23
CZERWCA (PIĄTEK) SARY-OZEK – AŁMATY
Budzik
w zegarku wyrwał nas ze snu o czwartej trzydzieści. Nawet nie
chciałem przeliczać, która to godzina w kraju. Mimo wczesnej
pory było już całkiem jasno. Burza i deszcz poprzedniego wieczoru
spowodował, że nie zapytaliśmy strażnika czy nas odwiezie do
miasteczka. Liczyłem trochę na to, że Timur lub ktoś inny
powiadomił go o konieczności przetransportowania nas tak, ażebyśmy
zdążyli na pociąg. Nie mając jednak pewności wstaliśmy na tyle
wcześnie, żeby dojść na piechotę, jeśli to będzie konieczne.
Pomimo, że zrezygnowaliśmy z robienia sobie śniadania, pakowanie
zajęło nam godzinę. W koło panowała niczym nie zakłócona
cisza. Mieliśmy poważny dylemat. Chcąc zdążyć na szóstą,
powinniśmy wyjść jak najszybciej. Jeśli jednak pójdziemy,
a gospodarz miał w planie nas odwieźć, to może jeszcze spać i
wyjdzie dopiero za godzinę. Jeśli jednak nikt mu nic nie powiedział
i śpi snem sprawiedliwego, to czekając przekreślamy jakiekolwiek
szanse na dotarcie do Basszczi na czas. Moglibyśmy też pójść
i zapytać, ale wyrywanie domowników ze snu o piątej
trzydzieści grozi „...śmiercią lub kalectwem”. Postanowiliśmy
iść. Po drodze snuliśmy dalsze spekulacje: Jeśli byliśmy
umówieni w miasteczku, to powinniśmy dotrzeć na czas. Jeśli
u strażnika, to kierowca jadący po nas „zgarnie nas po drodze”,
oszczędzając czas i paliwo. Jeśli jednak gospodarz miał nas
odwieźć, to może zaniepokojony naszą nieobecnością, pojedzie do
Sary-Ozek i też natknie się na nas. W każdym z tych wariantów
finał był pomyślny. Co jednak, jeśli nikt na nas nie czeka, a
kierowca, który obiecał nam transport na dworzec, zapomniał
albo coś mu wypadło? „To wyjdziemy z Basszczi na drogę i
będziemy łapać okazje. Pociąg odchodzi tuż przed dziesiątą a
do Sary-Ozek jest raptem siedemdziesiąt kilometrów. Damy
radę!” - Zamknąłem dyskusję. Kolejny kilometr, dwa szliśmy w
milczeniu. Obaj wiedzieliśmy, że tu nie tak łatwo o „okazję”.
Czasami przez godzinę nic nie jedzie. Dochodziła szósta, a
miasteczka nawet nie było widać. Albo odległość była większa,
a może pomyliliśmy kierunki. Nadal istniało prawdopodobieństwo,
że jeśli nasz znajomy przyjechał po nas, to zatelefonuje do
strażnika, a ten mu powie, że nas nie ma i wówczas... No
tak. W takiej sytuacji albo się wkurzy i odjedzie, albo się wkurzy
i poczeka jeszcze trochę, albo się wkurzy i pojedzie nas szukać. W
tym wariancie jedyną pewną rzeczą było wkurzenie kierowcy. Dobra,
niech się wkurza, byle nas zawiózł. Jakoś się
wytłumaczymy. Na snuciu kolejnych scenariuszy wydarzeń przeszliśmy
kolejny kilometr. Zauważyliśmy jednak, że z polnej drogi zbliża
się do nas jakiś samochód. Podbiegliśmy do niego machając,
żeby kierowca nas zauważył. Poskutkowało. Starą, pomarańczową
Ładę prowadził starszy pan. Na miejscu pasażera leżały grabie i
kosa. Zziajani zapytaliśmy czy może nas zabrać do miasteczka.
Widząc wahanie wpakowaliśmy się mu do samochodu tłumacząc
nieporadnie sytuację. Nie wiem, ile z tego zrozumiał a na ile nie
chciał drażnić „dwóch szurniętych białasów”.
Przed biurowcem byliśmy dobrze po szóstej. Nikt na nas nie
czekał. Parking był pusty, ale na ławce siedział strażnik,
którego widzieliśmy poprzedniego ranka jak załatwialiśmy
pozwolenie. Przyjaciel zapytał go, czy ktoś o nas pytał. Odparł,
że nie, ale może zatelefonować do Timura. Szef strażników
polecił mu przekazać, iż za chwilę zjawi się po nas samochód.
