20 CZERWCA ( WTOREK ) DŻALALABAD
   Zwykło się mawiać: „Przyzwyczajenie to druga natura człowieka”. Prawdziwości tego powiedzenia doświadczam na każdym wyjeździe. Niezależnie gdzie się znajduję, wchodząc w pewien rytm postępowania, schemat dnia, staję się poniekąd jego niewolnikiem. W ten wtorkowy poranek nie musieliśmy pakować namiotu ani przygotowywać sobie śniadania. Co więcej, Swieta życząc nam dobrej nocy uprzedziła, że nikt nie będzie nam przeszkadzał co najmniej do ósmej, więc możemy się wyspać a my solennie sobie obiecaliśmy zastosować się do tej rady no i ...wstaliśmy przed siódmą. Choć w kraju wybiła właśnie trzecia nad ranem napisałem i wysłałem życzenia dla Piotra mając nadzieję, że sygnał SMS`u nie wyrwie go ze snu. Godzinę później, kiedy ksiądz Adam przyszedł nas obudzić byliśmy spakowani a pomieszczenie doprowadzone do porządku. Z nowym dniem pojawiło się także nowe nastawienie naszego gospodarza. Zniknęło naburmuszenie a pojawił uśmiech. Nadrabiając wczorajszą mrukliwość mówił z ożywieniem o parafii, sobie i okolicy, jednocześnie energicznie zabrał się do przygotowywania śniadania. Z przyniesionych ze sobą toreb wyjął lepioszki, jaja, wędlinę i przy pomocy przyjaciela zrobił całą patelnię jajecznicy. Zamiast szczypiorem, posypaliśmy ją „dżusajem” - rodzajem trawy o intensywnym czosnkowo-cebulowym zapachu. Zapewne to właśnie dżusaj był tajemniczym składnikiem naleśników jedzonych w Tienshan i pseudo racuchów z bazaru w Karakoł. W związku z tym, że nie uczestniczyłem w przygotowywaniu śniadania, zabrałem się do mycia naczyń. Kończyłem kiedy nadeszła gospodyni księdza. Starsza, jowialna Rosjanka. Zanim odłożyła przyniesione siatki z zakupami zrugała księdza i nas przy okazji, że nie poczekaliśmy na nią. „Kto to widział tak robić jajecznicę? Ja tu mam wszystko zaplanowane. Trzeba było tylko poczekać, przecież się nie rozerwę. Zakupy też ktoś musi zrobić” - zrzędziła dla porządku, choć było widać, że jest zadowolona z takiego obrotu sprawy. Nie przerywając poburkiwać zapytała księdza o Martę. 

   Już minionego wieczora Swietłana wymieniła to imię rozmawiając z księdzem Remigiuszem, ale nie chcieliśmy być wścibscy. Teraz ksiądz Adam sam udzielił informacji. Kilka lat temu przyjechała tu nastoletnia wówczas dziewczyna z Warszawy i jako wolontariuszka pracowała w wakacje. Teraz studiuje lingwistykę w Tomsku na Syberii, ale odwiedza ich jak tylko znajdzie trochę czasu. Niestety, gdzieś w podróży zjadła coś, co ją przyprawiło o roztrój żołądka. Zaoferowaliśmy zawartość naszych apteczek, ale okazało się to zbędne. Dziewczyna chwilę potem przyszła do kuchni żeby zrobić sobie herbatę. Ładna, długowłosa blondynka, cichym, łagodnym głosem oszczędnie odpowiadała na zadawane jej pytania. Rozmawialiśmy trochę o warunkach na północy, o jej doświadczeniach i zainteresowaniach. Słuchaliśmy z zainteresowaniem a sugestywne opisy tajgi, trzaskającego mrozu i niedźwiedzi spacerujących po ulicach płynęły niczym kra po syberyjskich rzekach. W ten nieco melancholijny klimat „wtargnęła” Swietłana z całą energią i żywiołowością swojej drobnej fizyczności. Od progu wystrzeliła serię pytań: czy jesteśmy najedzeni? (Czym oburzyła gosposię.) Czy nie „pożarły” nas komary? Jak Marty żołądek? Zanim zdążyliśmy odpowiedzieć mówiła dalej: „Obdzwoniłam znajomych. Faktycznie, nie ma żadnego regularnego połączenia do Biszkeku ale dostałam telefon do jednego „przemytnika”. Kirgiz, ale podobno porządny człowiek. Zadzwoniłam. Zgodził się was zabrać ze sobą. Dzisiaj, o piętnastej. Muszę teraz wracać do pracy, ale wrócę na czas i pojadę z wami. Dopilnuję, żeby wszystko było jak należy. Teraz lecę. Pa ka!” ...i pobiegła. „Zatem załatwione. Zostajecie na obiedzie, potem was odwiozę, a teraz pokażę wam swoje gospodarstwo” - oświadczył ksiądz Adam. Podwórko przypomina trochę patio. Jedynie wąski przesmyk pomiędzy głównym budynkiem, a kuchnią prowadzi na tyły, gdzie jest mały ogródek. Tuż za bramą jest wybetonowany podjazd, reszta powierzchni jest skrupulatnie zagospodarowana pod tunel foliowy, oczko wodne, winorośl. Widać w tym rękę fascynata, którego jedynie przestrzeń ogranicza w uprawach. Przyjaciel, który w pełni podziela zainteresowania księdza, wypytywał o rośliny, nawożenie, ochronę i pielęgnację. Ja snułem się za nimi kontemplując walory wizualne, chłód cienia i zapachy. Wewnątrz jednego z pomieszczeń gospodarz ma spore akwarium, którym uzupełnia pasje ogrodnicze, jednak chyba najważniejszą jego fascynacją jest astronomia. Kiedy zobaczyliśmy już każdą roślinę z osobna, także te w ogródku, najedliśmy się moreli z połamanych z powodu nadmiaru owoców gałęzi, ksiądz zapytał czy chcemy zobaczyć obserwatorium astronomiczne. Chcieliśmy. Przypuszczałem, że zostaniemy poprowadzeni krętymi schodami gdzieś na strych budynku, gdzie zastaniemy sferyczną kopułę przykrywającą teleskop. Nic podobnego nie nastąpiło. Polecono nam poczekać pośród krzewów, ponieważ przed wejściem do obserwatorium trzeba usunąć osy. Po kilku minutach ksiądz wrócił z namoczoną szmatą i zaczął się wspinać na chybotliwą drabinę stojącą przy stalowym słupie o piętnasto, może dwudziestocentymetrowej średnicy. Spojrzałem w górę. Drabinka prowadziła do niedużej platformy umieszczonej cztery, pięć metrów nad grządkami. Zgrzytnęła blacha, usłyszeliśmy plaskanie szmaty, która po chwili spadła nam pod nogi. „Możecie wchodzić!” zawołał z góry ksiądz. Wdrapaliśmy się na platformę, która z trudem nas pomieściła. Przykrywająca ją blacha falista została zsunięta na bok i w jaskrawym świetle słońca zobaczyliśmy, iż jedynym wyposażeniem jest zaskakująco nowoczesny teleskop umocowany do potężnej rury, którą widziałem na dole. Platforma drżała przy każdej próbie zmiany pozycji, lecz samo urządzenie tkwiło niewzruszenie w jednej pozycji. Kontrast pomiędzy „obserwatorium” a jego wyposażeniem był uderzający. To wrażenie jeszcze się powiększyło, kiedy teleskop został uruchomiony. Ksiądz wprowadził dane na panelu sterowniczym, a urządzenie cicho mrucząc ustawiło się we właściwej pozycji. „Spójrzcie, to Wenus” - zachęcił. W wizjerze na blado niebieskim tle zobaczyłem jasną plamę. Obraz przypominał widok Księżyca widzianego gołym okiem na tle pogodnego nieba w dzień. Pora dnia i pogoda nie sprzyjały pokazowi. Większość obiektów była jeszcze pod horyzontem i teleskop kierował swoje oko w zbocza gór. Witek zapytał o naszego satelitę. Dyspozycja z panelu skierowała teleskop we właściwym kierunku. Tym razem wizjer wypełniał biało-żółty glob pokryty licznymi bruzdami i kraterami. W czasie kiedy oglądaliśmy go, gospodarz odpowiadał na pytania i opowiadał anegdoty związane z prowadzoną tu działalnością dydaktyczną. Widać przy tym było pasję i ogromną przyjemność. Miło było choć przez chwilę dzielić jego zainteresowania. Kiedy wyczerpaliśmy „program zwiedzania” ustaliliśmy z księdzem, że spotkamy się o czternastej na objedzie, a pozostały czas przeznaczymy na obejrzenie miasta. Po wyjściu na ulicę zapytaliśmy o bank i tam skierowaliśmy swoje kroki. Wymiana pieniędzy zajęła nam niewiele czasu i prosto z niego ruszyliśmy na bazar. Po drodze natknęliśmy się na stoisko z dosyć dziwnym napojem. Takich punktów, wszędzie jest bardzo wiele. Początkowo myślałem, że sprzedaje się tam kwas chlebowy, bardzo popularny w krajach rosyjskojęzycznych, lecz to co popijali klienci nie przypominało kwasu. Cena małego kubka „bozo” jest symboliczna (dziesięć somów), więc postanowiliśmy poeksperymentować na sobie. Gęsty, przypominający trochę w smaku żurek napój jest trudny do zdefiniowania. Jedynym, dającym się rozpoznać składnikiem, jest grubo zmielona kukurydza. Najprawdopodobniej kwaszona, fermentowana. Niewątpliwie, dobrze schłodzony gasi pragnienie. Nad smakiem jednak lepiej się nie zastanawiać. 
 
   O swojej admiracji do bazarów już wspominałem. Uwielbiam je tak dla ich podobieństw, ale i paradoksalnie, także różnic. O cechach wspólnych pisałem kilkukrotnie. Różnice wynikają głównie z konkretnej lokalizacji, specyfiki regionu czy specyficznych uwarunkowań. W miastach położonych nad morzem oferta ryb będzie zdecydowanie większa od miejscowości górskich. Tam dominuje nabiał, a mniej jest owoców. Czasami bogactwo oferty pozornie trudno uzasadnić położeniem, lecz to właśnie ono decyduje o asortymencie i funkcjonowaniu targowiska. Bazary na tradycyjnych, często liczących sobie setki lat, szlakach handlowych, niezależnie, co i z jakim powodzeniem uprawia, czy hoduje się w okolicy, są ludne, gwarne i bogate. Dżalalabadzki właśnie do takich należy. Pierwsza rzecz, jaka nas uderzyła po wejściu to „dział” metalowy ulokowany wprost na ...torowisku. Za czasów Sojuza przez Dżalalabad prowadziła linia kolejowa, dzięki której łatwiej i szybciej można się było dostać z południa na północ. To, że na krótkim odcinku przecinała Uzbecką Socjalistyczną Republikę Radziecką nikomu nie przeszkadzało, wszak i Kirgizi i Uzbecy byli obywatelami tego samego, szczęśliwego kraju robotników, chłopów i inteligencji pracującej. Po uzyskaniu niepodległości, siłą inercji, owa zadekretowana przyjaźń jeszcze jakoś funkcjonowała. Do czasu. „W roku 2010, kiedy w ogólnokrajowym poruszeniu obalony został autorytarny prezydent Kurmanbeka Bakijew, doszło do licznych zamieszek na tle etnicznym. Wykorzystując chaos w kraju, Kirgizi przeprowadzili atak na Uzbecki Uniwersytet Przyjaźni Ludowej w Dżalalabadzie. Zginęło zaledwie kilka osób, jednak wydarzenie to pociągnęło za sobą lawinę kolejnych, jeszcze bardziej brutalnych ataków. Niedługo potem w wielu miastach poszły w ruch pałki, koktajle Mołotowa, ostra broń. Postawiono barykady, ludzie zaczęli uciekać z domów, istne piekło. Rząd nie mógł powstrzymać eskalacji konfliktu, zwrócił się nawet do Rosji o pomoc militarną.  Ta jednak odmówiła, nie chcąc się wtrącać w sprawy wewnętrzne Kirgistanu.  Przysłali jednak helikoptery z pomocą humanitarną. Szacuje się, że w zamieszkach zginęło nawet do 2000 ludzi, przy czym oficjalne statystyki podają zaledwie 900.(...). Zamieszki te, to nie jedyna przyczyna niesnasek pomiędzy Uzbekistanem a Kirgistanem. Od wielu lat, głównym problemem Azji Środkowej jest woda. Z jednej strony barykady stoją bogate w zasoby wodne m.in. Kirgistan i Tadżykistan, z drugiej zaś pustynny Uzbekistan i Turkmenistan. Rządowi Uzbekistanu nie podoba się, że Kirgistan buduje na swoich rzekach tamy i oskarża swoich wschodnich sąsiadów o celowe ograniczanie dostaw wody do Uzbekistanu. (...) Często zdarzają się też incydenty graniczne. Sytuacja jest bardzo napięta i wydaje się, że każda iskra może tutaj spowodować wybuch kolejnego, jeszcze większego konfliktu. Kiedy rozpadał się Związek Radziecki, okazało się, że wytyczenie granic poszczególnych republik nie jest takie proste. Ludność jest wymieszana i niemożliwe było, aby przyporządkować poszczególne narodowości tylko do jednego kraju. Na ten przykład – w Uzbekistanie żyje 80% Uzbeków, reszta to m.in. Tadżycy, Kazachowie i Rosjanie. W Kirgistanie żyje z kolei zaledwie 64% Kirgizów, a pozostali to właśnie m.in. Uzbecy (13,8%) i Rosjanie (12,5%). Nie obyło się też bez eksklaw.
(Eksklawa – część terytorium (państwa) lub innej jednostki administracyjnej, położona w oddzieleniu od głównego jego obszaru, lecz na tym samym obszarze lądowym (przeważnie kontynent). Może być otoczona terytorium innego państwa lub jednostki administracyjnej, stanowi wtedy jednocześnie enklawę) 

