prześwietlanie bagażu jeszcze bardziej
opóźniło odprawę, do której podeszliśmy jako
ostatni. Kiedy dotarliśmy do bramki wyjściowej zostało nam tylko
kilka minut na wejście na pokład. Dzięki temu, że nasze miejsca
były na wysokości wyjść awaryjnych mieliśmy tyle miejsca, co w
klasie biznes. Wprawdzie nie dano nam gadżetów w postaci
skarpet czy zatyczek, ale na fotelach leżały pakiety z kocami i
poduszkami. Z niecierpliwością czekałem na osiągnięcie pułapu
przelotowego licząc na coś ciepłego do zjedzenia. W zestawie,
który nam zaserwowano, nie było nic zaskakującego, lecz
jedzenie było smaczne, ciepłe i nie przypominało ...chińskiego
makaronu, ani pure ziemniaczanego. Popijając wino, przyglądaliśmy
się chmurom i słuchaliśmy odgłosów z kabiny. Większość
pasażerów stanowili obcokrajowcy. Było kilku
angielskojęzycznych biznesmenów, ale dominowali Kazachowie,
którzy podobnie, jak u siebie chrząkali, odcharkiwali i
głośno pluli. Mogłem mieć jedynie nadzieję, że nie robili tego
na podłogę. W Warszawie wylądowaliśmy niemal punktualnie. W
związku z tym, że umówiony przez Piotra samochód miał
na mnie czekać o piętnastej przepchnęliśmy się przez tłum i
jako pierwsi byliśmy przy taśmociągu z bagażami. Pierwsze walizy
wyjechały po kilku minutach, lecz nie było wśród nich
naszych worków. Dłuższą chwilę nic więcej nie wjechało,
budząc nasz niepokój. W kolejnej partii pojawił się mój
plecak, dzięki czemu mogłem przelać kumys dla Witka. Dwukrotnie
przyjaciel ściągał z taśmociągu czarny wór i dwukrotnie
okazywało się, że dobiera się do cudzego bagażu. Wyglądało na
to, iż może to zająć więcej czasu, aniżeli przewidywaliśmy
więc pożegnaliśmy się i wyszedłem szukać Piotra. Dwadzieścia
minut później wsiadłem do siedmiomiejscowego KIA. Kierowca,
wiozący swojego ojca i dwójkę dzieci do Bielska, mówiąc
z lekka wschodnim zaśpiewem okazał się być sympatycznym
towarzyszem podróży. Cztery godziny jazdy upłynęły w
dobrej atmosferze. Góry, które pokazały się w okolicy
Pszczyny, jak zawsze wywołały u mnie przypływ ciepła. Dwadzieścia
minut później byłem u siebie. Kolejna podróż
dobiegła końca.