20
CZERWCA ( WTOREK ) DŻALALABAD
Zwykło
się mawiać: „Przyzwyczajenie to druga natura człowieka”.
Prawdziwości tego powiedzenia doświadczam na każdym wyjeździe.
Niezależnie gdzie się znajduję, wchodząc w pewien rytm
postępowania, schemat dnia, staję się poniekąd jego niewolnikiem.
W ten wtorkowy poranek nie musieliśmy pakować namiotu ani
przygotowywać sobie śniadania. Co więcej, Swieta życząc nam
dobrej nocy uprzedziła, że nikt nie będzie nam przeszkadzał co
najmniej do ósmej, więc możemy się wyspać a my solennie
sobie obiecaliśmy zastosować się do tej rady no i ...wstaliśmy
przed siódmą. Choć w kraju wybiła właśnie trzecia nad
ranem napisałem i wysłałem życzenia dla Piotra mając nadzieję, że sygnał SMS`u nie wyrwie go ze snu. Godzinę później,
kiedy ksiądz Adam przyszedł nas obudzić byliśmy spakowani a
pomieszczenie doprowadzone do porządku. Z nowym dniem pojawiło się
także nowe nastawienie naszego gospodarza. Zniknęło naburmuszenie
a pojawił uśmiech. Nadrabiając wczorajszą mrukliwość mówił
z ożywieniem o parafii, sobie i okolicy, jednocześnie energicznie
zabrał się do przygotowywania śniadania. Z przyniesionych ze sobą
toreb wyjął lepioszki, jaja, wędlinę i przy pomocy przyjaciela
zrobił całą patelnię jajecznicy. Zamiast szczypiorem, posypaliśmy
ją „dżusajem” - rodzajem trawy o intensywnym
czosnkowo-cebulowym zapachu. Zapewne to właśnie dżusaj był
tajemniczym składnikiem naleśników jedzonych w Tienshan i
pseudo racuchów z bazaru w Karakoł. W związku z tym, że nie
uczestniczyłem w przygotowywaniu śniadania, zabrałem się do mycia
naczyń. Kończyłem kiedy nadeszła gospodyni księdza. Starsza,
jowialna Rosjanka. Zanim odłożyła przyniesione siatki z zakupami
zrugała księdza i nas przy okazji, że nie poczekaliśmy na nią.
„Kto to widział tak robić jajecznicę? Ja tu mam wszystko
zaplanowane. Trzeba było tylko poczekać, przecież się nie
rozerwę. Zakupy też ktoś musi zrobić” - zrzędziła dla
porządku, choć było widać, że jest zadowolona z takiego obrotu
sprawy. Nie przerywając poburkiwać zapytała księdza o Martę.
Już minionego wieczora Swietłana wymieniła to imię rozmawiając z księdzem Remigiuszem, ale nie chcieliśmy być wścibscy. Teraz ksiądz Adam sam udzielił informacji. Kilka lat temu przyjechała tu nastoletnia wówczas dziewczyna z Warszawy i jako wolontariuszka pracowała w wakacje. Teraz studiuje lingwistykę w Tomsku na Syberii, ale odwiedza ich jak tylko znajdzie trochę czasu. Niestety, gdzieś w podróży zjadła coś, co ją przyprawiło o roztrój żołądka. Zaoferowaliśmy zawartość naszych apteczek, ale okazało się to zbędne. Dziewczyna chwilę potem przyszła do kuchni żeby zrobić sobie herbatę. Ładna, długowłosa blondynka, cichym, łagodnym głosem oszczędnie odpowiadała na zadawane jej pytania. Rozmawialiśmy trochę o warunkach na północy, o jej doświadczeniach i zainteresowaniach. Słuchaliśmy z zainteresowaniem a sugestywne opisy tajgi, trzaskającego mrozu i niedźwiedzi spacerujących po ulicach płynęły niczym kra po syberyjskich rzekach. W ten nieco melancholijny klimat „wtargnęła” Swietłana z całą energią i żywiołowością swojej drobnej fizyczności. Od progu wystrzeliła serię pytań: czy jesteśmy najedzeni? (Czym oburzyła gosposię.) Czy nie „pożarły” nas komary? Jak Marty żołądek? Zanim zdążyliśmy odpowiedzieć mówiła dalej: „Obdzwoniłam znajomych. Faktycznie, nie ma żadnego regularnego połączenia do Biszkeku ale dostałam telefon do jednego „przemytnika”. Kirgiz, ale podobno porządny człowiek. Zadzwoniłam. Zgodził się was zabrać ze sobą. Dzisiaj, o piętnastej. Muszę teraz wracać do pracy, ale wrócę na czas i pojadę z wami. Dopilnuję, żeby wszystko było jak należy. Teraz lecę. Pa ka!” ...i pobiegła. „Zatem załatwione. Zostajecie na obiedzie, potem was odwiozę, a teraz pokażę wam swoje gospodarstwo” - oświadczył ksiądz Adam. Podwórko przypomina trochę patio. Jedynie wąski przesmyk pomiędzy głównym budynkiem, a