Na terenie Kirgistanu znajdują się trzy eksklawy Uzbekistanu i dwa obszary należące do Tadżykistanu. Jest także eksklawa Tadżycka w Uzbekistanie. W styczniu 2013 roku w największej z uzbeckich eksklaw Sokh miał miejsce poważny incydent. Uzbecy zaatakowali nowo powstałą, kirgiską strażnicę i wtargnąwszy do sąsiedniej Kirgiskiej wsi wzięli 34 zakładników. Po negocjacjach, już następnego dnia, Kirgizi zostali wypuszczeni. Nic nikomu się nie stało, jednak napięcie i niesmak pozostały.” 
- Fragment artykułu pt. „Życie na pograniczu”. Źródło: http://kolemsietoczy.pl/poznajcie-zahira-sytuacja-polityczna-konflikty-azja-srodkowa/.
Obecnie, miejsca odległe od siebie o niespełna dziesięć kilometrów, rozdziela niemal sto kilometrów nie najlepszej drogi. To, co kiedyś zajmowało kilkanaście minut jazdy samochodem, teraz wymaga prawie dwie godziny jazdy. W przypadku komunikacji kolejowej jest jeszcze gorzej ponieważ jej po prostu nie ma. Pozostały dwie, niepołączone ze sobą linie kolejowe: na północy od granicy z Kazachstanem przez Biszkek do Bałykczy oraz na południu od granicy z Uzbekistanem do Osz. Reszta infrastruktury kolejowej zarasta trawą lub stanowi surrealistyczne tło jak w przypadku bazaru w Dżalalabadzie, gdzie ogromne misy, łopaty, młoty i inne żelastwo wystawione jest na szeroko rozstawionych torach. W tej samej „alejce” azjatyckiego super-hiper-marketu mieści się skład złomu z eksponatami mogącymi przyprawić o zawał serca każdego miłośnika staroci. Naszą uwagę przykuły dwa piękne samowary. Pierwszy, chyba mosiężny, pozbawiony był kurka, ale miał śliczne, delikatne ozdoby florystyczne. Drugi, kompletny, sprawiał wrażenie posrebrzanego. Mniej zdobny za to większy i solidniejszy. Przez krótką chwilę rozważaliśmy odkupienie ich, lecz samo wspomnienie wypchanego plecaka wystarczyło, żeby z żalem porzucić ten pomysł. Po drugiej stronie torów, na podwyższeniu, które niegdyś zapewne było peronem swoje towary rozłożyli handlarze artykułami budowlanymi. Idąc w przeciwnym kierunku, natrafiliśmy na asortyment „lżejszy”. Najpierw gdaczący, gęgający i popiskujący. Dalej delikatnie skrzypiące, bardzo zdobne kołyski z praktycznym otworem w spodzie oraz drobna galanteria drewniana z wyciskaczami wzorów do lepioszek. Tutaj także mieści się część relaksacyjna, „klubowa” bazaru. W niskich pomieszczeniach postawiono kilka stołów do bilarda. Liczne grupki mężczyzn, głównie starszych, z zapamiętaniem rozgrywają turnieje głośno i ożywieniem komentując graczy i uderzenia. Część przemysłowa oddzielona jest od pozostałych fragmentem asfaltowej jezdni, która w czasach funkcjonowania kolei zapewne prowadziła do dworca. Dzisiaj, jako główna arteria bazaru, służy do hurtowego przemieszczania towarów. Kilkunastoletni chłopcy ciągną po niej zdezelowane wózki sklecone z kompletnie niepasujących do siebie części,a przecież w pełni funkcjonalne. Południowa strona jest gęściej zabudowana straganami, z węższymi alejkami. Handluje się tu głównie owocami, nabiałem i mięsem. Moją uwagę przykuła starsza uśmiechnięta kobieta, która usadowiła się wprost na stole, na którym rozłożyła kilkanaście butelek z kumysem. Trudno nie uśmiechnąć się na widok znaków konkurujących ze sobą na światowych rynkach koncernów PepsiCo. i Coca-Cola, tu zgodnie firmujących endemiczny napój z kobylego mleka. Poprosiłem o zgodę na sfotografowanie towaru i jego właścicielki i uzyskałem ją wraz z ciepłym, pełnym wyrozumiałości uśmiechem. Od tej strony bazar wgryza się w grunt fundamentami i wyrasta ponad nietrwałe stragany murami zadaszonych boksów, komórek. To królestwo tekstyliów i biżuterii. Dziesiątki sklepików z ubraniami. Głównie damskimi. Nie do wszystkich mogą wejść mężczyźni. Te, przeznaczone dla ortodoksyjnych muzułmanek, są chronione przed niepożądanym wzrokiem. Do pozostałych można wejść i oglądać do woli, a raczej do czasu, kiedy któraś z klientek postanowi coś przymierzyć. Wówczas wyprasza się wszystkich pozostałych, a drzwi (jeśli są) lub otwór wejściowy zasłania się kotarą. Bardzo oryginalny sposób ekspozycji i sprzedaży biżuterii wypraktykowano na tym bazarze. W wąskich przejściach stoją rzędy krzeseł, na których siedzą kobiety z pojedynczymi ekspozytorami na kolanach. W ten sposób tworzą swoiste skrzyżowanie gabloty ze sprzedawcą. Panie plotkują między sobą, lecz jakikolwiek przejaw zainteresowania towarem przerywa dyskusje i uruchamia funkcje handlowe zestawu. Kobieta, przy której przystanął potencjalny klient z uwagą wysłuchuje wskazówek, a następnie odnajduje najbliższy wyobrażeniom kupującego drobiazg. Zachwala walory towaru, przekonuje, negocjuje cenę. Jeśli transakcja dochodzi do skutku, kasuje należność, pakuje towar, a nawet organizuje metkowanie i wystawianie dokumentów zakupu. Wszystko siedząc na skromnym krzesełku. Zwykle klientki przechodzą od jednego ekspozytora do drugiego. Zmiana powoduje natychmiastowe przełączenie trybów funkcjonowania. Opuszczana pani wraca do plotkowania, a ta, której towar zainteresował klientkę, cała zamienia się w słuch. Zazwyczaj staram się przywieźć z podróży jakieś upominki dla najbliższych a biżuteria ma tą zaletę, że jest mała i lekka. Wprawdzie nie każdego można obdarować kolczykami, ale panie chętnie je przyjmują, więc z zainteresowanie zacząłem oglądać precjoza. Z oczywistych powodów pominąłem duże, bogate w kamienie i połączone w zestawy. Niestety, kiedy pytałem o typowe, kirgiskie wzory odsyłano mnie do wcześniej widzianych straganów z „biżuterią”. Tam to określenie dotyczy bardzo tanich ozdób z materiałów zdecydowanie pozbawionych „szlachetności”. Prezentowane tutaj miały wzornictwo ogólnoświatowe ze wskazaniem na rynek rosyjski. W grupie cenowej, którą mogłem brać pod uwagę, wybór był bardzo ograniczony. Przechodziłem od jednej pani do drugiej, nie znajdując nic, co mógłbym wziąć pod uwagę. W swoim słabym rosyjskim, trudno mi było wytłumaczyć, że szukam czegoś delikatnego, pasującego do uszu młodej dziewczyny, a nie „obciążnika” z wielkim kamieniem oprawionym w gruby na palec metal. W końcu pokazano nam bardzo subtelne kolczyki z drobnym kamyczkiem w trzech wariantach kolorystycznych. Przyjaciel optował za różowym. Istotnie, ładnie współgrał ze złotą oprawą, lecz wahałem się, obawiając popadania w stereotypy. Zbliżała się czternasta, pora obiadu, po którym mieliśmy wyjechać, więc trzeba się było na coś zdecydować. Wynegocjowałem rabat przy zakupie dwóch kompletów, odłożyłem jeden z granatowym „oczkiem” i z westchnieniem niezdecydowania położyłem na dłoni jeden z żółtym i jeden z różowym „kamyczkiem”. „Weź różowy! Zobaczysz, spodoba się.” - Usłyszałem głos rozsądku, wydobywający się z ust przyjaciela. Zapłaciłem, poprosiłem o ometkowanie i pośpiesznie opuściliśmy bazar. Na ulicę Puszkina było blisko, a droga wydawała się być oczywista, a jednak pobłądziliśmy. Po dwu, może trzykrotnym pytaniu przechodniów dotarliśmy na miejsce z dziesięciominutowym spóźnieniem. Przy stole zastaliśmy wszystkie znane nam osoby, a także nie widzianego wcześniej ogrodnika. Zjedliśmy zupę z chlebem, potem podano na stół coś na kształt frytek, tyle że wyraźnie słodkich i owoce. Pogryzaliśmy je oszczędnie, czekając na drugie danie. Gosposia, która jadła zupę razem z nami, zabrała się za zmywanie naczyń, więc doszliśmy do wniosku, że posiłek dobiegł końca. Czekając na Swietę rozmawialiśmy o dalszej trasie. Ksiądz Remigiusz stwierdził, że niepotrzebnie wybieramy się do Ałmat, bo skoro chcemy dojechać do Sary-Ozek, to rozsądniej byłoby wprost z Biszkeku pojechać na granicę a następnie do miasta Szu. Patrząc na mapę sugestia wydawała się uzasadniona. Kilkanaście minut przed piętnastą wpadła Swietłana. Z typową dla siebie ekspresją zarządziła wymarsz. Przejazd nie trwał zbyt długo, choć wyjechaliśmy na peryferia miasta. Czekając w umówionym miejscu Swieta wydzwaniała kilkukrotnie do „przemytników”. Dochodziło między nimi do jakiś niedomówień. Najpierw jej rozmówca twierdził, że jeszcze się ładują i dojadą trochę później. Po odczekaniu kilkunastu minut w rozgrzanym mimo klimatyzacji samochodzie, kolejna rozmowa dotyczyła sposobu rozpoznania się. W końcu okazało się, że mała ciężarówka, stojąca kilkanaście metrów przed samochodem księdza, to właśnie ich. Swietłana przestrzegała nas, żeby nikomu nie dawać pieniędzy, zanim nie dotrzemy do celu. „Ja znaju, szto oni choroszije ludi, no Kirgizy” - dodała, jakby to coś tłumaczyło. Żegnając się z nami wydawała się być autentycznie wzruszona. Na koniec powtórzyła to, co powiedziała, kiedy się spotkaliśmy: „Kak ja wam zawiduju. Ja chotieła`by pojti s wami.” Nasze plecaki wrzucono na worki z cementem a nas ulokowano w kabinie, w której były cztery osoby. Za kierownicą siedział szef – starszy, łysy Kirgiz. Do pomocy miał dwóch dwudziestokilkulatków oraz mężczyznę w średnim wieku. Mimo to miejsca było dosyć choć szybko się przekonaliśmy, że tył pojazdu, gdzie nas ulokowano nie jest zbyt wygodny, także i z powodu glazury łazienkowej, ułożonej pod naszymi stopami. Przeładowana ciężarówka z wyraźnym trudem ruszyła. Na równych odcinkach drogi jakoś sobie radziła, lecz byle wzniesienie spowalniało ją do prędkości hulajnogi. Poważnie zastanawiałem się jak „wczołga” się na przełęcz w Tienshan. Po przejechaniu pierwszych kilkunastu kilometrów jeden z chłopaków przeniósł się „na pięterko” nad nami a najmłodszy dosiadł się do nas. Zadał kilka pytań, uważnie wysłuchał odpowiedzi i na tym skończyło się jego zainteresowanie nami. Wyglądało to tak, jakby przeprowadzał standardową ankietę. Pozostali załoganci nie zwracali na nas żadnej uwagi. Wszyscy natomiast namiętnie oddawali się paleniu papierosów. Początkowo robili to na przemian, dzięki czemu dawało się oddychać, kiedy jednak palili jednocześnie, kabinę szczelnie wypełniał szary dym. Czułem się wówczas jak świąteczny karp, niesiony w pozbawionej wody reklamówce. Dolina Fergańska oglądana z południa na północ jest o tyle ciekawsza od jej widoku w przeciwnym kierunku, że rosnące w miarę upływającego czasu góry, pozwalają uniknąć wrażenia zawieszenia w przestrzeni. Z niepokojem ale i niecierpliwością wyczekiwałem momentu kiedy dojedziemy do Szamałdy-Saj, gdzie dolina udrapuje się, pomnie i w końcu wystrzeli ku niebu Niebiańskim Górami a stalowo-błękityna wstęga Narynu oplecie je niczym jedwabny szal kobiecą szyję. Tymczasem ciężarówka mozolnie połykała kolejne kilometry asfaltu dławiąc się i kaszląc przy każdej próbie wyprzedzenia innego zawalidrogi czy wjechania na niewielki pagórek. Słońce nieubłaganie podążało ku zachodowi nadając pejzażom ciepłą, czerwonozłotą tonację. Nawet rzeka, której spokojną taflę wreszcie zobaczyłem przez brudne szyby samochodu, sprawiała wrażenie płynnego żelaza podczas spustu z pieca hutniczego. Zaskoczeniem były dla mnie bramki na drodze. Jadąc na południe musiałem przespać to miejsce. Kierowcy pobierali bilety, jak przy wjeździe na autostradę. Mogłem się jedynie domyślić, iż w tym miejscu zaczyna się górski odcinek trasy, na której półmetku znajduje się przełęcz. Tuż za bramkami samochód zjechał na pobocze. Po kilkunastu minutach obok nas zatrzymał się jakiś samochód osobowy a jego pasażer przywitał się z „szefem” i wsiadł do szoferki. Ciężarówka ruszyła. Po kilku kilometrach zjechała w boczną drogę i meandrując pomiędzy zabudowaniami jakiejś wsi wjechała na ciasną działkę, z piętrowym domem w trakcie budowy. Nietrudno się było domyślić, że przynajmniej część materiałów budowlanych zostanie tutaj rozładowana a nasze plecaki są na szczycie tej sterty. Wyskoczyliśmy z szoferki i z zapałem stachanowców ustawiliśmy się przy tylnych drzwiach. W pierwszej kolejności wyjęto jednak koszyki z owocami i jakieś drobiazgi. Po nich była armatura, rury. Kiedy podano nam plecaki wyglądały jak pierogi przygotowane do gotowania - całe w mące. Worki, które przy załadunku, wziąłem za cement wypełniała mąka. Na wybojach podskakujące worki uwalniały drobinki zawartości, które osiadły na wszystko równą warstwą. Próba wytrzepania plecaków doprowadziła jedynie do istotnego zróżnicowania stopnia zabrudzenia. W jednych miejscach udało się go pozbyć niemal całkowicie w innych wgryzł się głębiej przybierając formę szarych zacieków. W trakcie tych zabiegów podszedł do nas właściciel budowy w ręku miał miseczkę i dużą butlę wypełnioną mętnym płynem. Już w trakcie nalewania domyśliłem się po grudkach kukurydzy, że to bozo. Tak też było. W każdym bądź razie jakaś jego odmiana. To, co piliśmy w Dżalalabadzie było mniej kwaśne, bardziej rozdrobnione. Najprawdopodobniej poczęstowano nas napojem domowej produkcji. Witek nie bardzo chciał eksperymentować przed czekającą nas nocą w samochodzie i poprzestał na jednej czarce. Ja wypiłem dwie. Wprawdzie nadal żurkowaty smak do mnie nie przemawiał ale zaspokoił pragnienie, schłodził żołądek i dał poczucie sytości. Czy można chcieć czegoś więcej? Jasne, że tak, ale nie w tych okolicznościach. Odciążony samochód z werwą podjął trud. W samą porę bo kilkanaście kilometrów dalej zaczęły się serpentyny i podjazdy. Rzeka i połączone nią zbiorniki wodne purpurowiały, ciemniały, aż przybrały śliwkowy odcień. Światło księżyca ślizgało się po nich jak wytrawny panczenista. Pomimo tego, że mieliśmy całkiem sporo miejsca, jazda stawała się co raz bardziej uciążliwa. Senność najpierw dopadła przyjaciela, ale on, choć wysoki, nawykł do spania w dziwacznych pozach. Poskładał się, jakby kręgosłup miał z silikonu i zasnął. Usiłowałem iść w jego ślady, lecz po kilkunastu minutach cierpły mi a to ręka, a to noga – w zależności czym usiłowałem zablokować się przed upadkiem na ciasnych zakrętach. W końcu zapadłem ni to w sen, ni to letarg. Słyszałem głosy otoczenia, wiedziałem kiedy samochód się zatrzymywał żeby rozładować kolejne partie towaru, ale nie byłem w stanie się ruszyć. Stan ten się pogłębiał, aż ostatecznie zapadłem się w niebyt. Wyrwało mnie z niego wrażenie duszenia się. Kabinę wypełniały kłęby dymu wydmuchiwanego przez czterech palaczy. Okna były pozamykane zapewne przed utratą ciepła. Przytknąłem do ust chustkę i starałem się łapać powietrze z najniższych partii samochodu. 
 


