25 CZERWCA (NIEDZIELA) BEKTAU-ATA TRACT
Noc była ciepła, a o wieczornej ulewie świadczyły jedynie liczne oczka wodne, powstałe w skalnych zagłębieniach. Śniadanie i zwijanie obozowiska zajęło nam sporo czasu. Na szlak weszliśmy wypoczęci i w dobrym nastroju. Po stresie minionych dni nie było śladu a wydarzenia, które go wywołały, przybrały postać anegdotyczną. Maszerując pośród skał rozmawialiśmy o tym wykpiwając własną niefrasobliwość. Nazwa tego miejsca, w wolnym tłumaczeniu, oznacza Górę Świętego Starca. Jest to związane z legendą o świętym mężu, który dzieląc rzekę uchronił mieszkańców przed najazdem wrogów. Nie jest to jedyna legenda związana z tym miejscem. Patrząc na niesamowite formy, jakie przybrały tutejsze skały, trudno się dziwić, że pobudzały wyobraźnię i inspirowały tych, którym dane było tu trafić. Różowo zabarwione skały, z których zbudowana jest Bektau-Ata, to wulkaniczna lawa z Paleozoiku. Łagodna erupcja poukładała poszczególne warstwy skał niczym niestaranny kucharz naleśniki na stole. Niektóre utworzyły wysokie stosy, inne zsunęły się krzywo i tak zastygły. Powstał gigantyczny, granitowy „korek”, kneblujący uśpiony pod stepem wulkan. Resztę procesu twórczego dokonała erozja. Po mistrzowsku operując wodą temperaturą i wiatrem, jak rzeźbiarz młotkiem i dłutem, wydobyła bajkowe postacie i tchnęła w nie życie. Z miejsca, gdzie spędziliśmy noc, widać było strome zbocze zwieńczone ogromną, niemal okrągłą skałą. Po przejściu kilometra, może dwóch, całkowicie zaskoczeni zobaczyliśmy, iż ta skała, to tył czającej się, gigantycznej łasicy. Ostre słońce odbijając się od płaskich skał sprawiało, że wydawały się niemal białe. Chabrowe, bezchmurne niebo stanowiło, dla nich piękne tło. Gdzieniegdzie, w miejscach gromadzenia się deszczówki, wyrosły krzewy i pojedyncze drzewa, dopełniając pejzaż soczystą zielenią. Zrzuciliśmy plecaki i uwolnieni od ich ciężaru wspięliśmy się na najbliższe wzgórze. Widok był wspaniały. Trakt, którym szliśmy biegnie pośród traw, krzewów i zagajników. Za nim jest wąski pas stepu, który łagodnie przechodzi w inne pasmo granitowych wzgórz. Nie mając skonkretyzowanego planu, postanowiliśmy trzymać się wyższego pasma i obchodząc znaleźć miejsce, w którym uda nam się dotrzeć do jego wnętrza. Wróciliśmy po plecaki i idąc dalej, na skraju stepu, dostrzegliśmy mizar. Muzułmańskie cmentarze sytuowane są z dala od osiedli ludzkich. Ten wydawał się być całkowicie zapomniany, a jednak wśród bardzo starych grobowców jest kilka współczesnych. Tutejszy Islam ma swój indywidualny charakter. Widać to także w sztuce sepulkralnej. Na Bliskim Wschodzie groby są mniej rozbudowane. Często jedynie obłożone kamieniami, z których największe układa się w miejscu głowy. Tutejsze, to całe budowle. Safy (rzędy) nie są zbyt regularne, ale grobowiec przybiera formę czworoboku z cegły lub kamienia. Nieproporcjonalnie małe wejście zamknięte kratą, czasami pełnymi drzwiami, wydaje się być dostępne jedynie drobnej w budowie osobie lub ...duchom. Ozdobne zwieńczenie murów przypomina renesansowe attyki. Najczęściej budowle są otwarte od góry. Bywają zamknięte, ale te wyraźnie przybierają formę kurhanu. Na zewnętrznej ścianie umieszczone są tablice, na których pod symbolem półksiężyca umieszczone są inskrypcje i informacje o zmarłym. Kompletna pustka, cisza zakłócana