kuchnią prowadzi na tyły, gdzie jest mały ogródek. Tuż za bramą jest wybetonowany podjazd, reszta powierzchni jest skrupulatnie zagospodarowana pod tunel foliowy, oczko wodne, winorośl. Widać w tym rękę fascynata, którego jedynie przestrzeń ogranicza w uprawach. Przyjaciel, który w pełni podziela zainteresowania księdza, wypytywał o rośliny, nawożenie, ochronę i pielęgnację. Ja snułem się za nimi kontemplując walory wizualne, chłód cienia i zapachy. Wewnątrz jednego z pomieszczeń gospodarz ma spore akwarium, którym uzupełnia pasje ogrodnicze, jednak chyba najważniejszą jego fascynacją jest astronomia. Kiedy zobaczyliśmy już każdą roślinę z osobna, także te w ogródku, najedliśmy się moreli z połamanych z powodu nadmiaru owoców gałęzi, ksiądz zapytał czy chcemy zobaczyć obserwatorium astronomiczne. Chcieliśmy. Przypuszczałem, że zostaniemy poprowadzeni krętymi schodami gdzieś na strych budynku, gdzie zastaniemy sferyczną kopułę przykrywającą teleskop. Nic podobnego nie nastąpiło. Polecono nam poczekać pośród krzewów, ponieważ przed wejściem do obserwatorium trzeba usunąć osy. Po kilku minutach ksiądz wrócił z namoczoną szmatą i zaczął się wspinać na chybotliwą drabinę stojącą przy stalowym słupie o piętnasto, może dwudziestocentymetrowej średnicy. Spojrzałem w górę. Drabinka prowadziła do niedużej platformy umieszczonej cztery, pięć metrów nad grządkami. Zgrzytnęła blacha, usłyszeliśmy plaskanie szmaty, która po chwili spadła nam pod nogi. „Możecie wchodzić!” zawołał z góry ksiądz. Wdrapaliśmy się na platformę, która z trudem nas pomieściła. Przykrywająca ją blacha falista została zsunięta na bok i w jaskrawym świetle słońca zobaczyliśmy, iż jedynym wyposażeniem jest zaskakująco nowoczesny teleskop umocowany do potężnej rury, którą widziałem na dole. Platforma drżała przy każdej próbie zmiany pozycji, lecz samo urządzenie tkwiło niewzruszenie w jednej pozycji. Kontrast pomiędzy „obserwatorium” a jego wyposażeniem był uderzający. To wrażenie jeszcze się powiększyło, kiedy teleskop został uruchomiony. Ksiądz wprowadził dane na panelu sterowniczym, a urządzenie cicho mrucząc ustawiło się we właściwej pozycji. „Spójrzcie, to Wenus” - zachęcił. W wizjerze na blado niebieskim tle zobaczyłem jasną plamę. Obraz przypominał widok Księżyca widzianego gołym okiem na tle pogodnego nieba w dzień. Pora dnia i pogoda nie sprzyjały pokazowi. Większość obiektów była jeszcze pod horyzontem i teleskop kierował swoje oko w zbocza gór. Witek zapytał o naszego satelitę. Dyspozycja z panelu skierowała teleskop we właściwym kierunku. Tym razem wizjer wypełniał biało-żółty glob pokryty licznymi bruzdami i kraterami. W czasie kiedy oglądaliśmy go, gospodarz odpowiadał na pytania i opowiadał anegdoty związane z prowadzoną tu działalnością dydaktyczną. Widać przy tym było pasję i ogromną przyjemność. Miło było choć przez chwilę dzielić jego zainteresowania. Kiedy wyczerpaliśmy „program zwiedzania” ustaliliśmy z księdzem, że spotkamy się o czternastej na objedzie, a pozostały czas przeznaczymy na obejrzenie miasta. Po wyjściu na ulicę zapytaliśmy o bank i tam skierowaliśmy swoje kroki. Wymiana pieniędzy zajęła nam niewiele czasu i prosto z niego ruszyliśmy na bazar. Po drodze natknęliśmy się na stoisko z dosyć dziwnym napojem. Takich punktów, wszędzie jest bardzo wiele. Początkowo myślałem, że sprzedaje się tam kwas chlebowy, bardzo popularny w krajach rosyjskojęzycznych, lecz to co popijali klienci nie przypominało kwasu. Cena małego kubka „bozo” jest symboliczna (dziesięć somów), więc postanowiliśmy poeksperymentować na sobie. Gęsty, przypominający trochę w smaku żurek napój jest trudny do zdefiniowania. Jedynym, dającym się rozpoznać składnikiem, jest grubo zmielona kukurydza. Najprawdopodobniej kwaszona, fermentowana. Niewątpliwie, dobrze schłodzony gasi pragnienie. Nad smakiem jednak lepiej się nie zastanawiać.
