22
CZERWCA (CZWARTEK) AŁTYN-EMEL
To
była dziwna noc. Wypełniona dźwiękami oczywistymi dla węzła
kolejowego jakim jest Sary-Ozyk ale i zaskakującymi. Przy
przetaczaniu pociągów, metalicznemu zgrzytowi hamujących
kół, towarzyszyły głuche uderzenia odbojnic i dzwonienie
ogromnych zapięć. Składy które nie zatrzymywały się na
stacji rytmicznie stukały na łączeniach szyn. Hydrauliczne zawory
wysykiwały zjadliwe komentarze do popiskujących zawiasów a w
pauzach, pomiędzy kolejnymi pociągami przygrywały świerszcze.
Odgłosy te stawały się kanwą dziwacznych majaków sennych a
jednocześnie uwiarygadniały je na styku jawy i snu. Nad ranem,
przez mgłę snu, dotarł do mnie zaskakujący nowoczesną aranżacją
utwór na instrumenty perkusyjne. Nie otwierając oczu z
zainteresowaniem wsłuchiwałem się w linię melodyczną graną
jakby na dzwonkach, subtelnie snującą się wokół
zdecydowanego, twardego rytmu wystukiwanego na instrumencie o
głębokim, nieco drewnianym dźwięku. Dodatkowym zaskoczeniem była
przestrzenność muzyki. Pojawiła się wyraźnie z prawej strony i
sunęła ku środkowi, żeby zanikać po lewej stronie. Obiecywałem
sobie, że zapytam przyjaciela, czy słyszał to, co ja, bo jeśli
tak, to może byłby w stanie wyjaśnić to interesujące zjawisko.
Kiedy jednak ponownie otworzyłem oczy była siódma i
musieliśmy się zająć zwijaniem namiotu. Z braku wody nie
traciliśmy czasu na śniadanie. Zgodnie z radami naszych nocnych
rozmówców poszliśmy szukać bazaru. Tym razem nie
chodziło nam o uzupełnienie kolekcji wrażeń, a o zatrzymujące
się tam samochody. W napotkanym sklepie kupiliśmy wodę. Czas był
najwyższy, bo kilkanaście godzin wcześniej skończył nam się
zapas, a w pociągu był tylko wrzątek. Przechodząc przez plac
budowy natknęliśmy się na wąż z cieknącą wodą, dzięki czemu
„dopełniliśmy porannej toalety”. Plac targowy był niemal
całkowicie pusty. Dwie, trzy osoby nieśpiesznie rozkładały
stragan. Obok, w kamiennym piecu chłopak wyklejał na owalnych
ścianach bułki przygotowane do pieczenia. Jedyny stojący tam
samochód nie wyglądał na taksówkę, jednak jego
kierowca podszedł do nas i zapytał, gdzie się wybieramy. Kiedy
wymieniliśmy nazwę parku, pokiwał przecząco głową: „Tiepier
nikto nie chodit. Możjet pozże, no ja nie znaju”. „Kak ty
dumajesz, szto nam nada zdiełat?” - zapytałem. „Ja wozmu
was na put` k Basszczi, możet byt ktoto...” „Choroszo” -
powiedziałem nie dając mu skończyć. Przyjaciel zapytał jeszcze,
gdzie możemy kupić chleb. „Po puti” - padła lakoniczna
odpowiedź. Nie było to ani „po drodze”, ani takie łatwe. W
piekarni nie było jeszcze chleba, a sklepy w większości były
zamknięte. W końcu kupiliśmy czerstwy placek i pojechaliśmy na
miejsce, gdzie mieliśmy „łapać” okazje. Było to tak blisko,
że z powodzeniem moglibyśmy dojść tam na piechotę. Pod wiatą
przystanku stała kobieta w średnim wieku, kilkunastoletni chłopak
i staruszka. Byłem przekonany, że czekają na autobus, ale szybko
okazało się, iż mamy ten sam cel. Minęły nas dwa, może trzy
samochody. Trzeci zatrzymał się przy chłopcu. Kierowca rozmawiał
z nim chwilę, po czym zawrócił i zatrzymał się po drugiej
stronie ulicy. Chłopak i staruszka podeszli tam i wsiedli. Kierowca
z wahaniem machnął w naszą stronę, a kiedy się zbliżyliśmy
zapytał, gdzie chcemy jechać. „Wy dołżny pjti na bazar.