„Czyli jednak pamiętali” - odetchnęliśmy z ulgą. Kilka minut
później wjechało na parking srebrne Audi. Byliśmy pewni, że
za kierownicą zobaczymy mężczyznę, z którym się
umówiliśmy, ale z samochodu wysiadł młody, zupełnie nam
nieznany chłopak. O nic nie pytał, sprawiał wrażenie, jakby
wszystko zostało wcześniej ustalone. Włożył nasze plecaki do
bagażnika i ruszył w stronę drogi wylotowej. Zanim jednak na nią
wjechał zatelefonował, gdzieś po czym zapytał czy może zabrać
swoją żonę. Byliśmy zaskoczeni pytaniem. Skoro robi nam
grzeczność, to nie do nas należy decydować, kogo jeszcze zabiera
do swojego samochodu. Kierowca zawrócił i zatrzymał się
przy jednym z domów. Dosiadła się młoda kobieta i
pojechaliśmy z powrotem w kierunku głównej drogi. Przez
półtorej godziny walczyłem z sennością. Niby wszystko
grało, ale czułem „przez skórę” kłopoty. Płacąc za
bilety, na transport celowo zostawiliśmy dwa tysiące tenge, z małym
naddatkiem, bo tyle zapłaciliśmy za przewiezienie nas do Basszczi.
Uznaliśmy zatem, że tyle samo będzie kosztował nas przejazd w
drugą stronę. Wysiadając przed dworcem wyciągnąłem dłoń z
pieniędzmi i zapytałem czy dwa tysiące satysfakcjonuje kierowcę.
Naiwnie sądziłem, że skoro małżeństwo i tak jechało w tą
stronę, to może potraktuje nas ulgowo. Chłopak spojrzał na mnie
jakbym obraził jego matkę, żonę i kochankę jednocześnie.
„Kakije dwa tysiaczi? Eto daże nie chwatajet bienzina!” -
warknął zawiedziony i rozzłoszczony. Na nic się zdało
tłumaczenie, że tyle zapłaciliśmy poprzednio i mamy jeszcze
trzysta tenge. „Czetyrje tysiacza” - brzmiała odpowiedź.
Nie było co dyskutować. Nie umawialiśmy się z nim na żadną
kwotę, mógł zażądać więcej. Wyjaśniłem mu, że
zapłacimy, ale mamy tylko dolary. Jeśli wie, gdzie je wymienić, to
niech nas tam zawiezie. Bez słowa wsiadł do samochodu i zaczęliśmy
zwiedzać miasto. Jeden bank – zamknięty. Drugi bank – to samo.
Jakiś kantor – kłódka. Czas płynął a my nie
wiedzieliśmy jak wyjść z impasu. W międzyczasie chłopak zawiózł
żonę do pracy i zatelefonował w kilka miejsc, lecz z równie
mizernym skutkiem, co poszukiwania banku. „Dajmy mu dolary.
Otworzą bank, to sobie wymieni” - powiedziałem do Witka.
„Dobry pomysł. Zapytaj go czy to mu odpowiada”.-
odpowiedział. Propozycja wywołała wahanie. Wiedział, że nie
bardzo jest jak to załatwić, a jednocześnie wyraźnie czegoś się
bał. „Może nie zna kursu i boi się, że dostanie za mało?
- Powiedziałem do przyjaciela. „Mamy gdzieś wydruk z wymiany w
banku, pokaż mu żeby widział jak to wygląda” - zaproponował
Witek. Wygrzebałem kwit i pokazałem chłopakowi. Położyłem na
fotelu tysiąc tenge i dziesięć dolarów. Łącznie było to
trochę ponad cztery tysiące w lokalnej walucie. Kierowca wyraźnie
złagodniał. Odniosłem wrażenie, że poczuł się głupio w tej
sytuacji, bo zaczął się tłumaczyć: liczył na zarobek, jechał
specjalnie, a na kogoś w drodze powrotnej nie może liczyć, bo jest
za wcześnie. Dolarów nigdy nie widział, nie mówiąc o
znajomości ich kursu. Rozstaliśmy się w pełnej zgodzie. Do
odjazdu została prawie godzina. Kumpel, jak zawsze, uznał że
musimy kupić chleb. Nie miałem ochoty po raz któryś z rzędu
przemierzać miasteczka. Jak w jakimś deja vu chodziliśmy od sklepu
do sklepu, aż dostał upragnioną bułkę. Kiedy jedliśmy ją na
peronie podleciał do nas dudek, potem drugi i trzeci. Poprzedniego
poranka, kiedy wychodziliśmy szukać transportu, wydawało mi się,
że w przelatującym ptaku rozpoznaję dziwaczny dziób i
czubek, ale widziałem go krótko. Teraz nie miałem
wątpliwości. Śliczny, oryginalny ptak był o dwa kroki od nas.