17 CZERWCA (SOBOTA) WODOSPAD
   Rankiem, odchylając kompletnie mokre poły tropiku, stwierdziliśmy, że otoczenie namiotu przypomina bajkową scenografię: fantastycznie zarysowane góry odcinały się od ultramarynowego nieba. Ciągle jeszcze ocieniona część lasu, głęboką zielenią, wcinała się w jaskrawą, jasną zieleń łąki, na której gęsto rozrzucone głazy ciągnęły za sobą długie cienie. W czasie przygotowywania i jedzenia śniadania mokre części namiotu wyschły, więc nie tracąc czasu pomaszerowaliśmy dalej. Schodząc z piątego mostu, ze zdziwieniem dostrzegliśmy kontener z napisem „POLICJA” a obecność kilku umundurowanych funkcjonariuszy dowodziła, że to nie przypadek ani pomyłka. Weszliśmy na skręcający w prawo szlak i licząc na rychłe dotarcie do celu pomaszerowaliśmy dalej. Widok jurty z rozwieszonym praniem zasugerował nam wybór kierunku. Mijając ją dotarliśmy do szerokiego brodu. Jest to zapewne jeden z licznych dopływów rzeki, która towarzyszyła nam poprzedniego dnia. Zdecydowanie płytszy i wolniejszy, nie mniej jednak pokonanie go „suchą stopą” nie było możliwe. Każdy z nas wybrał inny sposób sforsowania przeszkody. Ja zdjąłem buty, skarpety. Witek uznał to za zbędne. Efekt był taki sam, stanęliśmy po drugiej stronie, z tym, że ja w suchym obuwiu. Polana, na którą wyszliśmy z jaru pokryta była licznymi jurtami. Wokół nich kręciło się sporo ludzi. Jedni krzątali się przygotowując posiłki, inni spacerowali lub rozmawiali w grupach. Kilkunastoletni chłopcy, kiedy zapytaliśmy o wodospad, zaoferowali nam konie. Odmówiliśmy uprzejmie i zaczęliśmy wspinaczkę na strome zbocze. Po drodze minęliśmy grupę Koreańczyków, a chwilę później, ze słonecznej, rozległej polany, weszliśmy w głęboki, chłodny cień gęstego lasu. Najpierw zza drzew usłyszeliśmy plusk, a kilka metrów dalej zobaczyliśmy skalną ścianę, z której białą strugą, spadała woda. Gdyby widoczny przed nami wodospad był jedynym celem tej wędrówki, pewnie byłbym lekko rozczarowany. Nie był ani bardzo wysoki, ani też nie wyróżniał się w jakiś szczególny sposób spośród tych, które wcześniej widziałem. Trafiliśmy tu jednak niejako przy okazji, więc po zrobieniu kilku zdjęć, wróciliśmy na szlak. Ze skarpy, na którą z takim trudem wdrapaliśmy się, dostrzegliśmy kilku mężczyzn za ostatnią jurtą. Pochylali się nad jakimś zmiętym futrem. Mokry błam okazał się być ćwiartowanym baranem. Przy rynnie, z której ciekła źródlana woda, ktoś płukał jelita, a pomiędzy jurtami kilkunastoletni chłopak rozpalał ogień w archaicznym samowarze. Mijając to „miejsce kaźni”, wyszliśmy wprost na liczną grupę ludzi biesiadującą przy suto zastawionym kobiercu. 
Zdając sobie sprawę z niezręczności sytuacji powiedzieliśmy: „Dobroje utro” i starając się jak najszybciej obejść zgromadzonych, skręciliśmy w lewo. Uszliśmy jednak kilka metrów kiedy ktoś coś zawołał, a kiedy się zatrzymaliśmy, podeszła do nas dziewczynka z tacą wypełnioną pękatymi bułeczkami z ciasta smażonego w głębokim tłuszczu. Poczęstowaliśmy się i ukłonili teatralnie. Jeden z mężczyzn machnął zachęcająco w naszą stronę, więc zbliżyliśmy się i podziękowaliśmy za poczęstunek. Szkoda było stracić taką okazję na zrobienie zdjęć, zapytałem więc o pozwolenie. Wywołało to szerokie uśmiechy na twarzach, panie poprawiły włosy i wygładziły fałdy na sukienkach, a mężczyźni zastygli w bezruchu. Zrobiliśmy kilka ujęć i chcieliśmy się pożegnać, lecz biesiadnicy uznali to za dobry pretekst do nawiązania znajomości. Ścieśnili się, robiąc nam miejsce. Podano nam też miseczki z herbatą i zachęcono do częstowania się. Wszyscy siedzieli bez obuwia, więc i my, dość niezdarnie, pozbyliśmy się swojego. Byłem pewien, że w naszym przypadku, był to kiepski pomysł. Mieliśmy już za sobą kilka kilometrów marszu, więc skarpety nie pachniały fiołkami. Pozostało liczyć na korzystny kierunek i siłę wiatru, a po za tym zwyczaje gospodarzy bezwzględnie należało uszanować. Szybko dowiedzieliśmy się, iż wszyscy obecni są znajomymi z pracy w kopalni złota. Przyjechali na weekend i świętują w typowy dla Kirgizów sposób. Pierwszy toast wypiliśmy za przyjaźń między narodami. Z umiarem, próbowaliśmy podawanych nam specjałów i staraliśmy się odpowiadać na liczne pytania. Od początku dobra atmosfera stawała się jeszcze bardziej przyjazna. Żarty i rozmowy przybrały osobisty, frywolny charakter, do tego stopnia, że jedna z pań zadeklarowała gotowość zabrania nas do swego domu w niebudzącym wątpliwości charakterze. Przyjaciel, który przez cały czas taszczył w plecaku paczkę polskich czekolad przyniósł kilka z plecaka i dołożył do i tak bogato zastawionego ...dywanu. Wywołało to ogólny entuzjazm i wyrazy uznania. Nie sądzę, żeby zgromadzeni aż tak bardzo byli złaknieni słodyczy, mieli bowiem dość swoich, lecz doceniono chyba sam gest. Nie chcąc być gorszym, dołożyłem się rozdając kilkanaście gadżetów z godłem i nazwą kraju. To także zostało dobrze przyjęte i wywołało kolejne toasty. Z jednej strony przyjemnie spędzało się nam czas z sympatycznymi ludźmi, z drugiej trudno było nadużywać gościnności, więc wyczekawszy właściwego momentu, podziękowaliśmy wszystkim obecnym za gościnę i naprędce ubierając buty, zakładając plecaki, pożegnaliśmy zgromadzonych. Kilkukrotnie odwracaliśmy się schodząc w dół łąki i odmachiwaliśmy, reagując na nawoływania. 

   Wróciliśmy nad rzekę i utrzymując kierunek marszu z poprzedniego dnia, wspinaliśmy się co raz wyżej. Wczesnym popołudniem dotarliśmy do urokliwej doliny. Na obszernej łące, położonej pomiędzy rzeką z prawej strony, a kamienistą drogą z lewej, stała pojedyncza jurta, otwarta z jednej strony wiata oraz dwa małe baraki-szopki. Z dosyć odległej drogi trudno to było stwierdzić. Przy dymiącym piecu krzątała się jakaś kobieta. Kiedy byliśmy na wysokości jurty, spomiędzy szopek wyszła kilkunastoletnia dziewczynka i pomachała w naszą stronę . Odmachaliśmy jej, nie zatrzymując się . Zauważyliśmy jednak, że ona zaczyna biec w naszą stronę. Zaintrygowani zatrzymaliśmy czekają aż się zbliży. Dziewczynka o ciemnej karnacji i bardzo ładnej buzi zatrzymała się kilka metrów od nas i powiedziała, iż jej ciocia zaprasza na herbatę. 
 


   Herbata w chyba całej Azji odgrywa ważną rolę, a takie zaproszenie, przynajmniej w Kirgizji, ma szersze, bardziej ogólne znaczenie. Podążając za naszą uroczą przewodniczką zastanawialiśmy się, co w tym przypadku będzie oznaczało. Zanim zdążyliśmy się przywitać z kobietą, stojącą przy piecu własnej roboty, podbiegło do nas jeszcze dwoje dzieci. Równie ładna, choć młodsza dziewczynka i chłopak wyglądający na osiem, dziewięć lat. Cała trójka była umorusana, w mocno znoszonych ubraniach. Pomimo słonecznej pogody wszystkie miały na nogach kalosze, a chłopczyk ubrany był jeszcze w kurtkę i krzywo nałożoną, wełnianą czapkę. Przywitaliśmy się z gospodynią o promiennym, szczerym uśmiechu. Kobieta zapytała dokąd idziemy i nie czekając na odpowiedź przestrzegła nas przed burzą. Nie bardzo wiedzieliśmy jak na to zareagować. Nad nami, po błękitnym niebie, przepływały w ślimaczym tempie białe obłoki. Słońce rozgrzewało łąkę wzmacniając intensywność zapachów rosnących gęsto ziół i efektów ich konsumpcji przez liczne krowy. Nic nie zapowiadało zmiany pogody. Nasza rozmówczyni wróciła do przerwanych czynności, mówiąc, że piecze chleb. Zapomnieliśmy natychmiast o pogodzie i z zainteresowaniem przyglądaliśmy się temu procesowi. Beczka z wyciętym otworem, przez który widać było zaimprowizowane palenisko, stanowiła główny element pieca i piekarnika zarazem. Od góry przykrywało ją osmolone naczynie przypominające miednicę. Właśnie tam kobieta włożyła wielki placek o grubych brzegach i cieńszym środku a następnie przykryła płaską blachą, na którą wysypała płonące polana wyjęte z paleniska. O herbacie, która była powodem naszej obecności nikt więcej nie wspominał. Starsza dziewczynka gdzieś zniknęła, ale młodsze dzieci nie odstępowały nas na krok. Nie bardzo wiedząc co robić, poddaliśmy się ich inicjatywie. Chłopak był mrukliwy i złośliwie zadziorny wobec dziewczynki. Ta z kolei gadała jak nakręcona. Szybko dowiedzieliśmy się, że obie z siostrą są u wujostwa na dwumiesięcznych wakacjach. Mieszkają w Biszkeku. Obie uczą się kilku języków: siostra angielskiego i chińskiego ona francuskiego. Oczywiście obie mówią sprawnie po rosyjsku czego nie można powiedzieć o ich kuzynie. To trochę tłumaczyło mrukliwość i rozdrażnienie chłopaka, bo rozmawialiśmy z konieczności w tym właśnie języku. Dziewczynka zapytała czy widzieliśmy wodospad. Potwierdziliśmy myśląc, iż ma na myśli ten, nad którym byliśmy do południa. Szybko jednak okazało się, że w pobliżu jest inny. Przystaliśmy na propozycję pokazania nam go i poprzedzani przez dzieci i psy poszliśmy w górę bardzo stromego wzgórza. Po drodze kuzyn dziewczynek zniknął nagle, ale chwilę później pojawił się ponownie. Młodociana przewodniczka powiedziała, że poszedł przepędzić niesforne krowy. W głębokim jarze płynęła wąską strugą krystalicznie czysta woda. Początkowo pomyślałem o źródle, lecz chwilę później zobaczyłem skalną ścianę zamykającą jar a spomiędzy drzew, na jej zwieńczeniu obficie wypływała woda i spadając z kilku, może kilkunastu metrów, w większej części swej objętości znikała w niedużym oczku. Strumyk brał swój początek właśnie w tym miejscu, lecz było oczywistym, iż woda, która go tworzyła była tylko niewielką częścią tego, co spadało z góry. Usiłowałem dowiedzieć się, co dzieje się z resztą, ale dziewczynka obojętnie wzruszyła ramionami i powiedziała: „Isczezajet”, jakby to było czymś oczywistym. Połaziliśmy chwilę po zwalonych, porośniętych grubym kożuchem mchów pniach. W międzyczasie zrobiło się zimno. Nie tylko z powodu nadchodzącego wieczoru, ale i zmieniającej się pogody. Przenikliwy chłód potęgował wzmagający się wiatr. Jeszcze przed wyjściem nad wodospad „gaduła” zapytała mnie jaki mam telefon, a kiedy wyjąłem go żeby sprawdzić, bo nie pamiętałem marki, bez skrępowania wyjęła go z mojej dłoni i uruchomiła. Zastanawiałem się jak grzecznie odmówić podawania pinu,ale dziewczynka wcale o to nie poprosiła a ja zapomniałem o telefonie. Wracając przez wzgórze „trzpiotka” pokazywała mi rośliny, wypytywała o rodzinę i zdjęcia ... z mojego telefonu dociekając kogo przedstawiają. Nie wiem jak „obeszła” zabezpieczenie. Biegnąc przed nami robiła, zdjęcia wszystkiemu, co wydało jej się interesujące. Nie to mnie jednak martwiło. Kartę miałem pojemną a oczyszczenie jej nie stanowiło problemu. Problem tkwił w zużyciu baterii, której nie było gdzie naładować. Nie chcąc psuć jej zabawy przebolałem to, licząc na dwie zapasowe. W porywistym wietrze zaczęliśmy rozstawiać namiot pomiędzy barakami, jednak kiedy gospodyni to zauważyła zaproponowała, żebyśmy przenieśli go do wiaty. Chętnie na to przystaliśmy. Zyskiwaliśmy w ten sposób osłonę z trzech stron oraz miękką, suchą i ciepłą podłogę, bowiem wiata wyłożona była dywanami. Kiedy kończyliśmy, nad górami przewalały się grube, atramentowe chmury, rozświetlane od wewnątrz błyskawicami. Wypowiedziane kilka godzin wcześniej, przy pięknej pogodzie krótkie stwierdzenie: „Budiet groza” materializowało się pięknym, acz groźnym zjawisku. Ariana, starsza z sióstr, przyszła i powtórzyła to, co nas sprowadziło w to miejsce: „Tetja prigłasiła k`czaju”. Poszliśmy za nią do jednego z baraków. 