Sustwieszcziejet awtobus” - powiedział, kiedy skończyłem mu
tłumaczyć nasz plan. „Pięknie, znowu daliśmy się podpuścić”
- pomyślałem. Mężczyzna wsiadł do samochodu, ale wychylił się
przez otwarte okno i dodał: „Jeśli poczekacie, aż zawiozę
żonę do pracy, to za dwa tysiące mogę was zawieźć do Basszczi.”
Nie byłem pewien, czy powinniśmy skorzystać z propozycji, jeśli
istotnie był jakiś autobus, ale na bazarze, a wcześniej na dworcu,
mówiono tylko o samochodach. Witek zdecydował za nas obu:
„Jedźmy. Nie wiadomo czy coś pojedzie. Stracimy tylko czas.”
Po raz drugi tego ranka przejechaliśmy się po okolicy. Po drodze
zobaczyliśmy jednostkę wojskową, okoliczne markety i szpital,
gdzie wysiadła żona kierowcy. Potem samochód zawrócił
i ponownie oglądaliśmy te same obrazki, tylko z drugiej strony.
Minęliśmy przystanek skąd zostaliśmy zabrani i opuściliśmy
miasto. Moje wątpliwości co do wysokości zapłaty okazały się
nieuzasadnione. Przez dwie godziny jazdy w momentami trudnym,
górzystym terenie kierowca barwnie i interesująco opowiadał
o mijanych miejscach. Był oczytany, dobrze zorientowany w realiach
politycznych i bardzo krytyczny wobec Rosji. W Basszczi znał niemal
wszystkich, bo tam się urodził. W tym także szefów i
pracowników parku. Kiedy zbliżaliśmy się do celu, obiecał
przedstawić nas im i pomóc w negocjacjach. Wiedzieliśmy z
materiałów źródłowych, że achać do parku,
potrzebny jest nie tylko bilet, lecz także pisemna zgoda i
przewodnik. Pominięto jednak tam informację, że trzeba mieć też
własny samochód terenowy lub wcześnie taki wynająć.
Zatrzymaliśmy się przed zaskakująco nowoczesnym biurowcem. Nasz
kierowca witał się z każdą napotkaną osobą i przedstawiał nas
jako dobrych znajomych. Podobnie było w gabinecie szefa. Z kupnem
biletów i uzyskaniem pozwolenia nie było problemu jednak
kiedy zapytano nas o samochód, nastąpiła konsternacja. „Nie
macie samochodu? Najkrótsza trasa ma pięćdziesiąt
kilometrów, najdłuższa ponad dwieście. Jak zatem chcecie
się poruszać?” - zapytał Timur. „No właśnie, w tym
jest problem. Proszę nam pomóc i coś wymyślić”-
odparłem, a kierowca dodał uśmiechając się szelmowsko:
„Pogadaj z ludźmi, przyjechali taki kawał drogi. Przecież nie
odprawisz ich teraz – mają bilety i twoją zgodę”. Strażnik
zatelefonował do kogoś i długo z nim rozmawiał po kazachsku.
Zrozumiałem tylko pojedyncze słowa: „turyści”, „Polska”,
mało pieniędzy”, „zarobisz”. Kiedy odłożył słuchawkę
powiedział do nas: „Przyjedzie po was mój pracownik.
Zawiezie was do siebie. Tam poczekacie do szesnastej, siedemnastej,
bo teraz jest już za gorąco. Potem pojedziecie z nim w góry
i z nim wrócicie. Przenocować możecie także u niego. Tam są
dobre warunki pod namiot. Zapłacicie mu dziesięć tysięcy somów.
Odpowiada to wam?” Podziękowaliśmy i w towarzystwie Timura
wróciliśmy na parking, na który już czekał starszy
mężczyzna w strasznie rozklekotanym UAZ`ie. Przenosząc plecaki
zapytaliśmy kierowcę, z którym tu przyjechaliśmy, jak
możemy wrócić do Sary-Ozek skąd mamy pociąg do Ałmat.
„Przyjadę po was o szóstej” - odpowiedział.
Byliśmy tak bardzo zadowoleni, że zapomnieliśmy dopytać o
szczegóły. Wsiedliśmy do starego samochodu terenowego i
pojechaliśmy ...na stację benzynową za miasto. Po zatankowaniu
nasz nowy przewodnik poprosił o pieniądze. a potem przecinając
miasteczko pojechaliśmy w step. Po siedmiu, ośmiu kilometrach
dotarliśmy przed zamknięty szlaban. Z prawej strony, w bajorze
zielonym od glonów pracowała stara pompa, która grubym
jak męskie ramię wężem, tłoczyła wodę do namiastki małego
basenu. Między pompą a basenem stał „DUSZ”. Z lewej, wśród
drzew stała jurta a kawałek dalej dom i zabudowania gospodarcze.