Już minionego wieczora Swietłana wymieniła to imię rozmawiając z księdzem Remigiuszem, ale nie chcieliśmy być wścibscy. Teraz ksiądz Adam sam udzielił informacji. Kilka lat temu przyjechała tu nastoletnia wówczas dziewczyna z Warszawy i jako wolontariuszka pracowała w wakacje. Teraz studiuje lingwistykę w Tomsku na Syberii, ale odwiedza ich jak tylko znajdzie trochę czasu. Niestety, gdzieś w podróży zjadła coś, co ją przyprawiło o roztrój żołądka. Zaoferowaliśmy zawartość naszych apteczek, ale okazało się to zbędne. Dziewczyna chwilę potem przyszła do kuchni żeby zrobić sobie herbatę. Ładna, długowłosa blondynka, cichym, łagodnym głosem oszczędnie odpowiadała na zadawane jej pytania. Rozmawialiśmy trochę o warunkach na północy, o jej doświadczeniach i zainteresowaniach. Słuchaliśmy z zainteresowaniem a sugestywne opisy tajgi, trzaskającego mrozu i niedźwiedzi spacerujących po ulicach płynęły niczym kra po syberyjskich rzekach. W ten nieco melancholijny klimat „wtargnęła” Swietłana z całą energią i żywiołowością swojej drobnej fizyczności. Od progu wystrzeliła serię pytań: czy jesteśmy najedzeni? (Czym oburzyła gosposię.) Czy nie „pożarły” nas komary? Jak Marty żołądek? Zanim zdążyliśmy odpowiedzieć mówiła dalej: „Obdzwoniłam znajomych. Faktycznie, nie ma żadnego regularnego połączenia do Biszkeku ale dostałam telefon do jednego „przemytnika”. Kirgiz, ale podobno porządny człowiek. Zadzwoniłam. Zgodził się was zabrać ze sobą. Dzisiaj, o piętnastej. Muszę teraz wracać do pracy, ale wrócę na czas i pojadę z wami. Dopilnuję, żeby wszystko było jak należy. Teraz lecę. Pa ka!” ...i pobiegła. „Zatem załatwione. Zostajecie na obiedzie, potem was odwiozę, a teraz pokażę wam swoje gospodarstwo” - oświadczył ksiądz Adam. Podwórko przypomina trochę patio. Jedynie wąski przesmyk pomiędzy głównym budynkiem, a kuchnią prowadzi na tyły, gdzie jest mały ogródek. Tuż za bramą jest wybetonowany podjazd, reszta powierzchni jest skrupulatnie zagospodarowana pod tunel foliowy, oczko wodne, winorośl. Widać w tym rękę fascynata, którego jedynie przestrzeń ogranicza w uprawach. Przyjaciel, który w pełni podziela zainteresowania księdza, wypytywał o rośliny, nawożenie, ochronę i pielęgnację. Ja snułem się za nimi kontemplując walory wizualne, chłód cienia i zapachy. Wewnątrz jednego z pomieszczeń gospodarz ma spore akwarium, którym uzupełnia pasje ogrodnicze, jednak chyba najważniejszą jego fascynacją jest astronomia. Kiedy zobaczyliśmy już każdą roślinę z osobna, także te w ogródku, najedliśmy się moreli z połamanych z powodu nadmiaru owoców gałęzi, ksiądz zapytał czy chcemy zobaczyć obserwatorium astronomiczne. Chcieliśmy. Przypuszczałem, że zostaniemy poprowadzeni krętymi schodami gdzieś na strych budynku, gdzie zastaniemy sferyczną kopułę przykrywającą teleskop. Nic podobnego nie nastąpiło. Polecono nam poczekać pośród krzewów, ponieważ przed wejściem do obserwatorium trzeba usunąć osy. Po kilku minutach ksiądz wrócił z namoczoną szmatą i zaczął się wspinać na chybotliwą drabinę stojącą przy stalowym słupie o piętnasto, może dwudziestocentymetrowej średnicy. Spojrzałem w górę. Drabinka prowadziła do niedużej platformy umieszczonej cztery, pięć metrów nad grządkami. Zgrzytnęła blacha, usłyszeliśmy plaskanie szmaty, która po chwili spadła nam pod nogi. „Możecie wchodzić!” zawołał z góry ksiądz. Wdrapaliśmy się na platformę, która z trudem nas pomieściła. Przykrywająca ją blacha falista została zsunięta na bok i w jaskrawym świetle słońca zobaczyliśmy, iż jedynym wyposażeniem jest zaskakująco nowoczesny teleskop umocowany do potężnej rury, którą widziałem na dole. Platforma drżała przy każdej próbie zmiany pozycji, lecz samo urządzenie tkwiło niewzruszenie w jednej pozycji. Kontrast pomiędzy „obserwatorium” a jego wyposażeniem był uderzający. To wrażenie jeszcze się powiększyło, kiedy teleskop został uruchomiony. Ksiądz wprowadził dane na panelu sterowniczym, a urządzenie cicho mrucząc ustawiło się we właściwej pozycji. „Spójrzcie, to Wenus” - zachęcił. W wizjerze na blado niebieskim tle zobaczyłem jasną plamę. Obraz przypominał