jedynie poświstami wiatru i szumem suchych traw dodaje powagi i dostojeństwa temu miejscu. Opuszczając nekropolię nie wróciliśmy na szlak, a idąc na przełaj, w kierunku widocznej przełęczy, liczyliśmy na nowe doznania i ...wodę, której zaczynało nam brakować. Z dostępnych źródeł wiedzieliśmy, że oprócz podziemnej rzeki, której zasoby dostępne są jedynie w Jaskini Amangeldi i studniach głębinowych, jedyna woda pochodzi z opadów. Wieczorny deszcz pozwalał mieć nadzieję, iż w skalnych załomach i nieckach, pomimo upału, nadal będzie jej wystarczająco dużo, żeby przeżyć dwa dni. Kotlina okazała się dosyć krótka. Wzniesienie na jej osi łagodnie prowadziło na widoczny w oddali szczyt. Plastry skał utworzyły szerokie propyleje, z których chętnie skorzystaliśmy. Wchodziliśmy co raz wyżej a w miarę wspinaczki wybrany szlak stawał się trudniejszy. Pojawiające się zagłębienia z wodą były zbyt małe, żeby z nich skorzystać. Ciemne zacieki na skałach, sugerujące wilgoć były zwodnicze. Bez wątpienia do ich powstania przyczyniła się woda, lecz zasadniczo tworzyły je wyschnięte glony. Pragnienie zaczynało nam doskwierać, ponieważ rzadka roślinność jest zbyt niska, żeby tworzyć dający ulgę cień, a drzewa rosną tylko w najniższych partiach. Dotarliśmy do połowy wysokości góry, kiedy przyjaciel zaproponował trawersowanie jej. Byłem trochę rozczarowany,bo mimo, iż wspinaczka była uciążliwa, to jednocześnie wciąga. Pojawia się trudna do zdefiniowania potrzeba osiągnięcia szczytu lub miejsca, w którym będzie można z czystym sumieniem powiedzieć sobie, że wyżej czy dalej iść się nie da. Gdyby nie dotkliwy brak wody, pewnie optowałbym za kontynuowaniem marszu w górę, lub szedłbym dalej sam, lecz rozsądek nakazywał skupienie się na poszukiwaniach. Skręciliśmy w lewo i szerokim trawersem zaczęliśmy obchodzić stożek. Po kilkunastu minutach marszu zobaczyliśmy dolinę. Właściwie głęboki jar, wcięcie w skałach. W najgłębszym jej punkcie wystrzeliwały z gęstwiny krzewów drzewa o bujnych koronach. Dalej, fantazyjnie uformowane w nawisy i tarasy skały rozchodziły się na boki. Z lewej nadal stromo, z prawej łagodnie, amfiteatralnie. Naprzeciw nas, w najszerszym miejscu, stanowiącym swoistą, na oścież otwartą bramę, widać było niżej położone warstwy skał, step, a gdzieś na horyzoncie połyskiwały modre plamy. „Spójrz tam. Jak myślisz, czy to są jeziora?” - Zapytał przyjaciel. „Wygląda to jak jakieś zbiorniki wodne, być może jeziora ale równie dobrze mogą to by jakieś rozlewiska czy błota”- odparłem, wpatrując się w odległy widok. „Trzeba wyjąć lornetkę”- stwierdził Witek i sięgnął do plecaka. Powiększony obraz potwierdzał obecność wody. Nadal jednak trudno było stwierdzić jaki jest do niej dostęp, jakie jest jej źródło i na ile można z niej skorzystać. Perspektywa kąpieli była niezwykle kusząca, nie wspominając o możliwości wyprania ubrań czy choćby wędkowaniu. „Jak to może być daleko?” - Zastanawiałem się głośno. „Sześć, siedem kilometrów” - zawyrokował przyjaciel. „Nie mamy żadnego punktu odniesienia. Trudno to ocenić. A co, jeśli będzie to dziesięć kilometrów?” - Snułem wątpliwości. „Damy radę! - podsumował kolega. „Dobra, niech będzie. Tak czy inaczej musimy jednak zdobyć trochę wody, zanim zaczniesz pływać.” - powiedziałem i ruszyłem w kierunku doliny. Założyłem, że skoro jest tam tak zielono, to spływająca z gór woda, gdzieś się gromadzi a jeśli tak, to powinna tam jeszcze być. Od strony góry zejście nie było możliwe ale stok po prawej stronie był na tyle łagodny, że bez wysiłku dotarliśmy na samo dno. Schodząc ze skał zauważyliśmy dwie całkiem spore „kałuże”.