Kilku mężczyzn stawiało nowy płot. Wjechaliśmy na podwórko.
Strażnik wysiadł i pokazując zadrzewiony teren powiedział: „Tam
wy możetje postawit pałatku.” Tak też uczyniliśmy. Pierwszy
raz podczas tej podróży mieliśmy czas dla siebie. Była
piękna pogoda, wokół „naszej oazy” pusty step.
Rozstawiony namiot dawał poczucie bezpieczeństwa i komfortu.
Jednego i drugiego na miarę okoliczności, ale jednak. „Wiesz,
może byśmy wyprali sobie ciuchy? Jest woda, tylko nie bardzo mamy w
czym. Przydała by się jakaś miska.” - zaproponowałem.
„Dobry pomysł, pójdę do gospodarzy, może uda mi się
coś pożyczyć” - odpowiedział Witek i energicznie
pomaszerował w stronę zabudowań. Po chwili wrócił z
wiadrem. W czasie kiedy skrupulatnie prał, płukał, płukał i
płukał swoje rzeczy ja rozwiesiłem sznurek i zeskrobałem z twarzy
kilkudniowy zarost. Nie było to już takie dramatyczne jak w
Dżalalabadzie, choć znam przyjemniejsze zabiegi higieniczne. Kiedy
przyjaciel zwolnił wiadro, przeprałem swoje rzeczy. „ No to
co? Może teraz „dusz”?” - zapytał kumpel, kiedy wieszałem
mokre ciuchy. „Byłoby fajnie, ale trzeba potem dolać wody do
zbiornika, żeby nie było gadania” - powiedziałem zadowolony
z propozycji bo sam już o tym pomyślałem. Skleconą z
rdzewiejących kątowników klatkę pokrywały kawałki blachy
trapezowej. Na górze umieszczono leżący na boku duży
kanister z czarnego plastiku. Drugi, wierzchni bok został wycięty i
służył za wlew. Przykrywały go dwa kawałki szkła okiennego,
dociśnięte kamieniem. Ze zgrozą pomyślałem o konsekwencjach
zsunięcia się tej „pokrywki” na korzystającego z kabiny.
Brrry! Uwielbienie dla pławienia się u mojego przyjaciela jest mi
znane od pierwszego wspólnego wyjazdu, więc nie
niecierpliwiłem się kiedy dłuuugo nie wychodził z „budy”.
Czasu mieliśmy dosyć. Kiedy zwolnił miejsce, liczyłem się z tym,
że zabraknie wody w zbiorniku, ale płynęła równym,
chłodnym strumieniem jak z kranu. Ręczniki okazały się zbędne.
Gorący wiatr wiejący ze stepu wysuszał błyskawicznie. Żeby
uzupełnić wodę w zbiorniku wspiąłem się po bardzo
prowizorycznej drabinie i balansując na niej odbierałem wiaderka,
które podawał mi Witek i wlewałem do dziury, z której
odsunąłem wcześniej tafle szkła. Czyści, ogoleni, wyprani, no i
głodni. Minęło południe, a my nie mieliśmy okazji zjeść
śniadania poprzestając na wodzie. Dyskretnie, ze względu na
trwający nadal Ramadan, zagotowaliśmy w namiocie wodę i zrobiliśmy
sobie jedzenie. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Senność
najpierw dopadła Witka, który zasnął w połowie zdania. Ja
jeszcze chwilę uzupełniałem notatki, ale kiedy zamiast liter,
zacząłem robić wykresy EKG, poddałem się nie wchodząc do
namiotu, zasnąłem siedząc. Nie trwało to długo, ale kiedy
dobudziliśmy się przepełniała nas energia i chęć nowych wrażeń.
Nie wiedząc, czy wyjedziemy o szesnastej, czy godzinę później,
przebraliśmy się i przygotowaliśmy sobie wszystko, co mogło się
przydać, upychając po kieszeniach, żeby nie taszczyć plecaków.
Resztę czasu spędziliśmy na wyczekiwaniu i drobnych pracach (Witek
pocerował skarpetki, a ja przełożyłem karty SIM w telefonach i
podłączyłem je do „solara”.) Tuż przed siedemnastą podszedł
gospodarz i powiedział: „Gotowyje? Siadis w maszynu. Para.”