   Zdjęliśmy buty i weszliśmy przez wąskie drzwi. Mroczne wnętrze rozświetlała jedna, słaba żarówka, zasilana akumulatorem. Zaraz za drzwiami stała miednica i dzbanek z wodą, po drugiej stronie stara, żeliwna „koza” promieniująca ciepłem. W głębi, wokół niskiego podwyższenia, siedziało dwóch mężczyzn (starszy, około pięćdziesięcioletni i młodszy, trzydziestokilkuletni) oraz dwójka młodszych dzieci. Ariana podawała naczynia i jedzenie. Gospodarz wskazał mi miejsce obok siebie. Przyjaciel usiadł naprzeciw. Siedzenie „w kucki” dla nie przyzwyczajonych nie jest wygodne. W tym przypadku ciasnota pomieszczenia była elementem sprzyjającym, bo można się było oprzeć o ścianę. Gospodarz ręką nałożył na mój talerz naleśnik i zachęcił do jedzenia. Na „stole”stały jeszcze miseczki z ciemną masą, która okazała się dżemem z jagód i sklarowanym masłem. Wokół był porwany na kawałki chleb. Ugryzłem naleśnik. W nadzieniu rozpoznałem smak kapusty i czegoś, co przypominało szczypiorek. Dopiero w Dżalalabadzie dowiedziałem się, że był to zapewne „dżusai” - szczypioroczosnek. Ariana wszystkim nalała do miseczek herbatę. Młodszy mężczyzna jadł w milczeniu, kobieta ani starsza z dziewczynek nawet nie usiadły, dbając jedynie o to, żebyśmy mieli pełne czarki i talerze. Starszy mężczyzna zaspokoił pierwszy głód, a potem, przegryzając chleb maczany w maśle, zaczął rozmowę, pytając skąd pochodzimy, ile mamy lat, gdzie już byliśmy i czy mamy w Polsce rodziny. Młodsze dzieci w tym czasie dokazywały, co chwilę strofowane przez starszych. Chłopak nalał do trzech wysokich kubków z zielonego szkła coś, co w pierwszej chwili wziąłem za kefir. Wszyscy, łącznie z dziećmi, popijali z nich co jakiś czas. Gospodarz, w trakcie dyskusji, zapytał czy nie chcemy kumysu. Odparłem, że jeszcze nie mieliśmy okazji, ale spróbujemy, na co on wskazał zielone kubki. Myślałem, że dostaniemy oddzielne naczynia, ale nic na to nie wskazywało, więc sięgnąłem po najbliższy. Spodziewałem się czegoś ... zaskakującego. Pomijając zasłyszane historie o sposobie przygotowania, nawet sam surowiec trącił oryginalnością, jednak w ustach poczułem smak ...kefiru, który zbyt długo przetrzymywano w lodówce. Przegryzłem go chlebem. Chcąc dowartościować gospodynię, pochwaliłem smak pieczywa, choć jak na pieczone kilka godzin wcześniej wydało mi się trochę przesuszone. Kobieta uśmiechnęła się i podała mi duży kawał placka. Ten był miękki i pachnący drożdżami. Okazało się, że wcześniej dojadaliśmy lepioszkę z poprzedniego wypieku. Ponownie pochwaliłem ją, tym razem zupełnie szczerze. Rozmowa jakoś pokierowana została na sprawy relacji rosyjsko-ukraińskie. Okazało się, że cała ich wiedza na ten temat pochodzi z telewizji i jest bardzo tendencyjnie ukierunkowana przeciwko Ukrainie. Dosyć emocjonalnie usiłowałem przedstawić mój punkt widzenia, ale szybko się zorientowałem, że budzi on raczej niechętne zdziwienie, więc doszedłem do wniosku, że trzeba będzie jakoś zmienić temat. Niespodziewanie z pomocą przyszły mi dzieci. Gospodyni na pytanie męża, gdzie jest Ariana, powiedziała że płacze, bo jej siostra celowo uderzyła ją drzwiami. Po namowach dziewczynka weszła do pomieszczenia i przysiadła się do nas. Całą twarz miała mokrą od łez. Było mi jej ogromnie żal, bo w przeciwieństwie do siostry pracowała na równi z ciotką. Chciałem ją jakoś pocieszyć, ale nie wiedziałem jak, ani też czy powinienem wtrącać się do spraw rodzinnych. Czas płynął. Gospodarze jakby czekali, aż damy sygnał do zakończenia kolacji. Bez zbędnych słów porozumiałem się z przyjacielem i oświadczyłem, że jesteśmy wdzięczni za przyjęcie nas pod dach, doskonałe jedzenie, ale jesteśmy bardzo zmęczeni i chcemy się położyć spać. Pożegnaliśmy wszystkich obecnych i po omacku dotarliśmy do namiotu. Wiatr targał wszystko wokół, lecz wewnątrz namiotu było ciepło i przytulnie. Zasnęliśmy błyskawicznie.
16 CZERWCA (PIĄTEK) PRZEWALSK CZYLI KARAKOŁ CZYLI PRZEWALSK......

Cytując Wikipedię: „Karakoł (kirg. Каракол, ["Czarne Ramię"], ros. Карако́л; od 1889 do 1921 i od 1939 do 1991 Przewalsk, Пржева́льск) – miasto w Kirgistanie na wschodnim brzegu jeziora Issyk-kul, ok. 150 km od granicy chińsko-kirgiskiej. Ośrodek administracyjny obwodu issykkulskiego. Zajmuje powierzchnię 48 km², a zamieszkuje je 65 443 mieszkańców (według spisu z 1999). Jest to czwarte pod względem wielkości miasto kraju.
Od 1860 Karakoł stanowiło ważny rosyjski posterunek wojskowy w Azji Środkowej. Podczas ostatniej swojej podróży w 1888 zatrzymał się tu, zachorował i zmarł na dur brzuszny rosyjski badacz Nikołaj Przewalski. Na jego cześć rok później miasto przemianowano na Przewalsk. Jednak pod wpływem protestów mieszkańców w 1921 przywrócono pierwotną nazwę. W 1939 jednak ponownie przemianowano miasto na Przewalsk, ale po upadku ZSRR jeszcze raz powrócono do nazwy kirgiskiej.
Pobliskie jezioro Issyk-kul wykorzystywane było przez Marynarkę Wojenną ZSRR do badań radzieckich rozwiązań napędu torpedowego. Miasto zamieszkane było w dużej części przez wojskowych i pracowników naukowych i ich rodziny.” 
 
   Ta sama Wikipedia podaje, że „Karakol” w językach tureckich, a przecież z tej właśnie rodziny wywodzi się język kirgiski, oznacza to „czarne jezioro”. Nie mnie rozstrzygać, który z autorów obu tłumaczeń jest bliższy prawdy. Wiem z autopsji jednak, że Issyk-Kul, leżące tuż obok miasta ma ciemną, mętną od glinki, wodę. Łatwiej mi zatem uwierzyć, że tym, którzy nadali taką nazwę osadzie nad brzegiem olbrzymiego jeziora chodziło o nie właśnie, a nie o ramię. 
 
   Być może jest to trzecie co do wielkości miasto w Kirgizji. Zapewne dzisiaj mieszka tam więcej, aniżeli podane w powyższej notatce, sześćdziesiąt pięć i pół tysiąca mieszkańców, lecz trudno oprzeć się wrażeniu, iż ma ono bardzo prowincjonalny klimat. To, co w Europie, w szczątkowej formie, pozostało już chyba tylko na Bałkanach – tętniący życiem bazar, jest sercem miasta. Tam zbiega się i krzyżuje wszystko to, co napędza „lokalną maszynerię” w ruch. Im dalej od bazaru, tym temperatura życia spada, ruchy powolnieją.
    Zanim jednak tam dotarliśmy, zebraliśmy swój „majdan” i poszliśmy na przystanek. Stało już tam kilka osób. Czekając na autobus, wypytywaliśmy o szczegóły dojazdu do muzeum Przewalskiego. Od dawna mam jakąś awersję do tego typu instytucji a „przez skórę” czułem, że tutejsze muzeum tego nastawienia nie zmieni. Chętnie zrezygnowałbym z tej „atrakcji”, lecz przyjaciel koniecznie chciał je zobaczyć. Zamiast autobusu zatrzymał się przy nas spory van. Kierowca w roboczym ubraniu zapytał czy jedziemy do Karakol. Odparłem, że do muzeum, na co on: „Sadis!” i poszedł do sklepu. W samochodzie siedział jeszcze ktoś, a my nie do końca byliśmy pewni, co tak naprawdę powinniśmy zrobić. Mężczyzna wrócił z zakupami i powtórzył: „Sadis! Ja odwiezu was w muziej”. Van, choć całkiem luksusowy i zdecydowanie osobowy, wypełniony był sprzętem i narzędziami budowlanymi. Jazda trwała zaledwie kilka minut, lecz w tym czasie zdążyliśmy w skrócie opowiedzieć skąd, dokąd i dlaczego oraz dowiedzieć się, że kierowca jest także „przedsiębiorcą turystycznym” i chętnie nas obwiezie po okolicy i pokaże wszystko, co jest godne zobaczenia. Wiedzieliśmy, że raczej nie skorzystamy z tej propozycji, ale zanotowaliśmy namiary, podziękowaliśmy i wysiedliśmy tuż przed pokaźną bramą parku. Wokół było tłoczno, zorganizowane grupy, głównie młodzieży, w zwartych szykach wchodziły i wychodziły. Zanim zdecydowaliśmy, co robimy, podeszła do nas młoda dziewczyna i dobrym angielskim zapytała, czy życzymy sobie bilety. Życzyliśmy sobie. Mimo, że za bramą jest budynek kasy, podprowadziła nas do stojącego naprzeciw stolika, przy którym siedziała jej starsza koleżanka, sprzedająca bilety. Panienka zgodziła się zaopiekować naszymi plecakami, dzięki czemu weszliśmy obciążeni jedynie aparatami fotograficznymi i mglistym pojęciem o Przewalskim. Jak bardzo było ono zamglone, najlepiej zaświadczy przekonanie, iż był on zesłańcem polskiego pochodzenia. Ziarno wątpliwości zasiała fotografia z podpisem „Nikołaj Michajłowicz Przewalski – rosyjski geograf, generał, badacz środkowej i wschodniej Azji. Członek Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego od 1864, od 1878 członek honorowy Petersburskiej Akademii Nauk.” Nie, nie określenie „rosyjski”. Skoro Niemcy uważają Kopernika za swojego rodaka, podobnie jak Litwini Mickiewicza, to pod koniec dziewiętnastego wieku każdy Polak mieszkający na terytorium Imperium Rosyjskiego był uważany za Rosjanina. Zastanowił mnie stopień generalski. Były powstaniec, zesłaniec w randze generała? Park jest spory, muzeum wręcz przeciwnie. Ekspozycja zaś zupełnie mizerna. Sądząc po zdjęciach z lat trzydziestych dwudziestego wieku, poza uszczupleniem jej o część eksponatów, niewiele się zmieniła. Trochę fotokopii dokumentów, trochę fotogramów. Jakieś dziewiętnastowieczne sprzęty obozowe, podróżnicze. Dioramy składające się z wyblakłych malowideł w stylu art deco i żałosnych trucheł zwierząt, z których przez dziury wyłażą trociny. Z ulgą opuściłem ten muzealny „grobowiec”. Kawałek dalej, przy płocie, stoi monument zwieńczony orłem. Po jego prawej stronie mały, skromny (jak na generała) grób Przewalskiego. Park podzielony jest na dwie części. Wracając drugą aleją, natknęliśmy się na inny pomnik, zdecydowanie nowszy i brzydszy, a kawałek dalej podobne muzeum poświęcone jakiemuś lokalnemu działaczowi partyjnemu. Weszliśmy tam, ale „zwiedzanie” zajęło nam zaledwie chwilę, ponieważ ekspozycja sprowadzała się do aranżacji kilku gabinetów i mieszkania. Wszystko z mocnym piętnem socrealizmu z połowy dwudziestego wieku. Trudno powiedzieć, czy był to jakiś szczególny dzień, czy codziennie panuje tam taki ruch. Opuszczaliśmy teren, ustępując drogi kolumnie kilku mikrobusów, jadących w asyście policji. Na parkingu stało kilkanaście samochodów, wokół których kręcili się ludzie świątecznie ubrani, podekscytowani. Poszliśmy w kierunku szosy, zostawiając za sobą zgiełk tłumu. Zamulając się „Irysami” wyczekiwaliśmy „marszrutki” do Karakoł. 
 