Podobno występuje w całej Europie, ale dopiero tu, na pograniczu
Kazachstanu i Chin mogłem go zobaczyć. Pociąg nadjechał
punktualnie. W drzwiach wagonu natknęliśmy się na konduktora, z
którym żartowaliśmy jadąc w tą stronę. Przywitał nas jak
starych znajomych. W wagonie wdrapałem się na swoją leżankę i
natychmiast zasnąłem nie zważając na temperaturę godną sauny.
Obudziłem się dopiero przed Ałmatami. Podczas wysiadania z pociągu
mój przyjaciel przejawiał pewną nerwowość. Zazwyczaj
celowo trzyma się za mną, teraz parł do przodu ignorując to , że
z niedopiętymi paskami butów i trzymanym na jednym ramieniu
plecakiem nie jestem w stanie dotrzymać mu kroku. Przypominało to
sytuację z Teheranu, ale wówczas szukał wody. Teraz pełna
butelka wystawała mu z plecaka. Nie reagował na wołanie. W hallu
zatrzymał się na chwilę, lecz kiedy usiłowałem zapiąć buty
ruszył znowu. Przeciskał się przez tłum, jakby chodziło o życie.
Mieliśmy wymienić pieniądze i choć obaj znaliśmy usytuowanie
kantoru, skręcił w przeciwnym kierunku. Usiłowałem rozładować
napięcie, mówiąc coś żartem, ale bez efektu. Dopiero kiedy
załatwiliśmy sprawę wymiany waluty i usiedliśmy na ławce zaczął
„dochodzić do siebie”. W milczeniu zjedliśmy kilka „krówek”,
popiliśmy kajmakowe „lepiszcze” wodą i widząc, że „powietrze
z niego zeszło” zapytałem o powód. Przeprosił
zakłopotany, ale jego wyjaśnienie było lakoniczne i niezbyt
uzasadnione. Stwierdził, że obawiał się czy zdążymy dokonać
wymiany i zdążyć na pociąg. Obaj wiedzieliśmy, że między
przyjazdem, a odjazdem jest sporo czasu i nie powinno to
problematyczne. Kiedy jednak zapowiedziano nasz pociąg,poszukiwanie
właściwego przejścia i przedzieranie się przez tłum zajęło nam
sporo czasu i nerwowość w jego zachowaniu powróciła.
Wsiedliśmy na kilka minut przed odjazdem. Nasze miejsca wypadły na
pięterku. Starsze małżeństwo, które zajmowało dolne
siedziska, najwyraźniej przyjechało już tym samym pociągiem,
ponieważ zagospodarowali całą przestrzeń, a stół mieli
zastawiony jak na bizantyjskim dworze. Oboje wyciągnięci na
leżankach oddawali się konsumpcji. Nasze pojawienie się uznali za
dopust boży i wcale nie mieli ochoty ułatwić nam skorzystanie z
miejsc. O siedzeniu nie było mowy a i dostanie się na nasze leżanki
było utrudnione z powodu leżących tam bagaży. Sami musieliśmy
sobie z tym poradzić i po przenoszeniu pościeli, koców,
pudeł i worów, wreszcie udało się nam położyć. Tak jak w
poprzednich wagonach, było bardzo gorąco, więc nie zwracając
uwagi na etykietę rozebrałem się do bielizny i przybrawszy
półleżącą pozycję zabrałem się do uzupełniania
notatek. Przyjaciel w ramach terapii, poszedł wyprać skarpetki, a
po powrocie ostentacyjnie rozwiesił je na podporach leżanki.
Zaproponował mi zjedzenie czegoś ciepłego, ale nie byłem głodny,
więc tylko mu pomogłem w przygotowaniach wydobywając z plecaka
potrzebne rzeczy. Wymagało to swoistej ekwilibrystyki, ponieważ z
braku miejsca wywindowaliśmy nasze bagaże na najwyższą półkę,
a nasze sąsiedztwo z dołu uniemożliwiało zdjęcie ich na czas
przepakowywania. Przed dziewiętnastą Witek ponownie zabrał się do
„gotowania”. Tym razem skorzystałem z propozycji i z
przyjemnością wypiłem kawę podaną wprost „do łóżka”.
Pociąg stukocząc rytmicznie zmierzał do Karagandy przybliżając
nas do kolejnego bolesnego zderzenia z rzeczywistością. Los,
opatrzność czy cokolwiek to jest, na koniec podróży
postanowił dać nam nauczkę. Wówczas jednak jeszcze tego nie
przeczuwaliśmy więc spokojnie zasnęliśmy na swoich kojach.