Podekscytowani wsiedliśmy do Nivy. Na siedzeniu kierowcy usadowił
się jednak nieznany nam strażnik, a dwudziestokilkuletni chłopak.
Podjechaliśmy pod szlaban. W międzyczasie starszy pan zasiadł za
drewnianym stołem, otworzył zeszyt i skrupulatnie powpisywał dane
z biletów, zezwolenia, godzinę wjazdu. Kiedy skończył,
otworzył szlaban. Samochód buksując w piachu niechętnie
ruszył przed siebie. Jak na „terenówkę” spisywał się
marnie. Wewnątrz było upiornie gorąco, a na dodatek śmierdziało
paliwem. Nie ujechaliśmy jednak zbyt daleko. Od wyjazdu wszystko w
samochodzie stukało, brzęczało, klekotało, dlatego nie
zwróciliśmy uwagi na dodatkowy chrupot. Kierowca jednak
najwyraźniej znał ten dźwięk. Bez słowa „wbił” się w
krzewy, gwałtownie wykręcił kierownicę i sypiąc żwirem spod kół
wycofał maszynę. Kiedy kurz zaczął opadać ruszyliśmy z powrotem
w kierunku szlabanu. Zanim tam dojechaliśmy, telefonicznie
powiadomił o tym co się stało. Obawiałem się, że to koniec
wycieczki. Nawet jeśli zaproponują nam ponowny wyjazd następnego
dnia, to mając bilety na pociąg będziemy musieli z czegoś
zrezygnować. Jednak sprawy potoczyły się zupełnie inaczej:
szlaban był podniesiony, a na podwórku czekała kobieta z
kluczykami do całkiem przyzwoitego Audi. Byłem trochę zdziwiony,
bo samochód był zadbany i przeznaczony do jazdy po
autostradach, a nie stepie. Wsiedliśmy. Silnik przyjemnie zamruczał,
a klimatyzacja zaczęła tłoczyć chłodne powietrze do kabiny.
Wjechaliśmy na szlak. Chłopak wcisnął pedał gazu, a pojazd
posłusznie rozpędził się do dziewięćdziesięciu kilometrów
na godzinę. Zapiąłem pas, który zignorowałem przy
wsiadaniu. Samochód niczym sportowa łódź na morzu
przechylał się z burty na burtę i wyraźnie „pływał”, lecz
niezmiennie utrzymując się pomiędzy krzewami wyznaczającymi
granice szlaku. Od czasu do czasu na większych wybojach odrywaliśmy
się od podłoża i po „przeleceniu” kilku metrów,
opadaliśmy w dół. Irracjonalnie, pomimo otaczającego nas
stepu, oczekiwałem w takich momentach strugi wody na szybie i kiedy
się nie pojawiała czułem rozczarowanie. Byłem pełen podziwu tak
dla pojazdu jak i „sternika”. Jazda sprawiała mu wyraźną
przyjemność. Kiedy siedzieliśmy w Ładzie współczułem mu,
zakładając że ojciec „wrobił” go w ten wyjazd. Teraz jego
twarz wyrażała pełne zadowolenie. Być może rzadziej pozwalano mu
prowadzić Audi, a może brak kontroli umożliwił mu jazdę we
własnym stylu. Tak czy inaczej moje poprzednie współczucie
nie było mu do niczego potrzebne. Zamiast tego głośno pochwaliłem
umiejętności na co on skromnie powiedział, że to zasługa
samochodu. Mimo skupienia na drodze to on dostrzegł przebiegające
po stepie gazele i gdyby nie pokazał nam kierunek palcem, to byśmy
je przeoczyli. Chłopak był raczej małomówny. Odpowiadał na
pytania, ale sam nie podejmował rozmowy. Sądzę, że wynikało to z
nie najlepszej znajomości rosyjskiego. Dla nas wszyscy w dawnym
Sojuzie mówią w tym języku. Jest to prawda, ale w
odniesieniu do starszego i średniego pokolenia. Młodsi używają go
rzadziej, a szczególnie w takich miejscach jak to, na
pograniczu kultur azjatyckich, język Puszkina czy Dostojewskiego
jest czymś na kształt protezy. Wyraża się w nim to, czego nie ma
lub jest słabo ugruntowane w lokalnych językach. Kiedy
niespodziewanie pojawiły się jakieś zabudowania, samochód
gwałtownie zatrzymał się i zanim zorientowaliśmy się w sytuacji,
kierowca podnosił szlaban, podobny do tego przez który
wjechaliśmy na teren parku. „Czyżby koniec?” -
pomyślałem zaskoczony. Szlak rozchodził się w dwóch
kierunkach. My pojechaliśmy w lewo, w stronę słabo rysujących się
na horyzoncie wzgórz. Po jakimś czasie chłopak pokazał coś
palcem i powiedział: „Eto djuna”. „Szto? Ja nie ponimaju.