Zagłębienia w skale zatrzymały wodę. Miała wygląd i zapach herbaty ziołowej. Najprawdopodobniej wczorajsze opady zalały wyschnięte mchy, a słońce ogrzewając wodę przyrządziło ten „napar”. Gdybyśmy mieli pewność, że w tej „zupie” nie miały swojego „wkładu” zwierzęta, to można by było zaryzykować picie jej bez filtrowania. Prawdopodobieństwo spłukania jakiś odchodów było jednak bardzo duże. Idąc często natykaliśmy się na różne „pozostałości” a deszcz i powstające podczas opadów strumyki, zbierają wszystko „po drodze”. Witek najwyraźniej doszedł do podobnych wniosków, bo bez słowa rozebrał się do bielizny i wyjął filtr. Wcześniej użyliśmy go tylko raz i właściwie tylko dla sprawdzenia jego działania. Teraz wydawał się niezbędny. „Słomka życia”, jak zwykło się go nazywać jest lekki, banalnie prosty, ale wcale nie łatwy w użyciu. Trzeba sporej siły, żeby przepchnąć wodę przez warstwę węgla aktywnego. Efekt pierwszego filtrowania był nieco rozczarowujący. Woda w butelce wprawdzie była przeźroczysta ale o słomkowym zabarwieniu. W smaku nadal dawało się wyczuć ziołową domieszkę. Przyjaciel z determinacją niegdysiejszych naukowców wlał do ust sporą porcję przefiltrowanego płynu. „Raz kozie śmierć! W najgorszym razie będziemy mieć sraczkę” - pomyślałem kiedy podał mi butelkę i wypiłem resztę wody. W smaku była znośna, choć piłem już lepsze „mieszanki.” Witek powrócił do przeciskania płynu przez niebieską rurkę a ja poszedłem się rozejrzeć. Dolinka naprawdę była wyjątkowa. Zawieszone nad nią skały przywodziły na myśl budynki Gaudiego. Łagodne łuki, pozornie nieforemne otwory okien i fantazyjne balkony. Gaudi byłby zachwycony. A może te, lub podobne skały zainspirowały go przy projektowaniu? - pomyślałem zaskoczony własną „przenikliwością”. Na dnie doliny leży mnóstwo oderwanych od ścian kawałków skały, ale nawet one są dosyć niezwykłe. Zazwyczaj mają owalne kształty i choć w większości mają kilka metrów wysokości, to stoją na trzech, czterech „nóżkach”, pomiędzy którymi jest wolna przestrzeń. Wygląda to wręcz komicznie. „Kolos, na glinianych nogach” jest tu jak najbardziej adekwatnym określeniem. Nogi wprawdzie nie są gliniane ale i w tym powiedzeniu nie chodzi przecież o rodzaj materii, a o kruchość, wątłość podstawy. Gdyby szukać innych porównań, to „świnka-skarbonka” często przybiera podobną formę. Pękaty brzuszek stojący na czterech wypustach. Sfotografowałem wszystko, co wydało mi się interesujące, także aparatem przyjaciela, który nadal się trudził przy tworzeniu zapasu wody. Kiedy wróciłem miał już jedną pełną butelkę i drugą w trzech czwartych wypełnioną żółtawą cieczą. „Chcesz się napić?” - Zapytał podając mi butelkę. „Nie, nie będę Cię wykorzystywał. Sam sobie przefiltruję.” - Odpowiedziałem. „Daj spokój. Następnym razem Ty będziesz filtrował. Teraz pij, to dopełnię obie butelki” - Powiedział i wepchnął mi pojemnik do ręki. Wypiłem kilka łyków i oddałem butelkę. „Może byśmy coś zjedli? Zostało nam trochę chleba a „herbata” jest gotowa” - uśmiechnął się pokazując brodą bajorko. Przyjąłem zaproszenie. Usiedliśmy