   Poprzedniego dnia, zza okien samochodu przyjaciel wypatrzył napis „Turisticzieskaja Informacja”. Licząc na darmowy plan miasta, usiłowaliśmy rozpoznać to miejsce z okien busa, którym wjechaliśmy do miasta. Dla zwiększenia szans, zapytałem o nią współpasażerów. Posypały się rady i wskazówki, niestety sprzeczne ze sobą. Żeby uniknąć awantury, którą mimowolnie sprowokowaliśmy, wysiedliśmy na najbliższym przystanku. Zapytany młodzian wskazał kierunek z którego właśnie przyjechaliśmy i powiedział, że za światłami w prawo. W istocie, na parterowym ciągu sklepików i kawiarni zobaczyliśmy taki napis. Zdecydowanie nie było to miejsce, które zapamiętał Witek, no ale nie było to takie ważne. Wewnątrz małego biura turystycznego było kilka młodych osób. Pytanie o darmowy plan miasta wywołało konsternację. Gwałtowne i chaotyczne grzebanie po szufladach przyniosło efekt i na biurku rozpostarto przed nami sfatygowaną płachtę papieru. Na moją prośbę pokazano mi na niej położenie Meczetu Dugańskiego i Cerkwi Swiatotroickiej – dwóch miejsc wymienianych przez przewodnik. Pytanie czy możemy zabrać plan wprawiło wszystkich obecnych w zakłopotanie, ponieważ był to jedyny egzemplarz. Może gdybym nalegał, to dostałbym go, ale w porę zrezygnowałem, twierdząc że już wszystko zapamiętałem. Tak naprawdę zapamiętałem tylko, iż do meczetu musimy skręcić na najbliższym skrzyżowaniu w lewo. Kiedy to zrobiliśmy, na widocznym na wprost budynku zobaczyliśmy kolejny punkt informacyjny. Tym razem dostaliśmy identyczny, lecz nowy plan i zgodnie z nim pomaszerowaliśmy w kierunku meczetu. Przy płocie, nie bez trudu, wygrzebałem z plecaka nogawki spodni i dopiąłem je, żeby nie uchybić obyczajowi. Być może spodnie, od biedy spełniały wymogi Koranu, lecz my nie odpowiadaliśmy jego wyznawcom. Przy furtce dosyć stanowczo „poproszono” nas żebyśmy przyszli później, bo trwa nabożeństwo. Zdarzyło się już nam w Iranie, że nie wpuszczono nas na teren meczetu, lecz trwał tam polityczno-religijny miting z udziałem dostojników w zawojach na głowach no i panów o posturze trzydrzwiowej szafy, w ciemnych okularach i wypchanych żelastwem marynarkach. Wszędzie indziej, nie wyłączając tegoż Yazdu, nie tylko nie byliśmy wypraszani, a wręcz przeciwnie. Tu, w prowincjonalnym miasteczku Centralnej Azji to obcesowe traktowanie było dziwaczne, lecz cóż było robić. Zapytaliśmy o której nie będziemy razić swoim wyglądem pobożnych muzułmanów i poszliśmy w kierunku innego miejsca kultu – centralnej cerkwi swiatotroickiej. Skracając sobie drogę, mimowolnie trafiliśmy na obrzeża bazaru, który także mieliśmy w planach. Uznaliśmy to za „palec boży” i daliśmy się wchłonąć, nie bez przyjemności. 
 
   Uwielbiam - tak to właściwe określenie – UWIELBIAM wschodnie bazary! Jest to o tyle dziwne, że nie znoszę ich krajowych odpowiedników – targowisk. Nie ważne czy jest to bazar w Stambule, Isfahanie, Kairze czy Kolombo. Wszędzie panuje ten sam niezwykły, trudny do zdefiniowania klimat. Składa się na niego tak wiele czynników, że trudno by je wymieniać, choć ilekroć wracam myślami do odwiedzonych miejsc niemal czuję mieszaninę zapachów przypraw, owoców, tkanin, perfum, pieczywa i przygotowywanych na miejscu potraw. Słyszę gwar rozmów, nawoływań, kłótni, targowania się, stukotów manufaktur. Napieranie, przepychanie, ocieranie się rozgorączkowanego tłumu. Przed oczami wirują mi setki twarzy o orientalnych rysach, stare, młode, piękne i zdeformowane chorobami, traumą, zmęczeniem. Tak też jest w Karakol. Przewodniki namawiają na odwiedzenie bazaru „końskiego”, odbywającego się w niedzielę. Pewnie jest to jeszcze ciekawsze doświadczenie. Niestety, nasz pobyt w tym mieście wypadł w tygodniu, więc nie mogliśmy go zobaczyć, ale i ten, tradycyjny, powszechny, codzienny jest wart poświęcenia mu godziny czy dwóch. 
 
   Kirgizja, podobnie jak sąsiedni Kazachstan, nie jest zbyt zasobna w zabytki architektury. Sąsiedzi z północy nadrabiają to budując z rozmachem obiekty, które nie tyle historią co rozmachem i bogactwem przyciągają turystów. Mniej zasobna Kirgizja nie ma takich możliwości i trzeba tam poprzestać na tym, co pozostało. Niemal całą Azję Centralną zamieszkiwali koczownicy. Ich dobytek, bogactwo musiało dać się załadować na juczne zwierzęta i przetransportować na odległe pastwiska, zatem trudno tam wypatrywać pałaców, zdobnych meczetów czy warowni.
 
   To dotyczy także targowisk. W Turcji, Iranie bazary to nie tylko zjawisko kulturowo-socjologiczne, ale także architektoniczne. Są to nierzadko wielokilometrowe tunele o półkolistym sklepieniu, o niezliczonych zakamarkach, wnękach, przejściach, schodkach i Allach raczy wiedzieć czego jeszcze. W Kazachstanie i Kirgistanie bazar to także przejścia, zaułki, lecz eteryczne, niestałe. Tworzone naprędce, na chwilę, na czas handlu. Owszem, wśród bud, budek, straganów natrafia się także na budowle z cegły. Półotwarte wiaty, hale, lecz nie ma w nich uroku, finezji, tchnienia tradycji. Tradycją bowiem jest ich brak. To trochę jak krawat ubrany do dhoti. Jestem przekonany, że miejscowi mają jakiś schemat, według którego umieszcza się stragany, grupuje je tak, ażeby zainteresowani konkretnym towarem nie musieli przemierzać zbędnych kilometrów. Dla nas jednak ów schemat jest równie niezrozumiały jak język. Nie ma to oczywiście żadnego znaczenia. Na bazar wchodzimy, żeby chłonąć klimat a nie nabywać. Owszem, zazwyczaj coś także kupujemy, lecz jest to raczej forma dopełnienia ceremonii, pokłon oddany genius loci, a nie trywialne zaspokojenie chęci posiadania. Łaziliśmy, snuliśmy się, dreptaliśmy w narzuconym tempie i rytmie, czasami myląc krok, uderzając fałszywą strunę, kiedy przystawaliśmy, robiąc zdjęcia lub trącając innych plecakami. Wówczas najbliższe nam otoczenie zatrzymywało się także, czasami opierając się o konstrukcję straganu lub nawet cofając tyle, na ile powala napierający, nieświadomy zatoru tłum. Nikt jednak nie protestował, nie wyrażał niezadowolenia. WIELKI ORGANIZM BAZARU, którego, na tę chwilę, stawaliśmy się drobnym elementem, czkał, bekał i wracał do funkcjonowania, bez zbędnych emocji. Kiedy tak krążyliśmy po zaimprowizowanych arteriach, jak dwa drobnoustroje: obce organizmowi lecz zbyt nieznaczące, ażeby mu zaszkodzić natknęliśmy się na jedną z owych nisz.

   Budyneczek a właściwie jego drobny fragment z napisem: „Domaszna Kuchnia”. Nie wiem czy to ten napis, czy może płynący zza drzwi zapach czy może jeszcze coś innego, w każdym bądź razie u przyjaciela obudził się GŁÓD. Znam ich obu. Wiem, że tak jak z Witkiem można dyskutować na każdy, nawet najtrudniejszy temat, tak z jego głodem dyskusja jest tylko stratą czasu i energii. Koniec, kropka. Przodem dziarsko szedł Głód, dalej przyjaciel posłuszny jego woli, a na końcu ja. Z trudem przecisnęliśmy się z naszymi plecakami przez wąskie drzwi. Pomieszczenie było maleńkie, co zobaczyłem dopiero, kiedy Witek zdjął swoje brzemię opakowane w sraczkowato-zielony brezent. Spojrzałem i natychmiast wybaczyłem Głodowi, przyznając w duchu, że czasami „ma nosa”. Jadłodajnia była jak deja vu z Tibilisi. Wprawdzie tam schodziliśmy do suteryny, lecz reszta wypisz-wymaluj, toczka w toczkę, taka sama: ściany wymalowane błękitną farbą olejną „na wysoki połysk”, ceraty na koślawych stoliczkach, archaiczna umywaleczka i okienko podawcze z finezyjnie wyciętym obramowaniem. Nawet okno, źródło światła słonecznego umieszczone wysoko, pod sufitem choć w tym przypadku nie było uwarunkowane suteryną. Byliśmy sami, ale rumor jaki zrobiliśmy wchodząc, sprowadził właścicielkę, kucharkę, kelnerkę, menedżerkę i całą resztę obsługi. Na całe szczęście wszystkie te funkcje pełniła jedna, bardzo drobna kobieta, bo inaczej zapewne nie pomieścilibyśmy się w małej przestrzeni lokalu. „Zdrastwjtie, szto wy chotjetie pojest?” - zapytała rzeczowo. „Szto-to dieszewoje i choroszje” - odparłem równie rzeczowo. „U nas jest pielmieni, oczień wkusno. Ja sama zdiełała”. Powiedziała „szefowa kuchni” i okrasiła ofertę ładnym uśmiechem. „Skolko eto stoit” zapytałem nie dając się zwieść kobiecemu urokowi kelnerki. „Tolka sto somow” - uzupełniła menedżerka. „K sożieljeniu, dla nas dorogowato” - powiedziałem robiąc smutną minę. „Wosiemdziesiat” - natychmiast rzuciła właścicielka. „Choroszo! Nu, ja sproszu dwie porcji” zamknąłem negocjacje zadowolony z upustu. Właściwie, skoro już jemy „na mieście”, to należałoby wybrać coś kirgiskiego. Z drugiej strony, w tym tyglu tyleż rosyjskiego co kirgiskiego a pielmieni pięknie wpasowywały się we wspomnienia gruzińskich chinkali, które jedliśmy w Tibilisi. Jednoosobowa obsługa zniknęła za przepierzeniem a przyjaciel poszedł umyć ręce do umywaleczki stojącej przy wejściu. Zwykle używamy żelu odkażającego, bo nie wymaga wody lub ignorujemy zalecenia higieniczne ale tu, w lokalu? Trzeba umieć się zachować! Niestety, majstrowanie przy kraniku wystającym z małego zbiorniczka, poskutkowało odczepieniem całego „ustrojstwa” od ściany. Z lekka zmieszany Witek trzymał to w rękach, nie wiedząc co począć, ale z pomocą pośpieszyła mu czujna intendentka. Zgrabnie zawiesiła pojemnik na ścianie, po czym wlała do niego dzbanek wody i z rozbrajającym uśmiechem ustąpiła miejsca przy umywalce. Przyjaciel zmoczył dłonie, elegancko wytarł je o koszulkę i usiadł naprzeciwko mnie. Nie chcąc być gorszym, podszedłem do „łazienki”, odkręciłem kranik i natychmiast poczułem, jak przelatująca przez umywalkę woda obryzguje mi stopy. Odruchowo cofnąłem się o krok i spojrzałem w dół spodziewając się strugi wody wypływającej z szafki. Nic takiego jednak nie dostrzegłem, więc przezornie zrezygnowałem z dokładniejszego mycia, wytarłem się dyskretnie w spodnie i wróciłem na miejsce, nie komentując incydentu. Słusznie z resztą, ponieważ siedzący z nami Głód nie chciał dłużej czekać i wymusił na koledze zamówienie przekąski. W okienku, na małym talerzu przykrytym streczem, leżały placki. Coś na kształt i podobieństwo racuchów. Witek zapytał bufetową, co to takiego, otrzymał odpowiedź, którą chyba tylko Głód zrozumiał i spełniając jego wolę zamówił jeden. Kelnerka szybko przyniosła placek na talerzu, a przyjaciel, robiąc na złość Głodowi przekroił go na pół i podsunął w moją stronę, mówiąc: „Kuszaj”. Sam „kuszaj” odburknąłem, ale wziąłem swoją część w palce. Była tłustawa, z lekka jeszcze ciepła. W przekroju także przypominał racucha, choć zdecydowanie nie było tam jabłek. Spróbowaliśmy. Jadalne, może nawet smaaaaczne. Zdecydowanie nie „na słodko”, choć i słodycz dawało się wyczuć. Kiedy kelnerka wróciła z dwoma głębokimi talerzami, zapytałem szefową kuchni: „Szto w nutri?” „Kartoszka” padła lakoniczna odpowiedź. „Da, ja znaju, no szto jeszcze? - drążyłem. „Żarieny łuk i dżusai” - uzupełniła kucharka. Fantastycznie, szkoda tylko, że nie mam pojęcia co to znaczy. Menedżerka po minie zorientowała się że: „ ...durak nie znajet szto eto znaczit`” i bez słowa poleciła kucharce przynieść pomoc naukową. Ta wróciła do kuchni i przyniosła ...cebulę. Przynajmniej połowa zagadki została wyjaśniona. Miałem ochotę zgłębić problem aż do dna, to znaczy do „dżusaj`u”, lecz na to musiałem poczekać aż do Dżalalabadu, ponieważ Głód miał serdecznie dosyć tego gadania, kiedy pielmieni stygły przed nami w talerzach. Wiedziałem, że pielmieni to pierogi, a nawet i to, że pieróg, to spory drożdżowy jabłecznik w kształcie ...pierogo-rogala. Zatem widok pierogów w talerzu nie był dla mnie niespodzianką. Zaskoczeniem jednak była koperkowa, cienka zupka, w której owe pierogi się pławiły. Skosztowałem. Zupka zaiste była cienka i koperkowa. Pierogi... smaczne. Tak, zdecydowanie smaczne, choć z mięsem a ja mięsnych pierogów właściwie nie jadam. Te jadłem i nie bez przyjemności. Ciasto cienkie, lecz silne, sprężyste, dobrze trzymające farsz. Nie za bardzo umiem rozpoznawać rodzaje mięsa, szczególnie w potrawie, zatem pewnie bardziej się domyśliłem aniżeli dosmakowałem baraniny w nadzieniu. Zjedliśmy swoje porcje, popijają pierogi zupką i ja z przyjacielem byliśmy usatysfakcjonowani, ale nie Głód. Niby nic nie mówił, lecz łypał ślepkami po blacie. W końcu szepnął coś do Witka a ten wstał, podszedł do okienka i wrócił z trzema plackami, od których zaczęliśmy ucztę. Najwyraźniej Głód, żeby zachować pozory kazał mu kupić po jednym dla nas wszystkich. Czułem się najedzony, no ale skoro jeździmy razem to i jemy razem. Zjedliśmy zatem po placku. Mnie on dopełnił, przyjaciela zadowolił, a Głód ...uśpił. Zapłaciwszy dwieście sześćdziesiąt tenge przeciskaliśmy się przez wąskie światło drzwi syci, usatysfakcjonowani i z poczuciem nawiązania więzi międzyludzkich na płaszczyźnie kulinarnej, dzięki internacjonalizmowi słusznie minionego ustroju.
   Wykwintny, jak na nasze standardy, obiad zgodnie uznaliśmy za kulminację zwiedzania bazaru, opuściliśmy gwarne alejki i pomaszerowaliśmy w kierunku cerkwi. Mijając małe, często rozpadające się domki, jakby żywcem wyjęte z planu filmowego „Świat się śmieje”, zauważyliśmy na końcu ulicy niebieską kopułę zakończoną czymś błyszczącym. Przyspieszyliśmy kroku sądząc, iż to cel naszych poszukiwań i chwilę później stanęliśmy przed ...meczetem. Nigdzie nie doczytaliśmy się niczego o innym, poza tym do którego nas nie wpuszczono a jego zewnętrzna forma nie zachęcała do zatrzymywania się. Nie wiem dlaczego zatem postanowiliśmy tam wejść. Zdarzało się nam, po dłuższym marszu, wypoczywać w zazwyczaj chłodnych, zacienionych i cichych wnętrzach meczetów, lecz ledwo co wyszliśmy z jadłodajni. Nie byliśmy zmęczeni ani nie szukaliśmy ochłody czy cienia. Coś jednak kazało nam tam pójść. Przy furtce stała grupka mężczyzn, dyskutujących z ożywieniem. Na nasze „Zdrastwujtie” odpowiedzieli tym samym, nie przestając rozmawiać. 
   Z bliska budynek niczego nie zyskiwał. Biały prostopadłościan z czterospadowym blaszanym dachem, pomalowanym na zielono. Od ulicy, nad węższą elewacją niska „narośl” z niebieską kopułą i pozłacanym półksiężycem. Mężczyzna wnoszący do wnętrza mocno zużyte dywany spojrzał na nas ze zdziwieniem i zapytał czego chcemy. Pytanie było dość obcesowe, choć raczej wynikało to ze zdziwienia, a nie niechęci. Powiedziałem: „My prosto chotim pogladajet. Można?”. „Można” - zgodził się i poniósł dywany w cień wypełniający przedsionek. Podążyliśmy za nim. Zrzuciliśmy plecaki, potem obuwie i weszliśmy do sali modlitw. Wnętrze było równie nieciekawe, jak sama bryła. Mihrab, kazalnica. Białe, brudnawe ściany z tandetną, ręcznie malowaną pędzlem na pilśni, imitacją marmuru. Sufit pokryty zapewne styropianowymi kasetonami, na podłodze podarte, wypłowiałe dywany. Mimo to usiedliśmy pod ścianą. Do dzisiaj nie wiem, co nas zatrzymało na miejscu. Po dłuższej chwili, wstaliśmy i bez słowa przeszliśmy do przedsionka. Witek zatrzymał się przy wiszącej tam grafice. Podkolorowany rysunek piórkiem przedstawiał budynek meczetu. Tego, choć nie do końca. Oprócz innej kolorystyki, miał jeszcze minaret, którego obecności nie zauważyliśmy wchodząc. Zaczęliśmy mozolnie rozczytywać podpis: „Istorija meczeti Nr 2 g. imieni Muhtaryłły Baszirowa...” Im bardziej zagłębialiśmy się w tekst, tym większe ogarniało nas zdziwienie. Budynek, który uznaliśmy pochopnie za współczesny, kompletnie nieciekawy obiekt, ma dłuższą historię, aniżeli wymieniany przez wszystkie przewodniki Meczet Dungański. Nazywany obecnie Meczetem Drugim, powstał w 1883 roku. Po jego świetności i minarecie nie pozostało praktycznie nic. Gdyby nie napis i stara rycina, trudno by się było domyślić, że budowla kiedyś była tak ciekawa (jak na lokalne warunki oczywiście). Szkoda, tym bardziej, że jej opiekunowie nie sprzeciwiają się obecności „niewiernych”. Wychodząc na ulicę poczęstowaliśmy dwójkę zasmarkanych maluchów cukierkami. 
 