Prostitje mienia.” - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. „No,
barchan. Nasip Czingis-Chana”. - dodał w formie wyjaśnienia.
Jasne, mogłem się domyślić. W końcu głównie po to tu
przyjechaliśmy, a już w drodze z Sary-Ozek usłyszeliśmy historię
o przysypanych naukowcach, którzy chcieli dokopać się pod
nim kurhanu legendarnego wodza. Popatrzyłem we wskazanym kierunku.
Istotnie, pośród zielono, brunatnych wzgórz widać
było żółte wzniesienie terenu. „Kurczę, wygląda to
mizernie. Jeśli dla tej „piaskownicy” przejechałem tysiąc
kilometrów, to kiepsko” - pomyślałem, ale niczego nie
mówiłem, żeby nie psuć atmosfery. Na stepie, z powodu braku
punktów odniesienia, trudno jest laikowi określić odległość.
Samochód pędził w stronę tej kupki piasku, a ona
powiększała się, rosła, nabierała formy. Kiedy, dorównała
wysokością otaczających ją wzgórz, my nadal byliśmy dosyć
daleko. Zniknęła nam, kiedy wjechaliśmy do płytkiego kanionu.
Kierowca nieco zwolnił, wykazując przezorność, bo niespodziewanie
z za zakrętu wyjechał wprost na nas duży samochód terenowy.
Gwałtowne szarpnięcie kierownicy uratowało nas przed zderzeniem.
Drugi samochód przyhamował, ale widząc, że stoimy dodał
gazu i nas wyminął. Za kierownicą siedziała drobna blondynka.
Audi z trudem wygrzebało się z pobocza i pojechaliśmy dalej. Z za
wzniesienia wyłonił się barchan. Był ogromny. Wyglądał jak
ilustracja z bajek o dżinach. W każdej chwili mogła pojawić się
karawana, Arabowie ze starymi fuzjami i zakwefione kobiety. Niestety,
nikt się nie pojawił. Byliśmy sami. Kiedy się zatrzymaliśmy
zapytałem: „Skolko u nas wremieni jest?”. „Ja nie znaju,
skolko wy chotitje”. - odparł chłopak. Popędziliśmy w
stronę wydmy jak pięciolatki. Piach był gorący, bardzo drobny.
Wsypywał się każdą szczeliną do zasznurowanych butów i
skarpet. Nogi grzęzły utrudniając wspinanie. Po kilkunastu metrach
zatrzymaliśmy się zziajani. „To nie jest takie łatwe, jak się
wydawało”. - Powiedziałem z trudem łapiąc powietrze. „Uhu”
- usłyszałem za sobą. Witek dyszał jak maratończyk przed
śmiercią. Trzeba zmienić taktykę, pomyślałem i skierowałem się
nie, jak wcześniej, na szczyt, a na najbliższy kawałek grani.
Kiedy tam dotarłem, skręciłem w lewą stronę i idąc po niej,
zacząłem zbliżać się do szczytu. Marsz był uciążliwy, lecz
przynosił wyraźny efekt. Kiedy go osiągnąłem, zobaczyłem widok,
zapierający dech w piersiach (a może to jednak zmęczenie mnie
przyduszało? W każdym bądź razie widok był piękny). Wydma
delikatnymi zakosami ciągnie się dużo dalej, aniżeli można to
było zobaczyć z dołu. Daleko za nią, pozieleniały step przecina
finezyjnymi meandrami szeroka rzeka, a za nią, aż po horyzont są
rozlewiska, moczary. Patrząc w przeciwnym kierunku żółto-brunatny
step dochodzi do niemal śliwkowo-fioletowych gór, biegnących
łukiem wzdłuż horyzontu. Z prawej strony, znacznie bliższe
wzgórza mają nieco nieziemski charakter. Step z
żółto-groszkowego koloru łagodnie przechodzi w błękitny,
a pod samymi szczytami w ultramarynę. Daje to wrażenie
nienaturalnej wklęsłości. Gdyby ktoś szukał plenerów do
filmu SF, to z powodzeniem może wybrać się właśnie w to miejsce.