pod skałą i zjedliśmy resztę lepioszki popijając wodą z butelki. Kiedy skończyliśmy, przyjaciel uzupełnił pojemnik i ruszyliśmy w kierunku jezior. Dopóki schodziliśmy ze stoku, widzieliśmy je przed sobą, ale kiedy dotarliśmy do wąskiego pasa traw, przed kolejnymi skałami, straciliśmy je z oczu. Nie przejmowaliśmy się tym, wiedząc, że nawet niewidoczne, są na wprost nas. Problem powstał, kiedy musieliśmy obejść pasmo skał zbyt stromych, żeby je sforsować . Po kilku skrętach, zejściach i podejściach straciliśmy orientację. Wdrapywanie się na okoliczne wzniesienia, też niczego nie wniosło. Jeziora zniknęły jak miraż, fatamorgana. Byliśmy trochę tym zaniepokojeni. Logika nakazywała spokój. Na płaskim stepie prędzej czy później wypatrzymy tak charakterystyczne miejsce i nawet jeśli trochę zboczyliśmy, to wówczas skorygujemy kierunek. Logika, logiką a perspektywa miotania się po stepie w poszukiwaniu wody wydawała się mało atrakcyjna. Minąwszy pasmo skał, brnęliśmy w kłujących i czepiających się ubrań roślin, byle szybciej ominąć ostatnią przeszkodę i zobaczyć, gdzie i jak daleko są widziane z góry jeziorka. Były dokładnie tam, gdzie miały być. Nawet bez lornetki wydawały się całkiem duże i zdawało się nam, że już czujemy ich krystalicznie czystą wodę. Wyobrażałem sobie, jak rzucam plecak i zanurzam się w niej cały. Tymczasem oddzielający nas od wody pas stepu, zamiast kurczyć się w miarę marszu, rozszerzał się jak w sennym koszmarze, gdzie przebieramy nogami nie posuwając się ani o krok do przodu. Szarpiące nas za nogawki trawy, co rusz rozwiązywały też sznurowadła, co zmuszało do przystawania i pochylania się. Plecak wówczas gwałtownie zmieniał punkt ciężkości i powodował utratę równowagi. Ostatnie kilkaset metrów pokonaliśmy czując ogromne zmęczenie. Kiedy weszliśmy w typowe dla podmokłych terenów, wysokie trawy okazało się, że dalej jest zbyt grząsko, żeby iść. Trudno było ukryć rozczarowanie. Zamiast kąpieli, czekało nas obchodzenie jeziora i szukanie miejsca, gdzie będzie można dotrzeć do wody. Wybraliśmy lewą stronę. Po kilkuset metrach dotarliśmy nad wodę. Odbiegała od naszych oczekiwań ponieważ była bardzo płytka, porośnięta szuwarami i krzakami. Usiedliśmy żeby trochę odpocząć i zastanowić się co dalej. Na przeciwległym brzegu widać było stromą skarpę, co sugerowało głębszą wodę. Po kilkudziesięciu minutach poszliśmy w tamtym kierunku. Odludne obecnie miejsce, kiedyś musiało być eksploatowane. Pośród krzaków leżały zardzewiałe resztki wyciągarek. Widziana skarpa okazała się być rodzajem grobli. Po jej drugiej stronie była głęboka łąka, która zapewne także była kiedyś wypełniona wodą. Za nią było drugie, dostrzeżone z gór, jezioro. Skarpa miała trzy, cztery metry wysokości, ale dało się po niej zejść nad wodę. Przyjaciel postanowił spenetrować teren i rozejrzeć się za miejscem pod namiot. Zostawiliśmy plecaki na grobli i kiedy on posuwał się wzdłuż brzegu, ja zszedłem nad wodę. Nie była tak głęboka jak myślałem ale wydawała się czysta. Wyrastały z niej jakieś rośliny nie na tyle jednak, ażeby nie można było pływać. Witek nie wracał, więc rozebrałem się i wszedłem do jeziora. Było na tyle ciepłe, że zanurzyłem się bez „aklimatyzacji”. Woda miała zapach ...mchów. Niemal identyczny z tą, którą piliśmy po drodze. Kiedy spojrzałem w kierunku, z którego