   Bazując na przewodniku, w Karakol są właściwie tylko dwa obiekty godne uwagi: drewniana cerkiew (nazywana też katedrą) „Świętej Trójcy” oraz wspomniany wyżej, zaskakujący formą Meczet Dungański. Kilkaset metrów od meczetu „Drugiego” zauważyliśmy drewnianą dzwonnicę i towarzyszące jej cebulaste kopułki. Patrząc z ulicy, wystają one ponad otaczający ją teren betonowy płot, ale są tak urokliwe, że nie sposób minąć je obojętnie. Odnaleźliśmy bramę i idąc ocienioną alejką dotarliśmy pod cerkiew. Wokół roznosiła się intensywna woń jaśminu. Słońce szczodrze wyłuskiwało każdy detal koronkowej ornamentyki rustykalnej budowli. Jego promienie zaczepiając się o trójramienne krzyże, ześlizgiwały się na pozłacane kopułki i bezwładnie opadały na zielone od patyny daszki. Wszystko to na tle chabrowego nieba i w otoczeniu zieleni drzew. Sobór Swiato-Troicki został wybudowany w XIX wieku przez rosyjskich przesiedleńców. Budowla o pięciu kopułach ma w sobie jakiś magnetyzm. Przyciąga uwagę i nie pozwala oderwać od siebie wzroku. Obchodziliśmy ją dookoła, szukając najlepszych ujęć, niezadowoleni z tych już zrobionych. Aparat rejestrował formy, kolory, ale był bezradny wobec tego, co tworzyło klimat miejsca. Wchodząc do przedsionka, dominujący na zewnątrz zapach kwitnącego jaśminu niechętnie ustępował miejsca woni drewna i kadzidła płynącego wprost z chłodnego wnętrza. Jestem pewien, że każdy odwiedzający da się uwieść klimatowi soboru, nawet wówczas, kiedy zostanie zlustrowany krytycznym spojrzeniem mającej nad nim pieczę starszej pani.
   Wychodząc, przyjaciel znalazł na ławce smarfon. Chwilę wcześniej dwóch mężczyzn wyszło przez bramę na ulicę. Pobiegłem za nimi, zawróciłem i okazało się, że niepotrzebnie. Obaj klepiąc się po kieszeniach wyciągnęli swoje telefony. Wróciłem i zgodnie z życzeniem znalazcy oddałem go „cerkiewnemu Cerberowi”.
 
   Minęła piętnasta, więc zgodnie z ustaleniami poczynionymi przy pierwszym, niepomyślnym dla nas podejściu, do Meczetu Dungańskiego, mogliśmy go zobaczyć. Idąc już niemal „na pamięć” wróciliśmy tam.
Meczet Dungański został wybudowany w latach 1907-1910 dla niewielkiej grupy chińskich muzułmanów – Dungan. Jak podają angielskojęzyczne źródła został zaprojektowany przez pekińskiego architekta i ozdobiony przez dwudziestu chińskich artystów. Podobnie, jak opisany wyżej, prawosławny sobór, został zbudowany z drewna, jednak całkowicie, bez użycia jakichkolwiek elementów metalowych. Dla nas, przyzwyczajonych do typowej formy świąt muzułmańskich, budowla bardziej przypominająca pagodę wydaje się być zupełnie „nie na miejscu”. Oczywiście, działa tu stereotyp myślenia. Właśnie taka forma jest jak najbardziej „na miejscu”, ponieważ została zbudowana przez chińczyka dla społeczności chińskiego pochodzenia.
   Poprzednio wypełnione gwarnym tłumem otoczenie meczetu, teraz było puste. Przeszliśmy przez wąską drewnianą furtę i skierowaliśmy się w stronę minaretu. Dziwnego, jak cała budowla, bo bliższego w formie wieży oblężniczej czy niskiej dzwonnicy wiejskiego kościółka, aniżeli wysmukłym, wyszukanie ozdobionym odpowiednikom w Iranie, Maroko czy Turcji. Nie uszliśmy nawet dwudziestu kroków, gdy „dopadł” nas starszy mężczyzna. „Kuda?” - wydusił z siebie. „K mjeczieti, posjeszczat`” - odpowiedziałem zaskoczony tak formą jak i sensem pytania. „Nielzja....” zaczął rozmówca. „Kak eto tak, nelzja?” - nie dałem mu skończyć. „Kak eto tak?!” - powtórzyłem rozzłoszczony. Drugi raz przemaszerowaliśmy prawie całe miasto żeby zobaczyć meczet, a teraz jakiś „cieć” mówi mi, że nie wolno? „...nielzja prjewyszat krasnoje lientoczki” - dokończył zaczęte wcześniej zdanie. „Szto wy skazali?” zapytałem, bo rozdrażniony nie zrozumiałem. „Nie prewyszajtie krasnoje lientoczki”. „Kakaoj lientoczki? Szto eto takoje? - dopytywałem, nie mogąc się dogrzebać w głowie znaczenia wyrazu. „Krasnoje”- usłyszałem wyjaśnienie. To akurat zrozumiałem. Z czasów ZSRR, co drugi przymiotnik był „czerwony”, począwszy od placu, a na armii skończywszy. „Co to jest „leńtoczka” do cholery i co z tym czymś mam nie robić?” Mężczyzna najwyraźniej zrozumiał, że bez pokazu się nie obejdzie, więc wyprzedził nas, dając znak żeby iść za nim. Podeszliśmy do kolumnady podpierającej zadaszenie wejścia. Od jednej do drugiej kolumny rozciągnięta była czerwona tasiemka. „Nie prewyszajtie krasnoje lientoczki!”- powtórzył zdecydowanym głosem. „Poczemu? My chotim uwidjet iznutri.” - spierałem się jak pięciolatek, któremu odmówiono lizaka. „Eto dom boga. Nielzja!” - usłyszałem. Chciałem mu wygarnąć, że byłem w dziesiątkach meczetów. Ogromnych, bogatych. W krajach, gdzie Islam traktowany jest z dużo większą surowością, aniżeli tutaj i nikt nie zabraniał mi wejść, no ale przy mojej kiepskiej znajomości języka wcale nie byłem pewien czy zabrzmi to wystarczająco dobrze, a po za tym wiedziałem, że nawet gdybym znał osobiście głównego mułłę Mekki, to i tak nic bym nie wskórał. Machnąłem ręką „na odczepne”.
   Wystrój wnętrza odpowiada jego bryle. Wypełniają je jaskrawe barwy - czerwony, zielony, żółty i opatrzony reliefami przedstawiającymi różnego rodzaju roślin i mityczne zwierzęta, takie jak smoki i feniks, nadając mu oryginalny charakter także i dlatego, że Koran zakazuje przecież przedstawiania ludzi i zwierząt. Nie było jednak kogo zapytać o tą jawną sprzeczność. Na szczęście meczet jest mały, więc nawet zza tasiemki mogliśmy zobaczyć wnętrze i zrobić zdjęcia. Pokręciłem się wokół budowli. Przyjaciel zrezygnowany siedział w cieniu szerokiego zadaszenia. Przysiadłem się, kiedy wyczerpałem pomysły na obfotografowanie meczetu. W międzyczasie nadeszło trzech mężczyzn. Najwyraźniej dwóch zagranicznych turystów w asyście przewodnika. Chwilę słuchali co ma do powiedzenia a potem ...przeszli pod tasiemką i zniknęli wewnątrz. „O` rzesz ty, stróżu boży. To oni mogą? Dla nich to nie jest tabu, dom boży? Żaden nie wyglądał na muzułmana” - pomyślałem nie ruszając się z miejsca. Przewodnik tej dwójki przysiadł obok nas i zapalił papierosa. Witek wskazał go głową i zapytał cicho: „Może go zapytać?”. „Zapytać? O co? O meczet?” - dociekałem. „No nie o meczet. O góry, jurty. Mamy jechać w Tienszan, ale nie wiemy gdzie konkretnie. Może nam coś doradzi?” - uściślił. „Co prawda, to prawda. Chcemy z Karakoł wybrać się w góry, lecz góry tu są wszędzie. Trzeba wsiąść do jakiegoś konkretnego busa i wysiąść w jakimś konkretnym miejscu. Można zapytać, może faktycznie coś nam doradzi” - pomyślałem i podszedłem do mężczyzny dopalającego papierosa. Przywitałem się, w wielkim skrócie powiedziałem kim jesteśmy i o co nam chodzi. Przewodnik (jeśli nim był) powiedział, że takich prawdziwych, niekomercyjnych jurt, to w okolicy chyba nie ma. Może gdzieś głęboko w górach, lecz wątpi. Zastanowił się chwilę i powiedział: „Jest taki kurort...” - zaczął. „Nie, nie chcemy oglądać kurortów. Wręcz przeciwnie, szukamy miejsc bez turystów.” - przerwaliśmy mu równocześnie. „ ...kurort, to teraz właściwie już tylko nazwa. Określenie przyjęło się i funkcjonuje samodzielnie. Powyżej jest piękna Dolina Kwiatów, wodospad i wiele miejsc z jurtami. Te pierwsze, w łatwo dostępnej części, są nastawione na turystów. Być może jednak tam, gdzie nie ma już dojazdu, znajdziecie pasterzy.” - nie dał sobie przerwać wywodu. Na podsuniętej mu mapie wskazał nam miejsce, do którego dojeżdża bus z Karakoł i uzupełnił ją odręcznym szkicem na okładce mojego zeszytu z notatkami. Podbudowani tak szczegółowymi wskazówkami ruszyliśmy szukać transportu do Dżety-Ozyg. Nasz rozmówca nie był pewien skąd odjeżdża mikrobus w tamtą stronę. Zasugerował popytać kierowców. 