widok Księżyca widzianego gołym okiem na tle pogodnego nieba w dzień. Pora dnia i pogoda nie sprzyjały pokazowi. Większość obiektów była jeszcze pod horyzontem i teleskop kierował swoje oko w zbocza gór. Witek zapytał o naszego satelitę. Dyspozycja z panelu skierowała teleskop we właściwym kierunku. Tym razem wizjer wypełniał biało-żółty glob pokryty licznymi bruzdami i kraterami. W czasie kiedy oglądaliśmy go, gospodarz odpowiadał na pytania i opowiadał anegdoty związane z prowadzoną tu działalnością dydaktyczną. Widać przy tym było pasję i ogromną przyjemność. Miło było choć przez chwilę dzielić jego zainteresowania. Kiedy wyczerpaliśmy „program zwiedzania” ustaliliśmy z księdzem, że spotkamy się o czternastej na objedzie, a pozostały czas przeznaczymy na obejrzenie miasta. Po wyjściu na ulicę zapytaliśmy o bank i tam skierowaliśmy swoje kroki. Wymiana pieniędzy zajęła nam niewiele czasu i prosto z niego ruszyliśmy na bazar. Po drodze natknęliśmy się na stoisko z dosyć dziwnym napojem. Takich punktów, wszędzie jest bardzo wiele. Początkowo myślałem, że sprzedaje się tam kwas chlebowy, bardzo popularny w krajach rosyjskojęzycznych, lecz to co popijali klienci nie przypominało kwasu. Cena małego kubka „bozo” jest symboliczna (dziesięć somów), więc postanowiliśmy poeksperymentować na sobie. Gęsty, przypominający trochę w smaku żurek napój jest trudny do zdefiniowania. Jedynym, dającym się rozpoznać składnikiem, jest grubo zmielona kukurydza. Najprawdopodobniej kwaszona, fermentowana. Niewątpliwie, dobrze schłodzony gasi pragnienie. Nad smakiem jednak lepiej się nie zastanawiać.
O
swojej admiracji do bazarów już wspominałem. Uwielbiam je
tak dla ich podobieństw, ale i paradoksalnie, także różnic.
O cechach wspólnych pisałem kilkukrotnie. Różnice
wynikają głównie z konkretnej lokalizacji, specyfiki regionu
czy specyficznych uwarunkowań. W miastach położonych nad morzem
oferta ryb będzie zdecydowanie większa od miejscowości górskich.
Tam dominuje nabiał, a mniej jest owoców. Czasami bogactwo
oferty pozornie trudno uzasadnić położeniem, lecz to właśnie ono
decyduje o asortymencie i funkcjonowaniu targowiska. Bazary na
tradycyjnych, często liczących sobie setki lat, szlakach
handlowych, niezależnie, co i z jakim powodzeniem uprawia, czy
hoduje się w okolicy, są ludne, gwarne i bogate. Dżalalabadzki
właśnie do takich należy. Pierwsza rzecz, jaka nas uderzyła po
wejściu to „dział” metalowy ulokowany wprost na ...torowisku.
Za czasów Sojuza przez Dżalalabad prowadziła linia kolejowa,
dzięki której łatwiej i szybciej można się było dostać z
południa na północ. To, że na krótkim odcinku
przecinała Uzbecką Socjalistyczną Republikę Radziecką nikomu nie
przeszkadzało, wszak i Kirgizi i Uzbecy byli obywatelami tego
samego, szczęśliwego kraju robotników, chłopów i
inteligencji pracującej. Po uzyskaniu niepodległości, siłą
inercji, owa zadekretowana przyjaźń jeszcze jakoś funkcjonowała.
Do czasu. „W roku 2010, kiedy w ogólnokrajowym
poruszeniu obalony został autorytarny prezydent Kurmanbeka
Bakijew, doszło do licznych zamieszek na tle etnicznym.
Wykorzystując chaos w kraju, Kirgizi przeprowadzili atak na Uzbecki
Uniwersytet Przyjaźni Ludowej w Dżalalabadzie. Zginęło zaledwie
kilka osób, jednak wydarzenie to pociągnęło za sobą
lawinę kolejnych, jeszcze bardziej brutalnych ataków.
Niedługo potem w wielu miastach poszły w ruch pałki, koktajle
Mołotowa, ostra broń. Postawiono barykady, ludzie zaczęli uciekać
z domów, istne piekło. Rząd nie mógł
powstrzymać eskalacji konfliktu, zwrócił się nawet
do Rosji o pomoc militarną. Ta jednak odmówiła,
nie chcąc się wtrącać w sprawy wewnętrzne Kirgistanu. Przysłali
jednak helikoptery z pomocą humanitarną. Szacuje się, że
w zamieszkach zginęło nawet do 2000 ludzi, przy czym oficjalne
statystyki podają zaledwie 900.(...). Zamieszki te, to nie
jedyna przyczyna niesnasek pomiędzy Uzbekistanem a Kirgistanem. Od
wielu lat, głównym problemem Azji Środkowej jest woda. Z
jednej strony barykady stoją bogate w zasoby wodne m.in. Kirgistan i
Tadżykistan, z drugiej zaś pustynny Uzbekistan i Turkmenistan.