przyszliśmy stało się dla mnie oczywiste, iż góra nie mogąc wchłonąć nadmiaru wody podczas ulew, nadaje jej kierunek i pęd. Płynąc po monolitycznym podłożu dociera aż tutaj wypełniając naturalne zagłębienie. Brak żwirów czy piasków sprawia że zabiera ze sobą lekkie drobiny roślin a te opadając na dno nadają jej kolor i zapach. Popławiłem się aż do powrotu przyjaciela. Idąc w moje ślady zdał relację z rekonesansu. Za groblą znalazł rozpadający się barak obity blachą. W chaszczach dogorywa dziwna jednostka pływająca, zbudowana z dwóch ogromnych pływaków i podestu. Dalej, na stepie, jest ceglany kurhan a blisko brzegu łąka na której można rozbić namiot. Postanowiliśmy tam pójść ale wcześniej zrobić to, co planowaliśmy jeszcze w górach. Kiedy mieliśmy już dość moczenia się, wyprałem ubrania, umyłem włosy i ogoliłem się. Zmęczenie odpłynęło wraz z brudem. Słońce zaczynało opierać swoją tarczę o szczyt góry. Wzmógł się wiatr. Niekompletnie ubrani poczłapaliśmy w rozwiązanych butach na znalezioną łąkę. Rozbiliśmy namiot. Żeby przygotować jedzenie trzeba było przynieść wodę. Można to było zrobić w pobliżu obozowiska, choć grunt był podmokły a wokół glony i żaby ale i tak musiałem wrócić na groblę po rozwieszone na krzakach pranie, więc zabrałem menażkę i poszedłem. Trochę się obawiałem, że co raz silniejszy wiatr wrzucił moje rzeczy do wody lecz wszystko było na miejscu. Wracając obejrzałem „lokalne atrakcje”. W domku nadal było łóżko i butelka po wódce. Dziwny, stalowy ponton o niewiadomym przeznaczeniu tkwił na zarośniętym brzegu niczym wyrzucony przez morze wieloryb. Kurhan, pomimo „nieantycznego” pochodzenia, w blasku zachodzącego słońca wyglądał wielce urokliwie. Czerwone cegły, ładnie współgrały z żółto-pomarańczowymi trawami stepu a jednocześnie harmonijnie odcinały się od nadal pogodnego nieba. Kiedy zbliżałem się do namiotu usłyszałem przeraźliwy krzyk przyjaciela i zobaczyłem go szamocącego się w namiocie. Popędziłem do niego gotowy na najgorsze, ale nie dostrzegłem żadnego zagrożenia. „Co się dzieje? Czemu wrzeszczysz?” - Zapytałem podenerwowany. „Nie uwierzysz. Wskoczyła na mnie wielka żaba.” - Powiedział z przejęciem. „Chyba żartujesz. Wystraszyłeś się żaby? Ty, weterynarz?”- Pokpiwałem sobie z przyjaciela. „Nie widziałeś jej, to nie mów. Była wielka jak ..., jak kot! Wskoczyła do namiotu, wprost na moją nogę i nie mogłem się jej pozbyć. Skakała jak oszalała po naszych rzeczach.” - opisał zdarzenie. Z trudem powstrzymywałem się od śmiechu, wyobrażając sobie prawie dwumetrowego kupla walczącego z zielonym „potworem”. Sam pewnie, w podobnych okolicznościach, też bym wrzeszczał, ale było to zabawne. Zrobiliśmy sobie chiński makaron, którego smak, niezależnie od obrazka i opisu, zawsze jest taki sam. Wiatr zwiastujący burzę uspokoił się. Przed nocą uraczyliśmy się jeszcze herbatą, tym razem z torebki, choć z nutą górskich mchów, bo na niefiltrowanej wodzie z jeziora. Dzień definitywnie zmierzał ku końcowi. Od dwudziestu czterech godzin nie spotkaliśmy żadnego człowieka. Nie widzieliśmy też krów czy koni, które by wskazywały na bliskość ludzi. Ze zdziwieniem skonstatowałem, iż nigdy dotąd, ani nad Oceanem Indyjskim ani na Kaukazie ani nawet wśród Niebiańskich Gór nie byliśmy tak daleko, choć przecież w wartościach wymiernych odeszliśmy zaledwie o kilkanaście kilometrów.