Po lewej stronie jest płytka, szeroka dolina, wypełniona piachem i
porośnięta krzewami. Za nią kolejna wydma, lecz znacznie niższa i
także pokryta trawami, krzewami. Usiłowałem wypatrzyć samochód,
którym przyjechaliśmy. Długo wpatrywałem się w nasze ślady
na piachu i w końcu go zobaczyłem. Maleńki, z otwartymi drzwiami,
jak „resorkowiec”, model Matchbox`a, porzucony przez dziecko w
piaskownicy. Miniaturki kierowcy w ogóle nie było widać, co
zresztą odpowiadało tej wizji, bo „resorkowce” nie miały
przecież kierowców. Wiatr przyjemnie owiewał nas susząc
przepocone koszulki. Przyjaciel dochodząc do mnie zapytał: „Co
teraz?” „Ja zjeżdżam na butach” - odparłem. Od początku
miałem na to ochotę. Jak uda mi się wdrapać na górę, to
zjadę z wydmy jak w dzieciństwie z górki pokrytej śniegiem
– na podeszwach butów. Łatwiej jednak wymyślić, aniżeli
zrealizować. Piach był zbyt miękki, a ja zbyt ciężki. Zamiast
ślizgać się zapadałem się po kostki, więc raczej zbiegłem,
aniżeli zjechałem do kotliny porośniętej trawami. Ledwo dotarłem
do wyschniętych roślin, kiedy spod nóg wyskoczyły mi
tysiące pomarańczowych żyjątek i czyniąc okropny hałas,
przypominając odgłos drewnianych kołatek – może wystrugał je
Gapetto? Wzniosły się na przeźroczystych skrzydełkach kilka
metrów i opadły na nieodległe trawy. Kolejny krok i ta sama
historia. Idąc ku wylotowi kotliny, poprzedzany byłem falami
koników polnych . Kiedy jedne opadały, inne podrywały się
do lotu. Machając rękami miałem wrażenie jakbym dyrygował
wielkim baletem synchronicznym. Myślę, że tak właśnie może się
czuć wszechmogący. Macha sobie rękoma, a miliardy ludzkich istnień
skaczą, w jemu tylko znanym rytmie. Na przyjaciela natknąłem się
u podstawy wydmy. Idąc dalej razem zauważyliśmy dziwaczne
jaszczurki. W przeciwieństwie do swoich europejskich krewniaczek nie
były wysmukłe. Raczej korpulentne i jakby spłaszczone. Całe w
kolorze wyblakłego piachu, a jedynie koniec zawiniętego w spiralę
ogona mają czarny, jak smoła. Właśnie tą końcówką
wykonują dziwaczny i śmieszny zarazem ruch. Wyprostowują go i
zwijają na przemian. Natychmiast skojarzyłem to ze stosowanym
ruchem palca, gdy chcemy kogoś przywołać. Prawie słyszałem jak
szepczą: „No, choć tu, choć, choć!”. Pewnie tak było, tyle
tylko, iż zaproszenie skierowane jest do koników polnych albo
innych owadów. Widziane jaszczurki nie były przesadnie
płochliwe. Odbiegały na metr, półtorej, kiedy były już w
zasięgu ręki i oglądając się „przez ramię” kiwały końcówką
ogona zachęcając do podążania za nimi. Słońce co raz bardziej
wydłużało cienie wydmy i wzgórz. Bez pośpiechu dotarliśmy
do samochodu. Znowu miał normalne wymiary. Kierowca drzemał w
cieniu wiaty. W drodze powrotnej niespodziewanie chłopak zapytał:
„Chotitje uwidjet rodnik? „Gdje? Zdjes, na stjepie?” -
niedowierzałem. „Kanieczno, zdjes. Gdje-to insze?” -
odpowiedział zaskoczony moją wątpliwością. Zatrzymaliśmy się
niedaleko rozstaju dróg. Poprowadził nas ścieżką w
kierunku niskich krzaków, które kryły obniżenie
terenu. W naturalnej niecce skalnej wypływa zimna i czysta woda.