Rządowi Uzbekistanu nie podoba się, że Kirgistan buduje na swoich
rzekach tamy i oskarża swoich wschodnich sąsiadów o celowe
ograniczanie dostaw wody do Uzbekistanu. (...) Często zdarzają się
też incydenty graniczne. Sytuacja jest bardzo napięta i wydaje
się, że każda iskra może tutaj spowodować wybuch kolejnego,
jeszcze większego konfliktu. Kiedy rozpadał się Związek
Radziecki, okazało się, że wytyczenie granic poszczególnych
republik nie jest takie proste. Ludność jest wymieszana i
niemożliwe było, aby przyporządkować poszczególne
narodowości tylko do jednego kraju. Na ten przykład – w
Uzbekistanie żyje 80% Uzbeków, reszta to m.in. Tadżycy,
Kazachowie i Rosjanie. W Kirgistanie żyje z kolei zaledwie 64%
Kirgizów, a pozostali to właśnie m.in. Uzbecy (13,8%) i
Rosjanie (12,5%). Nie obyło się też bez eksklaw.
(Eksklawa – część terytorium (państwa) lub innej jednostki administracyjnej, położona w oddzieleniu od głównego jego obszaru, lecz na tym samym obszarze lądowym (przeważnie kontynent). Może być otoczona terytorium innego państwa lub jednostki administracyjnej, stanowi wtedy jednocześnie enklawę)
Na terenie Kirgistanu znajdują się trzy eksklawy Uzbekistanu i dwa obszary należące do Tadżykistanu. Jest także eksklawa Tadżycka w Uzbekistanie. W styczniu 2013 roku w największej z uzbeckich eksklaw Sokh miał miejsce poważny incydent. Uzbecy zaatakowali nowo powstałą, kirgiską strażnicę i wtargnąwszy do sąsiedniej Kirgiskiej wsi wzięli 34 zakładników. Po negocjacjach, już następnego dnia, Kirgizi zostali wypuszczeni. Nic nikomu się nie stało, jednak napięcie i niesmak pozostały.”
- Fragment artykułu pt. „Życie na pograniczu”. Źródło: http://kolemsietoczy.pl/poznajcie-zahira-sytuacja-polityczna-konflikty-azja-srodkowa/.
(Eksklawa – część terytorium (państwa) lub innej jednostki administracyjnej, położona w oddzieleniu od głównego jego obszaru, lecz na tym samym obszarze lądowym (przeważnie kontynent). Może być otoczona terytorium innego państwa lub jednostki administracyjnej, stanowi wtedy jednocześnie enklawę)
Na terenie Kirgistanu znajdują się trzy eksklawy Uzbekistanu i dwa obszary należące do Tadżykistanu. Jest także eksklawa Tadżycka w Uzbekistanie. W styczniu 2013 roku w największej z uzbeckich eksklaw Sokh miał miejsce poważny incydent. Uzbecy zaatakowali nowo powstałą, kirgiską strażnicę i wtargnąwszy do sąsiedniej Kirgiskiej wsi wzięli 34 zakładników. Po negocjacjach, już następnego dnia, Kirgizi zostali wypuszczeni. Nic nikomu się nie stało, jednak napięcie i niesmak pozostały.”
- Fragment artykułu pt. „Życie na pograniczu”. Źródło: http://kolemsietoczy.pl/poznajcie-zahira-sytuacja-polityczna-konflikty-azja-srodkowa/.
Obecnie,
miejsca odległe od siebie o niespełna dziesięć kilometrów,
rozdziela niemal sto kilometrów nie najlepszej drogi. To, co
kiedyś zajmowało kilkanaście minut jazdy samochodem, teraz wymaga
prawie dwie godziny jazdy. W przypadku komunikacji kolejowej jest
jeszcze gorzej ponieważ jej po prostu nie ma. Pozostały dwie,
niepołączone ze sobą linie kolejowe: na północy od granicy
z Kazachstanem przez Biszkek do Bałykczy oraz na południu od
granicy z Uzbekistanem do Osz. Reszta infrastruktury kolejowej
zarasta trawą lub stanowi surrealistyczne tło jak w przypadku
bazaru w Dżalalabadzie, gdzie ogromne misy, łopaty, młoty i inne
żelastwo wystawione jest na szeroko rozstawionych torach. W tej
samej „alejce” azjatyckiego super-hiper-marketu mieści się
skład złomu z eksponatami mogącymi przyprawić o zawał serca
każdego miłośnika staroci. Naszą uwagę przykuły dwa piękne
samowary. Pierwszy, chyba mosiężny, pozbawiony był kurka, ale miał
śliczne, delikatne ozdoby florystyczne. Drugi, kompletny, sprawiał
wrażenie posrebrzanego. Mniej zdobny za to większy i solidniejszy.