   Wychodząc z meczetu zauważyliśmy taki pojazd po przeciwnej stronie ulicy. Śpiesząc się, żeby nam „nie zwiał”, potruchtaliśmy w jego stronę. Rzeczy pozornie najprostsze, często okazują się być problematycznymi. Tak właśnie było tym razem. Kierowca powiedział, że nie jeździ na tej trasie, lecz z tego co pamięta, busy zatrzymują się na ulicy dochodzącej do cerkwi i zapytał czy wiemy, gdzie to jest. „Czy my wiemy? Cały dzień łazimy tam i z powrotem na tej trasie” - pomyślałem sobie dziękując za informacje. Pot lał nam się po plecach strugami, kiedy dotarliśmy do wskazanego skrzyżowania. Kierowcy stojących tam pojazdów kiwali przecząco głową jak pytaliśmy o „kurort” i Dżety-Ozyg. „Gdzie zatem stają busy do Doliny Kwiatów?” - pytałem. „No, tam, gdzie zawsze” - padła odpowiedź. „Czyli gdzie?” - dociekałem. „Do głównej ulicy, w lewo, potem prosto. Na trzecich światłach w lewo i już” - przetłumaczyliśmy sobie instrukcję. Poszliśmy. Busy znaleźliśmy bez problemu. Ich kierowcy zgodnie oświadczyli, że stąd nigdy, nikt nie jeździł do Dżety-Ozyg. Tam jeżdżą „ci spod bazaru.” Wspaniale, ale bazar jest wielki. Zatem z której części? - usiłowałem uniknąć pomyłki i nadkładania drogi. „ Do głównej drogi i w prawo. Na pierwszych światłach w lewo i po kilkuset metrach będzie widać busy. Proste?” - brzmiała instrukcja. „Pewnie, że tak”- odparłem i poszliśmy. Żeby nie przynudzać, taka zabawa miała jeszcze dwie podobne odsłony. Obeszliśmy bazar dookoła. Po raz trzeci tego dnia, choć tym razem z daleka, zobaczyliśmy Meczet Dunganów. Wszystko dobre, co dobrze się kończy. Na południowej ścianie bazaru, w mało widocznym zaułku znaleźliśmy pojazd w poszukiwaniu którego przemierzyliśmy Karakol wszerz i wzdłuż. Dozbieranie kompletu pasażerów nie trwało zbyt długo i wkrótce, jak bohaterowie klasycznych westernów, ruszyliśmy ku zachodzącemu słońcu. Miasteczko opuszczaliśmy bez żalu, choć pod wrażeniem widzianych miejsc. Ludzie wsiadali i wysiadali, a droga wydawała się nie mieć końca. Po kilkunastu, może dwudziestu kilometrach pojazd skręcił w lewo. Przed przednią szybą pojawił się masyw „Niebiańskich Gór”. Chcieliśmy choćby go dotknąć, bo o zdobywaniu nie mogło być nawet mowy, tymczasem jednak podskakiwaliśmy wraz z pozostałymi na wybojach. Im bliżej byliśmy końca podróży, tym luźniej robiło się w busie. W końcu zostaliśmy sami, nie licząc kobiety z dwójką dzieci. Kiedy wysiadaliśmy kierowca, z którym rozmawialiśmy o celu naszej podróży, skasował umówioną kwotę, pokazał kierunek i na pytanie o odległość do „kurortu”, po lekkim wahaniu powiedział: „Osiem, może dziesięć kilometrów” i dodał „Musicie wziąć taksówkę”. „Pójdziemy piechotą”- powiedzieliśmy na pożegnanie. W trakcie dopinania pasków plecaków zobaczyliśmy nadjeżdżający samochód, którego kierowca zaproponował nam podwiezienie. „Za ile?” - zapytałem. „Sto somów”- padła odpowiedź. „Zapomnij, idziemy piechotą” - skwitowałem ofertę. W tym momencie podszedł szofer marszrutki, którą chwilę temu opuściliśmy i bez żadnych wyjaśnień zadysponował: „Wsiadajcie!”. Wewnątrz zastaliśmy widzianą wcześniej kobietę i jej dzieci. Naiwnie uznaliśmy, że to znajoma kierowcy, którą ten podwozi do „kurortu”, a przy okazji weźmie nas, żebyśmy się nie trudzili marszem. Rzeczywistość okazała się bardziej prozaiczna. Kiedy ponownie odbieraliśmy plecaki usłyszeliśmy: „A teraz zapłacicie mi osiemdziesiąt somów”. Podjąłem spóźnione negocjacje, lecz głównie dla zasady, bo efekt był przesądzony. Zapłaciłem.

   Staliśmy na niewielkim placu z jakimiś pozamykanymi sklepikami. Na północ wiodła droga omijająca ciekawie uformowane, czerwone skały. Z lewej strony, w kierunku zachodnim, rozciągał się las a zza drzew wystawały budynki hotelowe,a może sanatoryjne. Zapewne to dzięki nim nazywano to miejsce „kurortem”. Po przeciwległej stronie płynęła rzeka, za nią widoczna była gruntowa droga i wysoka skarpa. Dukt, biegnący wzdłuż rzeki wprost na południe, wcina się w wąską, zacienioną dolinę. Gdzieś, na jej końcu, wznosi się skalista góra, ze szczytem pokrytym śniegiem. Dopięliśmy plecaki i ruszyliśmy wzdłuż strumienia. Podniesiony szlaban i resztki infrastruktury przypominały „lepsze czasy” doliny. Na odręcznie narysowanym planie widniał krzyżyk oznaczający malowniczy wodospad. Z tegoż planu wynikło jasno, iż kamienisty dukt, którym właśnie szliśmy, wielokrotnie przecina rzekę. Mosty stanowiły punkty orientacyjne. Po przejściu piątego mieliśmy wejść na szlak biegnący z prawej strony i idąc nim dotrzeć do wodospadu. Było późne popołudnie, a my naiwnie sądziliśmy, że noc spędzimy, jeśli nie pod nim, to w najbliższej okolicy. Rzeka, która podobnie jak górska droga miała nam ułatwić orientację, w niczym nie przypomina tatrzańskich strumieni. W głębokim korycie, szaleńczym pędem przelewają się niezmierzone ilości spienionej wody. Słońce w głębokim skłonie z trudem docierało ze swoim ciepłem na dno doliny. Tam, gdzie jego promienie prześlizgując się pomiędzy skalami trafiały w szlak było przyjemnie ciepło, jednak w pozostałych częściach chłód kąsał jak oszalały Chihuahua. Dylemat co do sposobu liczenia „znaczników” pojawił się już na samym początku. Pierwszy most bowiem był ...podwójny. Jeśli przyjąć, że są to dwa mosty, to nasz cel znaczącą się „przybliżył”. Czy jednak tak optymistyczna interpretacja była słuszna, trudno nam było rozstrzygnąć, więc odłożyliśmy to na moment, kiedy trzeba będzie zejść z traktu i wkroczyć na szlak. Maszerując natykaliśmy się co jakiś czas na „rodniki”, z których z entuzjazmem korzystaliśmy, uzupełniając zapasy wody. Cienie otaczających nas skał gasiły większość kolorów, malując monochromatyczną gamą półtonów trasę naszego mozolnego marszu pod górę. Od czasu do czasu w zbiegu stoków na horyzoncie pojawiały się zielone pasma drzew i skalista góra przyprószona przy wierzchołku śniegiem. Widok ten znikał i pojawiał się ponownie, w miarę wchodzenia i wychodzenia z kolejnych zakrętów. Za każdym jednak razem biel śniegu przybierała co raz bardziej ciepły odcień. Od czasu do czasu mijały nas zjeżdżające samochody i choć z trudem pokonywały kamienie i wyrwy, to zapewne siedzący w nich ludzie, w naszym a nie ich sposobie poruszania się po górach, widzieli aberację, dziwactwo. Wykorzystując to, iż napotkany samochód dostawczy musiał bardzo zwolnić, zapytaliśmy, czy dobrze idziemy do wodospadu i jak daleko on się znajduje. Kierowca potwierdził kierunek i doliczył się jeszcze dwóch, czekających nas mostów. Jakiś czas później zobaczyliśmy pojedynczą jurtę i pasącego konia mężczyznę. Zaczynało się robić ciemno, a my nadal nawet nie zeszliśmy na szlak. Zapytaliśmy. czy gdzieś w pobliżu możemy rozbić namiot. Pasterz ze zdziwieniem na twarzy zatoczył rękoma szerokie koło i powiedział: „Wezdie, gdie wy chotit`je. Miesta mnogo.” W rzeczy samej, miejsca było sporo, choć nie upstrzonego krowimi plackami i dość płaskiego pod namiot, już znacznie mniej. Pogodzeni z faktem, że tego dnia nie zobaczymy wodospadu, rozstawiliśmy namiot i po naprędce zrobionej obiadokolacji, położyliśmy się spać. Płynąca w pobliżu rzeka, w której (nie zważając na lodowatą wodę) umyliśmy się, hałasowała z siłą startującego odrzutowca. Mimo to, sen dopadł nas szybko i bezboleśnie. 

 

14 CZERWCA (ŚRODA) KAINDY
   Po północy obudziło mnie ciche postękiwanie. W ciemności zobaczyłem sylwetkę przyjaciela. Siedział dziwnie pochylony. „Co jest grane? Stało się coś?” - zapytałem. „Nic, śpij.”- usłyszałem w odpowiedzi. Ton głosu, sposób mówienia wyraźnie przeczyły słowom. Włączyłem latarkę. W skąpym świetle zobaczyłem skrzywioną bólem twarz Witka. „Dobra, mów co się dzieje!” - zażądałem. „Nic. Nic takiego. Boli..., ....boli mnie brzuch.” „Brzuch czy żołądek?” - dopytywałem, choć sam szczerze mówiąc, nie bardzo to rozróżniam. „Żołądek. Myślę, że to ta cholerna maślanka mi zaszkodziła.”- odpowiedział po chwili. Mimo kiepskiego światła, skurcze bólu wyraźnie odznaczały się na jego twarzy. „Brałeś jakieś lekarstwa?” - dalej dopytywałem. „Tak, ale na razie nie pomagają” - usłyszałem w odpowiedzi. Nie bardzo wiedziałem jak mu pomóc. Kiedy mnie dopadło, Witek podjął skuteczne działania. Czas było mu się zrewanżować, ale nie miałem pojęcia co zrobić. „Słuchaj, tutaj jest ośrodek zdrowia, to i jakiś lekarz też się znajdzie. Pójdę popytać”. - zaproponowałem. „Daj spokój, nie ma takiej potrzeby. To przejdzie. Wiesz, że mam nadwrażliwość jelit. Przerabialiśmy już to w Turcji. Muszę tylko odczekać, aż pastylki zaczną działać.” - powiedział cicho. Faktycznie. W Kapadocji mieliśmy już podobną sytuację więc może rzeczywiście nie należy panikować. Postanowiłem odczekać z pół godziny. W moim przypadku tyle wystarczyło na zadziałanie medykamentów. Istotnie, po kilkunastu minutach przyjaciel powiedział, że jest lepiej. Niestety, u mnie przerwy pomiędzy falami bólu były prawie dwunastogodzinne. U niego nawroty były co kilkadziesiąt minut. Ostatecznie położyliśmy się, kiedy świt zaróżowił krawędzie górskich szczytów. Na szczęście wyznaczone spotkanie było o dziesiątej, a odległość praktycznie żadna. Udało nam się bez pośpiechu wstać, zjeść śniadanie i spakować namiot. 
   W drodze na miejsce spotkania, już z daleka było widać, że los ponownie postanowił sobie zakpić. Stary UAZ, który miał nas zawieźć stał na podnośniku, a nasz wczorajszy gość, z rękami umazanymi smarem walił młotkiem w piastę koła. Ustaliliśmy, że jeśli znajdzie się, ktoś, kto nas wywiezie z tej pechowej okolicy, to nie czekamy. Jedyny samochód jaki się przy nas zatrzymał, przywiózł pozostałych uczestników wypadu: blondynkę o krągłych kształtach, mężczyznę z brodą i delikatnej łysinie oraz ładną dziewczynę z długimi dredami. Kierując się stereotypami, pomyślałem, że to małżeństwo z dorastającą córką. Rysy europejskie, rozmawiali po rosyjsku. Nawet wykombinowałem, iż zapewne pochodzą z Moskwy lub Petersburga. Mężczyzna jest naukowcem, może lekarzem. Dziewczyna zapewne kończy liceum, ewentualnie zaczęła studia. Przy udziale kilku przypadkowych osób, nie wiedzieć kiedy, koło trafiło na miejsce, a my do pojazdu. Przyjacielowi przypadło miejsce w bagażniku, mnie koło sympatycznej dwudziestokilkolatki. W szóstkę, pięcioosobowym gruchotem wyjechaliśmy z Sat, żeby po chwili znaleźć się na wyboistej, porytej przez spływającą wodę, drodze. Telepało strasznie, ale to dodawało uroku jeździe. Znacznie mniej przyjemne były kłęby spalin, które wpadały do kabiny. Jeśli pierwszy odcinek drogi zaliczyłem do przyzwoitego doświadczenia w jeździe „off road”, to wjeżdżając w rwący strumień odruchowo podniosłem nogi i położyłem rękę na klamce. 

   Kilkudziesięcioletni pojazd, w którego wnętrzu pozostały jako-tako sprawne tylko absolutnie niezbędne elementy, radził sobie niezwykle dobrze. Początkowo usiłowałem zrobić jakąś dokumentację trasy, lecz później skupiłem się na utrzymaniu siedzenia na fotelu, a żołądka wewnątrz organizmu. Z niepokojem myślałem o przyjacielu siedzącym na kole zapasowym. Jeśli dla mnie było to trudne do zniesienia, to co musiał czuć ktoś, kto kilka godzin wcześniej cierpiał na rozstrój żołądka? Przekrzykując hałas zapytałem: „Jak się czujesz? Z żołądkiem wszystko w porządku? Ku mojemu zdziwieniu i uldze usłyszałem, że tak. Widok budki kontrolnej przyjąłem z radością. Załatwienie formalności takich, jak poprzednio, dawał nam chwilę na zaczerpnięcie czystego powietrza i powrót organów wewnętrznych na swoje miejsce. Zaskoczeniem było, że z grupy jadącej z nami, to nie „głowa rodziny” poszła kupować bilety, a dziewczyna. Co więcej, była dobrze do tego przygotowana. Papiery w koszulkach, pospinane, posegregowane. Wracając do samochodu zastałem przyjaciela rozmawiającego z naszym towarzyszem podróży ...po polsku. Kiedy się zbliżyłem powiedział: „Pan jest z Grudziądza.” Okazało się, że wszystkie moje domniemania były zupełnie chybione. Cała trójka poznała się dopiero w Ałmatach. Tomek wykupił w kazachskim biurze turystycznym wycieczkę, na którą przyleciał z Warszawy, przez Kijów. Kobieta jest Rosjanką, byłą stewardesą, natomiast „córka”, wprawdzie także Rosjanka, jest przedstawicielką biura turystycznego, przewodnikiem i fotografem pozostałej dwójki. Byłem ciekaw, ile kosztuje tak ekskluzywna forma zwiedzania. Tomek powiedział, że za dziesięć dni zapłacił sześćset dolarów i ta kwota obejmuje wszystko, włącznie z transportem, noclegami, jedzeniem, rozrywkami, zwiedzaniem, obsługą fotograficzną i całą resztą. Ich bogaty program zwiedzania, także wyglądał imponująco. 
 