Dzięki niej gęsto rosną krzewy dające cień, a wszystko to
łącznie skutecznie obniża temperaturę otoczenia. Wchodząc tam ma
się wrażenie podobne do tego, gdy podczas upalnego dnia otwiera się
drzwi lodówki. Opłukaliśmy ręce i twarze, nabraliśmy wodę
do butelki i wróciliśmy do samochodu. Pomyślałem, że może
jest po drodze więcej ciekawych miejsc, więc dziękując za
pokazanie nam tego, dodałem że chętnie zobaczymy wszystko, co
zechce nam pokazać. Nic nie odpowiedział, ale stwierdziłem, iż
nie wracamy tą samą drogą. Zamiast wzdłuż pasma gór,
jedziemy wprost na nie. Ponownie pokazały się gazele. Spłoszyliśmy
królika, jakieś ptaki przypominające kuropatwy. Często
wyprzedzał nas cień szybujących nad nami drapieżnych ptaków.
Chłopak wymieniał nazwy widzianych zwierząt lecz wszystkie nie
tylko nie do zapamiętania, także trudne do wymówienia.
Zatrzymaliśmy się nie dojechawszy do gór. Przed nami stały
trzy pionowo ustawione głazy. Nie było to dzieło natury, a celowe
działanie ludzkie. Mogę się jedynie domyślać, że związane z
kultem religijnym lub pogrzebowym, co w pewnym uproszczeniu na jedno
wychodzi. Patrząc na nie, oświetlone zachodzącym słońcem, na tle
gór i burzowego nieba pomyślałem cytatem rosyjskiego
powiedzenia: „Boh trojcu ljubit”. Powiedzenie powstało zapewne
długo po tym, jak ktoś te kamienie spionizował a i poświęcił je
innemu bogu aniżeli ten, dla którego przytoczono głazy, a
przecież nie czuło się w tym żadnego dysonansu. Niezależnie
który bóg tego dnia zawiadywał chmurami, bezwzględnie
był artystą-performerem. Nad naszymi głowami rozgrywał się
niezwykły spektakl. Pędzone wiatrem obłoki zbijały się w stada,
ogromniały, zmieniały barwy. Z białych poprzez cytrynowo żółte,
pomarańczowe aż do wściekle purpurowych i w końcu
fioletowo-czarnych. Step, reagował na te zmiany z wrażliwością
Kapistów. Rozświetlony wykwitał pastelami, ocieniany zapadał
się w mroki obrazów Beksińskiego, Muncha. To jednak było
dopiero preludium. Na scenę wtargnęły gromy i gwałtownymi
rozbłyskami rozerwały niebo na części. Miałem wrażenie, że
zaraz usłyszę „Cwałowanie Walkirii” Wagnera, lecz nawet jeśli
go grano, to niesforni kotliści niebiańskiej orkiestry zdominowali
wszystko, uderzając z całej siły pałkami w napiętą do granic
możliwości membranę stepu. Pierwsze krople deszczu uderzyły w
samochód niczym czarnoskóry muzyk potrząsający
„shekere”. Namiot dopadliśmy mokrzy, choć z samochodu mieliśmy
do niego zaledwie kilkanaście metrów, ale za to łatwiej
zlokalizowaliśmy go w panujących ciemnościach dzięki fleszowi
błyskawic. Wrażenia popołudnia wywołały głód.
Zapaliliśmy nasz palnik, który z siłą znicza nagrobkowego
mozolnie rozgrzewał wodę na grochówkę. Dla wzmocnienia
„doznań smakowych” wsypaliśmy podwójną porcję
ekstraktu, dzięki czemu zupa stała się gęsta, esencjonalna i pachniała
majerankiem. Parząc sobie usta gorącym płynem i zagryzając rwaną
rękoma lepioszką zjedliśmy ją do ostatniej kropli. Zbliżała się
północ, burza przeminęła a niebo zaiskrzyło się
niewidywanymi w miastach konstelacjami gwiazd. Wokół panował
trudny do zdefiniowania spokój. Wydawało się, iż wszystko
jest na swoim miejscu, nawet my. Pomimo późnej pory nie
chciało nam się spać. „Kąpałeś się kiedyś nocą na
stepie?” nieoczekiwanie zapytał Witek. „Niby jak? Wiesz,
że nie.”
- odparłem zaskoczony. „Ja też nie. Najwyższy czas to
nadrobić, nie uważasz?” - powiedział i wszedł do namiotu.