Przez krótką chwilę rozważaliśmy odkupienie ich, lecz samo
wspomnienie wypchanego plecaka wystarczyło, żeby z żalem porzucić
ten pomysł. Po drugiej stronie torów, na podwyższeniu, które
niegdyś zapewne było peronem swoje towary rozłożyli handlarze
artykułami budowlanymi. Idąc w przeciwnym kierunku, natrafiliśmy
na asortyment „lżejszy”. Najpierw gdaczący, gęgający
i popiskujący. Dalej delikatnie skrzypiące, bardzo zdobne kołyski
z praktycznym otworem w spodzie oraz drobna galanteria drewniana z
wyciskaczami wzorów do lepioszek. Tutaj także mieści się
część relaksacyjna, „klubowa” bazaru. W niskich
pomieszczeniach postawiono kilka stołów do bilarda. Liczne
grupki mężczyzn, głównie starszych, z zapamiętaniem
rozgrywają turnieje głośno i ożywieniem komentując graczy i
uderzenia. Część przemysłowa oddzielona jest od pozostałych
fragmentem asfaltowej jezdni, która w czasach funkcjonowania
kolei zapewne prowadziła do dworca. Dzisiaj, jako główna
arteria bazaru, służy do hurtowego przemieszczania towarów.
Kilkunastoletni chłopcy ciągną po niej zdezelowane wózki
sklecone z kompletnie niepasujących do siebie części,a przecież w
pełni funkcjonalne. Południowa strona jest gęściej zabudowana
straganami, z węższymi alejkami. Handluje się tu głównie
owocami, nabiałem i mięsem. Moją uwagę przykuła starsza
uśmiechnięta kobieta, która usadowiła się wprost na stole,
na którym rozłożyła kilkanaście butelek z kumysem. Trudno
nie uśmiechnąć się na widok znaków konkurujących ze sobą
na światowych rynkach koncernów PepsiCo. i Coca-Cola, tu
zgodnie firmujących endemiczny napój z kobylego mleka.
Poprosiłem o zgodę na sfotografowanie towaru i jego właścicielki
i uzyskałem ją wraz z ciepłym, pełnym wyrozumiałości uśmiechem.
Od tej strony bazar wgryza się w grunt fundamentami i wyrasta ponad
nietrwałe stragany murami zadaszonych boksów, komórek.
To królestwo tekstyliów i biżuterii. Dziesiątki
sklepików z ubraniami. Głównie damskimi. Nie do
wszystkich mogą wejść mężczyźni. Te, przeznaczone dla
ortodoksyjnych muzułmanek, są chronione przed niepożądanym
wzrokiem. Do pozostałych można wejść i oglądać do woli, a
raczej do czasu, kiedy któraś z klientek postanowi coś
przymierzyć. Wówczas wyprasza się wszystkich pozostałych, a
drzwi (jeśli są) lub otwór wejściowy zasłania się kotarą.
Bardzo oryginalny sposób ekspozycji i sprzedaży biżuterii
wypraktykowano na tym bazarze. W wąskich przejściach stoją rzędy
krzeseł, na których siedzą kobiety z pojedynczymi
ekspozytorami na kolanach. W ten sposób tworzą swoiste
skrzyżowanie gabloty ze sprzedawcą. Panie plotkują między sobą,
lecz jakikolwiek przejaw zainteresowania towarem przerywa dyskusje i
uruchamia funkcje handlowe zestawu. Kobieta, przy której
przystanął potencjalny klient z uwagą wysłuchuje wskazówek,
a następnie odnajduje najbliższy wyobrażeniom kupującego
drobiazg. Zachwala walory towaru, przekonuje, negocjuje cenę. Jeśli
transakcja dochodzi do skutku, kasuje należność, pakuje towar, a
nawet organizuje metkowanie i wystawianie dokumentów zakupu.
Wszystko siedząc na skromnym krzesełku. Zwykle klientki przechodzą
od jednego ekspozytora do drugiego. Zmiana powoduje natychmiastowe
przełączenie trybów funkcjonowania. Opuszczana pani wraca do
plotkowania, a ta, której towar zainteresował klientkę, cała
zamienia się w słuch. Zazwyczaj staram się przywieźć z podróży
jakieś upominki dla najbliższych a biżuteria ma tą zaletę, że
jest mała i lekka. Wprawdzie nie każdego można obdarować
kolczykami, ale panie chętnie je przyjmują, więc z zainteresowanie
zacząłem oglądać precjoza. Z oczywistych powodów pominąłem
duże, bogate w kamienie i połączone w zestawy. Niestety, kiedy
pytałem o typowe, kirgiskie wzory odsyłano mnie do wcześniej
widzianych straganów z „biżuterią”. Tam to określenie
dotyczy bardzo tanich ozdób z materiałów zdecydowanie
pozbawionych „szlachetności”. Prezentowane tutaj miały
wzornictwo ogólnoświatowe ze wskazaniem na rynek rosyjski. W
grupie cenowej, którą mogłem brać pod uwagę, wybór
był bardzo ograniczony. Przechodziłem od jednej pani do drugiej,
nie znajdując nic, co mógłbym wziąć pod uwagę. W swoim
słabym rosyjskim, trudno mi było wytłumaczyć, że szukam czegoś
delikatnego, pasującego do uszu młodej dziewczyny, a nie
„obciążnika” z wielkim kamieniem oprawionym w gruby na palec
metal. W końcu pokazano nam bardzo subtelne kolczyki z drobnym
kamyczkiem w trzech wariantach kolorystycznych. Przyjaciel optował
za różowym. Istotnie, ładnie współgrał ze złotą
oprawą, lecz wahałem się, obawiając popadania w stereotypy.