   Pojazd zatrzymał się na małej łące graniczącej z małym jeziorkiem. „To ma być Kaindy?!” Spodziewałem się manipulacji w kolorystyce widzianych wcześniej zdjęć ale to, co zobaczyłem, w niczym nie przypominało widzianych w sieci widoczków. „Gdzie u licha, ten zatopiony las? Drewno nie jest zbyt trwałe w wodzie, ale nie mogły wszystkie się zawalić” - myślałem nerwowo. Na domiar złego, pogoda po nocnej ulewie nie była najlepsza. Chmury wisiały nisko czyniąc wszystko w wokół przygasłe, wypłowiałe. „ Jak pech, to pech. Jezioro zjawiskowo ...nijakie, podobnie jak aura.” - żułem niezwerbalizowane pretensje. Kierowca pokazał na zegarku czternastą, a ręką słabo widoczną wyrwę w niskich krzakach. „Jeszcze tego brakowało” wkurzyłem się nie na żarty. „Była mowa o czterdziestu minutach, godzinie a nie trzech.” „Co my tu mamy robić tyle czasu?” - myślałem zdziwiony, że naszych przypadkowych współtowarzyszy podróży wcale to nie zmartwiło. Co było robić? Wyjazdy łączone są tańsze, lecz mają też i wady. Większość decyduje kiedy się wraca. Zniechęcony powlokłem się we wskazanym kierunku. 

   Krzaki były gęste, więc akwamarynowa tafla wody uderzyła mnie swoim dziwacznym kolorem zupełnie znienacka. Z wody wystrzeliwują ku niebu nagie, poszarzałe pnie potężnych sosen. Wokół każdego z nich, tuż pod powierzchnią wody, widać ciemniejszy pierścień, jakby gęsto rosnące gałęzie ze świeżymi igłami okalały słupy martwego drewna. Stałem oniemiały, zaskoczony. Spektakl dopiero się rozpoczynał. Po uwerturze, niebiański reżyser rozsunął kurtyny chmur i włączył główny reflektor. Wszystko wokół stało się wyrazistsze, barwy się nasyciły, zapachy zintensyfikowały. Wystające pnie zajaśniały a woda przybrała jeszcze bardziej nierzeczywisty kolor. Gdyby obok zarżał jednorożec a nad taflą jeziora zawisłyby elfy, nie czułbym się bardziej zdziwiony. Jak bajka, to bajka. 
   Do następnego brzegu w tym miejscu jest niewiele. Może kilkadziesiąt metrów. Po lewej stronie, w głębokiej wyrwie jest ujście wody, która grzmiąc stacza się strumieniem w dół wzgórza. Z prawej jest kilka dopływów, a dalej stroma skarpa. Na przeciwległym, bliższym brzegu, jezioro łączy się z urwiskiem. Mniej dociekliwi po ochłonięciu wrócą usatysfakcjonowani. Dla tych, którzy słusznie dojdą do wniosku, że tak piękne miejsce musi trzymać coś w zanadrzu właściwym kierunkiem będzie gruntowa droga po prawej stronie. Chwilę postaliśmy pochłaniając oczami niecodzienny widok. Potem jedząc obficie owocujące poziomki, przeszliśmy tak daleko, jak tylko było to możliwe do ujścia wody. Wracając, skierowałem się w stronę błotnistej drogi. Mój przyjaciel postanowił zostać nad jeziorem. Umówiliśmy się, że zobaczę, czy można dostać się w okolice widocznego stąd zwężenia skał i wrócę. Po kilkuset metrach natknąłem się na „naszą rodzinkę”. Dołączyłem do grupy, jak się wkrótce okazało, słusznie zakładając, iż ładna przewodniczka zna teren i wie dokąd iść. Przecinając strumień i wspinając się w górę, trzeba wypatrzeć niepozorne, choć strome zejście w lewo. Przedzierając się przez podmokły grunt i gęste krzewy można (choć nie jest to oczywiste) dojść do kamienistej „plaży”. Kończą ją dwie wysokie skały, przez które przeciska się płytka w tym miejscu rzeka. Za skalnym zakrętem ponownie roztacza się widok na widziane wcześniej drzewa. Są jednak w zasięgu ręki. Woda jest koszmarnie zimna, co nie odstrasza śmiałków od kąpieli. Ku zaskoczeniu chyba wszystkich tam obecnych, jadący z nami samochodem mężczyzna zdjął ubranie i ...popłynął w stronę pni. Na sam widok krew ścięła mi się w żyłach. Później wyjaśnił, że kiedyś „morsował”, co tłumaczyło postępek i nie zmniejszało mojego podziwu. Byłem pewien, iż Witek nie wybaczyłby mi, gdybym go nie sprowadził w to miejsce. Jego koszulka majaczyła mi gdzieś pomiędzy wystającymi z wody pniami, lecz nawoływanie nie przyniosło efektu. W tym czasie panie rozsiadły się na kamienistej „plaży” i wyciągnęły wiktuały. Zostałem przez nie zaproszony, ale podziękowałem, tłumacząc się koniecznością znalezienia kolegi. Dzielił nas spory kawałek drogi, więc szedłem jak najszybciej, a tam gdzie było to możliwe, częściowo biegłem. W miejscu, gdzie ostatni raz widziałem przyjaciela hałasowała liczna grupa młodzieży. Rozdawano jakieś dyplomy, nagrody. Witka dostrzegłem dopiero po dłuższej chwili, na samym końcu dostępnej części brzegu. Machnąłem, żeby szedł za mną i dopiero po drodze opowiedziałem mu o miejscu, w którym pozostawiłem resztę grupy. Kiedy dotarliśmy, przewodniczka kończyła pleść wianek z polnych kwiatów. W tym otoczeniu był fantastycznym dopełnieniem jej sympatycznej, uśmiechniętej twarzy. Towarzysząca im kobieta oczywiście też go przymierzyła, a potem urządziły pławienie go w rzece. Dowcipkowaliśmy w męskim gronie na ten temat narażając się na posądzenie o „samczy szowinizm”. Trzy godziny minęły nie wiedzieć kiedy. Trzeba było wracać. Zanim jednak wsiedliśmy do samochodu, panie ponownie zeszły nad jezioro. Nadal kręciła się tu młodzież, lecz teraz pojedynczo, lub w małych grupach na całej długości brzegu. Rosjanka zdjęła ubranie i weszła po uda do wody. Przewodniczka, niczym profesjonalny fotograf, wykonała szybką serię ujęć rejestrując umizgi byłej stewardesy, po czym spakowała sprzęt, dając czas na przebranie się swojej modelce. Jazda w dół wcale nie jest mniej emocjonująca. Tym razem strumień pokonywaliśmy mostkiem którego szerokość była niemal identyczna z rozstawem kół samochodu. Ponownie dusiliśmy się spalinami, szczególnie na końcowym odcinku, gdzie drogę zatarasował nam buldożer. Mimo przekleństw sypanych przez kierowcę, trąbienia i kilku nieudanych prób wyminięcia zawalidrogi, dopiero na kilometr przed zjazdem do miasteczka opatrzność uśmiechnęła się z wyrozumiałością, a samochód nabrał rozpędu. Po rozliczeniu się z kierowcą, skubiąc kupioną w sklepiku lepioszkę „złapaliśmy” taką samą ciężarówkę, jaką tu przejechaliśmy kilka dni wcześniej i „popędziliśmy” ku przeznaczeniu. 
 
   Tym razem częściej jechaliśmy w dół, a samochód był pusty, więc i tempo było znacznie lepsze. Prowadzący ciężarówkę Kazach nie był zbyt rozmowny. Uprzejmie acz krótko odpowiadał na pytania, sam ich prawie nie zadając. Wysiedliśmy na przedmieściach Żalanasz, tuż przed bramą zakładu produkującego tłuczeń. Z trudem wydostaliśmy się z gęstej chmury pyłu wydobywającego się z kruszarek. Wszystko w koło było nim pokryte, więc szliśmy wzdłuż drogi prowadzącej do Ałmat. Nielicznie przejeżdżające obok nas samochody nie reagowały na machanie. Po dłuższej chwili zatrzymał się jednak ciężarowy mikrobus. W kabinie, oprócz ubranego po cywilnemu kierowcy, siedziało dwóch wojskowych. Jeden z nich, bez zbędnych wyjaśnień czy ustaleń wskazał nam miejsce obok młodszego stopniem kolegi. Kiedy pojazd ruszył zapytał jednak skąd i dokąd się wybieramy, a następnie zapytał, czy może zobaczyć nasze paszporty. Cała rozmowa odbywała się w żartobliwym tonie, lecz wiedziałem, że nie robi tego ot tak sobie. Dosyć wnikliwie zlustrował wbite pieczątki i porównał nasze twarze z fotografiami. Trudno mu było mieć to za złe. W kabinie było ciasnawo i strasznie gorąco. Trzymanie kolana na pokrywie silnik,a umieszczonego pomiędzy przednimi fotelami, groziło poparzeniem, ale miejsca było mało, ponieważ wsiedliśmy razem z plecakami. Kiedy rozmowa zeszła na Polskę, z trudem manewrując bagażami wyjęliśmy trochę gadżetów i porozdawaliśmy wszystkim, co zostało bardzo dobrze przyjęte. Wracaliśmy tą samą, kiepską drogą, którą przyjechaliśmy tu przed kilku dniami. W którymś momencie, po przejechaniu głębszych kolein, wypadła trójkątna szyba z okna, przy którym siedział Witek. Stało się to bez jego udziału i na szczęście szkło zsunęło się do wewnątrz, bez żadnych uszkodzeń. Nie mniej jednak odniosłem wrażenie, iż atmosfera w kabinie trochę się popsuła. Od dłuższego czasu, za oknami z prawej strony widoczny był głęboki jar. Podoficer wyjaśnił, że to Kanion Szaryński. Przypomniałem sobie wówczas to, co przeczytałem przed wyjazdem. Całkowita długość kanionu to prawie sto pięćdziesiąt kilometrów. Obejrzany przez nas kawałek był tylko jego małym wycinkiem. A to, co było widoczne z samochodu, stanowiło jego dziki, nieobdeptany początek. Pojazd zatrzymał się na skrzyżowaniu drogi znad jezior z szosą Ałmaty-Qarkara. Gdziekolwiek nie popatrzyć, wszędzie widoczny był tylko wyschnięty step. Na południu, w rozedrganym od ciepła powietrzu majaczyło pasmo Tienshan. Pożegnaliśmy uprzejmych żołnierzy i zatrzymaliśmy się kilkadziesiąt metrów dalej. Mimo zaawansowanego popołudnia upał dawał się we znaki. Na szczęście nie musieliśmy zbyt długo czekać na kolejną „okazję”. Nieduży samochód osobowy z trójką mężczyzn wewnątrz zatrzymał się na nasze machanie. Zapytaliśmy czy mogą nas zabrać do Kegen, a kiedy kierowca potwierdził, uzupełniłem że „pa puti”. 
   Nie wiem co dokładnie oznacza to sformułowanie. Być może, zgodnie z brzmieniem „po drodze”. Używane jest dla zaznaczenia braku lub niezbyt zasobnego portfela. Początkowo liczyłem, że ktoś, kto akceptuje taki przewóz, w ogóle nie będzie żądał pieniędzy, lecz praktyka pokazała, iż można jedynie liczyć na mniej wygórowane ambicje finansowe kierowcy. 
  Cała trójka okazała się być geologami na delegacji. Tak jak my, wracali znad jezior do Kegen. Kierowca okazał się być naszym rówieśnikiem. Pomimo wszystkich dzielących nas różnic, mieliśmy też sporo wspólnego, a najbardziej zaskakującym była wspólna fascynacja serialem „Czterej pancerni i pies”. W miarę przemieszczania się suchy step przybrał zieloną barwę. Pojawiły się najpierw niewielkie wzniesienia, a następnie co raz wyższe pagórki. Zbliżaliśmy się do przełęczy Karkara. W pewnym momencie, z naprzeciwka nadjechał motocykl z kozą na miejscu pasażera. Byliśmy tym tak zaskoczeni, że nawet Witek, fotografujący wszystko i wszystkich, nie wyciągnął aparatu. Koza miała z lekka ogłupiały wyraz pyska, a co gorsze, jechała bez kasku. Kegen, to jedno z większych miast w Kazachstanie, stolica okręgu. W praktyce jednak to mała, prowincjonalna mieścina, na którą składa się jedno skrzyżowanie szerokich ulic o kiepskiej nawierzchni, kilka niskich budynków administracyjnych, bank, meczet, kilka sklepów, kilkadziesiąt (w większości parterowych) domów w samym „centrum” i może kilkaset na peryferiach. W związku z tym, że nawet te centralnie położone mają raczej wiejski charakter, leżące na trawnikach krowy, przechodzące przez jezdnię konie i wałęsające się wszędzie psy nie są niczym zaskakującym, przynajmniej dla mieszkańców. Jeszcze przed dotarciem do miasta zapytaliśmy, czy znajdziemy tam miejsce pod namiot. Gdybym poczekał z tym do samego Kegen, odpowiedź byłaby oczywista, lecz pewnie wówczas nocowalibyśmy przy drodze. Najstarszy z mężczyzn, po naradzie z pozostałymi powiedział nam, że jego młodszy kolega zawiezie nas do siebie i tam będziemy mogli bezpiecznie rozstawić namiot. Zapytałem zaskoczony, czy są powody do niepokoju. Po chwili zastanowienia odparł, że raczej nie choć ze względu na bliskość granic chińskiej i kirgiskiej zdarzały się jakieś incydenty. Zatrzymaliśmy się kilkaset metrów od centrum, przy małym gospodarstwie. Kierowca na pytanie o wysokość zapłaty, odmówił przyjęcia pieniędzy, chętnie natomiast przyjął, podobnie jak jego koledzy „polskie suweniry”. Młody Kazach pokazał nam niewielki ogródek warzywny, a potem zaprowadził na ogrodzony teren budowy z niedokończonym budynkiem i zapytał, gdzie wolimy rozbić namiot. Zdecydowaliśmy się na to drugie miejsce. Nie było tam niestety wody, więc tyle, ile potrzebowaliśmy na kolację przyjaciel przyniósł z ogrodu. Przed rozstaniem z naszym gospodarzem ustaliliśmy, że rano zawiezie nas do banku i pokaże drogę do granicy. Działka była obszerna, porośnięta ostami i trawą typową dla terenów wysokogórskich (Kegen leży na wysokości tysiąca siedmiuset metrów). Sądząc po odchodach, geodeta lub jego krewni hodują krowy. Z trudem znaleźliśmy odpowiedni kawałek trawy i rozstawiliśmy na nim namiot. W trakcie kolacji zaczęło kropić. Nie była to na szczęście żadna ulewa, a drobny deszcz. Dzięki wysokiej trawie było miękko a szczelny parkan zapewniał nam tyle prywatności, ile w takich warunkach można wymagać.