Chwilę potem wyszedł i odwracając się do mnie zapytał: „No
to co, idziesz popływać?” „Jasne, że tak” rzuciłem w
jego stronę i poszedłem szukać spodenek. Powietrze, mimo burzy
było rozgrzane. Woda w baseniku wydawała się lodowata. Przyjaciel
wszedł do niej bez zastanowienia. Ja, siedząc na krawędzi z nogami
zanurzonymi do łydek nie mogłem się zdobyć na schłodzenie reszty
ciała. „Długo będziesz się zastanawiał” - usłyszałem
z ciemności. „Łatwo ci się mądrzyć, wiesz jak nie cierpię
zimnej wody” - odburknąłem. „Wcale nie jest zimna, to
złudzenie bo powietrze jest rozgrzane” - usłyszałem.
„Złudzenie czy nie, ale „gęsia skórka” jest całkiem
realna” powiedziałem. „Właź, nie marudź” - nie
ustępował. „Dobra, dobra już wchodzę. Muszę się tylko
oswoić z zimnem”, powiedziałem zsuwając się w lustrzane
odbicie nieba, mącąc jednocześnie gwiazdy. Woda naprawdę była
zimna. Wytrzymałem w niej chwilę. Akurat tyle, żeby z czystym
sumieniem móc powiedzieć, że pływałem nocą na stepie.
Przyniesiony ręcznik okazał się być zbędny. Chwilę po wyjściu
byliśmy susi. Wróciliśmy do namiotu ze świadomością
niezwykłości chwili.
Altyn-Emel
jest narodowym parkiem, położonym w dolinie rzeki Ili na terytorium
Kazachstanu. Park został założony 10 kwietnia 1996 roku, w celu
zachowania unikalnych, naturalnych, archeologicznych, historycznych i
kulturalnych zabytków. Rzadkich i zagrożonych gatunków
zwierząt i roślin. Na terenie Parku o łącznej powierzchni 520 000
hektarów można znaleźć różne krajobrazy: górskie,
piaszczyste i pustynne. Flora parku to ok. 1800 gatunków
roślin, z czego 21 wpisanych jest do Czerwonej Księgi Kazachstanu.
W tym około 69, to rzadkie gatunki występujące tylko na obszarze
Zhungar Alatau, dorzecza Ili i Balkhash. 56 gatunków zwierząt
zamieszkałych w parku uważa się za bardzo rzadkie. Wśród
nich są argali, dziggetai, gazela perska.
W
Ałtyn-Emel istnieje kilka unikalnych, naturalnych i historycznych,
obiektów o ogromnym znaczeniu. Najbardziej znanym jest
niepowtarzalny fenomen natury - wydma „Singing Barchan”, która
ma 1,5 km długości i 120 m wysokości. Barchan jest półksiężycowy
w formie. Kiedy wiatr wieje od zachodu, rozpraszając piaski, ma się
wrażenie, jakby rury organów grały w sercu pustyni. Do tej
pory zjawisko to jest nadal zagadką natury, ale naukowcy
przypuszczają, że przy gorącej, suchej pogodzie, piasek
elektryzuje się poprzez tarcie i wytwarza drgania soniczne.
Ktokolwiek słyszał „śpiew” barchanu nie będzie mógł
tego zapomnieć.
Inną
ciekawostką wartą odnotowania jest Bes-Shatir. Zespół
kopców Saco, to zabytek historyczny i dziedzictwo pozostawione
przez wielkich nomadów środkowoazjatyckich stepów.
Pierwsze odnotowane ceremonie pogrzebowe datowane są na początek
epoki żelaza (VII-VI wiek p.n.e.). Naukowcy odkryli i zbadali 31
kopców, z których jeden, największy i bogato zdobiony,
uważany jest za "carski". Wśród znalezionych w
kopcach pogrzebowych przedmiotów znajdują się: pozłacane
ozdoby, złote dodatki i przybory. Broń i zbroje, wszystko to, co
zgodnie z przekonaniami religijnymi starożytnych koczowników
mogło przydać się wojownikowi w życiu pozagrobowym.
Nie
do przecenienia są tam także wspaniałe krajobrazy gór
Aktay, które nie bez powodu są zwane "księżycowymi".
Aktau to kredowe skały, szacowane na 400 milionów lat. W
większości białe, choć można spotkać tam także niebieskie,
różowe, czerwone i zielone stoki, nadające górze
Aktau niepowtarzalne piękno. Wręcz nieziemskie.
Park
Narodowy Altyn-Emel to nie tylko największy i najsłynniejszy
rezerwat przyrody w Kazachstanie, ale także cenne i ważne
dziedzictwo kulturowe, dlatego w 2012 roku Kazachstan nominował
Altyn-Emel do listy światowego dziedzictwa UNESCO.
Źródło:
http://www.advantour.com/kazakhstan/southern/altyn-emel.htm