Zbliżała się czternasta, pora obiadu, po którym mieliśmy
wyjechać, więc trzeba się było na coś zdecydować.
Wynegocjowałem rabat przy zakupie dwóch kompletów,
odłożyłem jeden z granatowym „oczkiem” i z westchnieniem
niezdecydowania położyłem na dłoni jeden z żółtym i
jeden z różowym „kamyczkiem”. „Weź różowy!
Zobaczysz, spodoba się.” - Usłyszałem głos rozsądku,
wydobywający się z ust przyjaciela. Zapłaciłem, poprosiłem o
ometkowanie i pośpiesznie opuściliśmy bazar. Na ulicę Puszkina
było blisko, a droga wydawała się być oczywista, a jednak
pobłądziliśmy. Po dwu, może trzykrotnym pytaniu przechodniów
dotarliśmy na miejsce z dziesięciominutowym spóźnieniem.
Przy stole zastaliśmy wszystkie znane nam osoby, a także nie
widzianego wcześniej ogrodnika. Zjedliśmy zupę z chlebem, potem
podano na stół coś na kształt frytek, tyle że wyraźnie
słodkich i owoce. Pogryzaliśmy je oszczędnie, czekając na drugie
danie. Gosposia, która jadła zupę razem z nami, zabrała się
za zmywanie naczyń, więc doszliśmy do wniosku, że posiłek
dobiegł końca. Czekając na Swietę rozmawialiśmy o dalszej
trasie. Ksiądz Remigiusz stwierdził, że niepotrzebnie wybieramy
się do Ałmat, bo skoro chcemy dojechać do Sary-Ozek, to rozsądniej
byłoby wprost z Biszkeku pojechać na granicę a następnie do
miasta Szu. Patrząc na mapę
sugestia wydawała się uzasadniona. Kilkanaście minut przed
piętnastą wpadła Swietłana. Z typową dla siebie ekspresją
zarządziła wymarsz. Przejazd nie trwał zbyt długo, choć
wyjechaliśmy na peryferia miasta. Czekając w umówionym
miejscu Swieta wydzwaniała kilkukrotnie do „przemytników”.
Dochodziło między nimi do jakiś niedomówień. Najpierw jej
rozmówca twierdził, że jeszcze się ładują i dojadą
trochę później. Po odczekaniu kilkunastu minut w rozgrzanym
mimo klimatyzacji samochodzie, kolejna rozmowa dotyczyła sposobu
rozpoznania się. W końcu okazało się, że mała ciężarówka,
stojąca kilkanaście metrów przed samochodem księdza, to
właśnie ich. Swietłana przestrzegała nas, żeby nikomu nie dawać
pieniędzy, zanim nie dotrzemy do celu. „Ja znaju, szto oni
choroszije ludi, no Kirgizy” - dodała, jakby to coś
tłumaczyło. Żegnając się z nami wydawała się być
autentycznie wzruszona. Na koniec powtórzyła to, co
powiedziała, kiedy się spotkaliśmy: „Kak ja wam zawiduju. Ja
chotieła`by pojti s wami.” Nasze plecaki wrzucono na worki z
cementem a nas ulokowano w kabinie, w której były cztery
osoby. Za kierownicą siedział szef – starszy, łysy Kirgiz. Do
pomocy miał dwóch dwudziestokilkulatków oraz mężczyznę
w średnim wieku. Mimo to miejsca było dosyć choć szybko się
przekonaliśmy, że tył pojazdu, gdzie nas ulokowano nie jest zbyt
wygodny, także i z powodu glazury łazienkowej, ułożonej pod
naszymi stopami. Przeładowana ciężarówka z wyraźnym
trudem ruszyła. Na równych odcinkach drogi jakoś sobie
radziła, lecz byle wzniesienie spowalniało ją do prędkości
hulajnogi. Poważnie zastanawiałem się jak „wczołga” się na
przełęcz w Tienshan. Po przejechaniu pierwszych kilkunastu
kilometrów jeden z chłopaków przeniósł się
„na pięterko” nad nami a najmłodszy dosiadł się do nas. Zadał
kilka pytań, uważnie wysłuchał odpowiedzi i na tym skończyło
się jego zainteresowanie nami. Wyglądało to tak, jakby
przeprowadzał standardową ankietę. Pozostali załoganci nie
zwracali na nas żadnej uwagi. Wszyscy natomiast namiętnie oddawali
się paleniu papierosów. Początkowo robili to na przemian,
dzięki czemu dawało się oddychać, kiedy jednak palili
jednocześnie, kabinę szczelnie wypełniał szary dym. Czułem się
wówczas jak świąteczny karp, niesiony w pozbawionej wody
reklamówce. Dolina Fergańska oglądana z południa na północ
jest o tyle ciekawsza od jej widoku w przeciwnym kierunku, że
rosnące w miarę upływającego czasu góry, pozwalają
uniknąć wrażenia zawieszenia w przestrzeni. Z niepokojem ale i
niecierpliwością wyczekiwałem momentu kiedy dojedziemy do
Szamałdy-Saj, gdzie dolina udrapuje się, pomnie i w końcu
wystrzeli ku niebu Niebiańskim Górami a stalowo-błękityna
wstęga Narynu oplecie je niczym jedwabny szal kobiecą szyję.
Tymczasem ciężarówka mozolnie połykała kolejne kilometry
asfaltu dławiąc się i kaszląc przy każdej próbie
wyprzedzenia innego zawalidrogi czy wjechania na niewielki pagórek.
Słońce nieubłaganie podążało ku zachodowi nadając pejzażom
ciepłą, czerwonozłotą tonację. Nawet rzeka, której
spokojną taflę wreszcie zobaczyłem przez brudne szyby samochodu,
sprawiała wrażenie płynnego żelaza podczas spustu z pieca
hutniczego. Zaskoczeniem były dla mnie bramki na drodze. Jadąc na
południe musiałem przespać to miejsce. Kierowcy pobierali bilety,
jak przy wjeździe na autostradę. Mogłem się jedynie domyślić,
iż w tym miejscu zaczyna się górski odcinek trasy, na której
półmetku znajduje się przełęcz. Tuż za bramkami samochód
zjechał na pobocze. Po kilkunastu minutach obok nas zatrzymał się
jakiś samochód osobowy a jego pasażer przywitał się z
„szefem” i wsiadł do szoferki. Ciężarówka ruszyła. Po
kilku kilometrach zjechała w boczną drogę i meandrując pomiędzy
zabudowaniami jakiejś wsi wjechała na ciasną działkę, z
piętrowym domem w trakcie budowy. Nietrudno się było domyślić,
że przynajmniej część materiałów budowlanych zostanie
tutaj rozładowana a nasze plecaki są na szczycie tej sterty.
Wyskoczyliśmy z szoferki i z zapałem stachanowców
ustawiliśmy się przy tylnych drzwiach. W pierwszej kolejności
wyjęto jednak koszyki z owocami i jakieś drobiazgi. Po nich była
armatura, rury. Kiedy podano nam plecaki wyglądały jak pierogi
przygotowane do gotowania - całe w mące. Worki, które przy
załadunku, wziąłem za cement wypełniała mąka. Na wybojach
podskakujące worki uwalniały drobinki zawartości, które
osiadły na wszystko równą warstwą. Próba wytrzepania
plecaków doprowadziła jedynie do istotnego zróżnicowania
stopnia zabrudzenia. W jednych miejscach udało się go pozbyć
niemal całkowicie w innych wgryzł się głębiej przybierając
formę szarych zacieków. W trakcie tych zabiegów
podszedł do nas właściciel budowy w ręku miał miseczkę i dużą
butlę wypełnioną mętnym płynem. Już w trakcie nalewania
domyśliłem się po grudkach kukurydzy, że to bozo. Tak też było.
W każdym bądź razie jakaś jego odmiana. To, co piliśmy w
Dżalalabadzie było mniej kwaśne, bardziej rozdrobnione.
Najprawdopodobniej poczęstowano nas napojem domowej produkcji. Witek
nie bardzo chciał eksperymentować przed czekającą nas nocą w
samochodzie i poprzestał na jednej czarce. Ja wypiłem dwie.
Wprawdzie nadal żurkowaty smak do mnie nie przemawiał ale zaspokoił
pragnienie, schłodził żołądek i dał poczucie sytości. Czy
można chcieć czegoś więcej? Jasne, że tak, ale nie w tych
okolicznościach. Odciążony samochód z werwą podjął trud.
W samą porę bo kilkanaście kilometrów dalej zaczęły się
serpentyny i podjazdy. Rzeka i połączone nią zbiorniki wodne
purpurowiały, ciemniały, aż przybrały śliwkowy odcień. Światło
księżyca ślizgało się po nich jak wytrawny panczenista. Pomimo
tego, że mieliśmy całkiem sporo miejsca, jazda stawała się co
raz bardziej uciążliwa. Senność najpierw dopadła przyjaciela,
ale on, choć wysoki, nawykł do spania w dziwacznych pozach.
Poskładał się, jakby kręgosłup miał z silikonu i zasnął.
Usiłowałem iść w jego ślady, lecz po kilkunastu minutach cierpły
mi a to ręka, a to noga – w zależności czym usiłowałem
zablokować się przed upadkiem na ciasnych zakrętach. W końcu
zapadłem ni to w sen, ni to letarg. Słyszałem głosy otoczenia,
wiedziałem kiedy samochód się zatrzymywał żeby rozładować
kolejne partie towaru, ale nie byłem w stanie się ruszyć. Stan ten
się pogłębiał, aż ostatecznie zapadłem się w niebyt. Wyrwało
mnie z niego wrażenie duszenia się. Kabinę wypełniały kłęby
dymu wydmuchiwanego przez czterech palaczy. Okna były pozamykane
zapewne przed utratą ciepła. Przytknąłem do ust chustkę i
starałem się łapać powietrze z najniższych partii samochodu.



