9
CZERWCA (PIĄTEK) SATY
Mimo,
że miniony dzień był upalny, to noc okazała się bardzo zimna.
Chłód zmusił mnie nie tylko do podopinania śpiwora, ale i
nałożenia wszystkiego, co było w zasięgu ręki. W tym także
worka na plecak. To rozwiązanie sprawdziło się już w innych
miejscach, więc wprawnie wsunąłem się wraz ze śpiworem do
przepastnego wnętrza i ponownie zasnąłem. Ponownie obudziłem się
kiedy namiot wypełniło słoneczne światło a wraz z nim przyjemne
ciepło. Zdawaliśmy sobie sprawę z konieczności szybkiego dotarcia
na szosę, lecz teraz, kiedy nareszcie było naprawdę ciepło, nie
mogliśmy się zmusić do opuszczenia pościeli. Kolejny powrót
do rzeczywistości uświadomił nam dwugodzinne opóźnienie w
stosunku do planów. Tym razem nie było mowy o ociąganiu się.
Wywlekliśmy wszystko z wnętrza robiąc miejsce dla maszynki
spirytusowej. Przed zagotowaniem wody likwidowanie namiotu nie było
możliwe, więc czekając, spakowaliśmy wszystko, co było możliwe.
Kiedy wreszcie pokazały się pierwsze oznaki kipienia, zalaliśmy
owsiankę i pochłonęliśmy ją tak szybko, jak tylko było to
możliwe. Kiedy dopakowywaliśmy plecaki zza grani pobliskiej skały
„wyskoczył” pionowo w górę śmigłowiec. Targając
liście nad naszymi głowami zawisł na moment a potem odleciał
hałasując potwornie. „Jak w Rambo albo innym filmie akcji” -
przemknęło mi przez głowę.
Żar lał się z nieba a pot po naszych czołach i plecach, kiedy maszerowaliśmy traktem w kierunku wylotu kanionu. Widoki były równie interesujące jak z jego krawędzi, a stojąc u stóp ogromnych bloków bardziej czuło się ich potęgę i kruchość zarazem. W znakomitej większości kanion został wypłukany nie w litej skale, a sprasowanej mieszance żwiru, kamieni i czerwonej glinki. Wysychająca materia pęka tworząc głębokie bruzdy i grożąc upadkiem pod wpływem jakiegoś czynniku: wody, trzęsienia ziemi a pewnie i po osiągnięciu granicy spójności gliny. Atrakcyjności widoków dodawała świadomość, iż być może za miesiąc czy rok, ta czy inna część kanionu zniknie na zawsze. Co jakiś czas odpoczywaliśmy kryjąc się w cieniu. Na szlaku mijały nas grupki turystów. W większości Kazachowie, ale byli też Anglicy, Japończycy no i Polacy. Z daleka usłyszeliśmy znajome słowa wypowiadane przez idące z naprzeciwka dwie pary. Mijając powiedzieliśmy „Dzień Dobry!”. Tamci przeszli jeszcze dwa, trzy metry, zatrzymali się i z niedowierzaniem zapytali: „Polacy?” Wdaliśmy się w krótką rozmowę. W przeciwieństwie do nas przylecieli do Kazachstanu przez Rosję. Także planowali zanocować pod namiotem w kanionie. Życząc sobie na wzajem powodzenia ruszyliśmy w przeciwnych kierunkach. Zmęczeni dotarliśmy do wylotu a potem przed bramę wjazdową. Usiedliśmy pod dachem wiaty i ciesząc się powiewami wiatru i cieniem wdaliśmy się w rozmowę ze strażnikiem. Bardzo zainteresowały go nasze zegarki. Koniecznie chciał kupić jeden z nich. Proponował jednak tak niskie kwoty, że nie braliśmy tych propozycji poważnie. Dostaliśmy od niego wodę, za co zrewanżowałem się długopisem. Zadowolony obiecał zwracać uwagę wyjeżdżających na dwóch piechurów. Podziękowaliśmy licząc na jego skuteczność i wyszliśmy na rozgrzaną, pokrytą kurzem drogę. Ruch na niej był znikomy a nieliczne samochody jechały w przeciwnym do interesującego nas kierunku. Łykaliśmy wzniecany kołami kurz i rozczarowanie. Po sześciu, może siedmiu kilometrach pogodziliśmy się z koniecznością pokonania całej drogi na nogach i wówczas zatrzymał się przy nas samochód z trójką bardzo młodych Kazachów. Pozostałe kilka kilometrów przejechaliśmy w ścisku, lecz trawestując znane powiedzenie czyż nie „...lepiej kiepsko jechać aniżeli wygodnie iść”?
Żar lał się z nieba a pot po naszych czołach i plecach, kiedy maszerowaliśmy traktem w kierunku wylotu kanionu. Widoki były równie interesujące jak z jego krawędzi, a stojąc u stóp ogromnych bloków bardziej czuło się ich potęgę i kruchość zarazem. W znakomitej większości kanion został wypłukany nie w litej skale, a sprasowanej mieszance żwiru, kamieni i czerwonej glinki. Wysychająca materia pęka tworząc głębokie bruzdy i grożąc upadkiem pod wpływem jakiegoś czynniku: wody, trzęsienia ziemi a pewnie i po osiągnięciu granicy spójności gliny. Atrakcyjności widoków dodawała świadomość, iż być może za miesiąc czy rok, ta czy inna część kanionu zniknie na zawsze. Co jakiś czas odpoczywaliśmy kryjąc się w cieniu. Na szlaku mijały nas grupki turystów. W większości Kazachowie, ale byli też Anglicy, Japończycy no i Polacy. Z daleka usłyszeliśmy znajome słowa wypowiadane przez idące z naprzeciwka dwie pary. Mijając powiedzieliśmy „Dzień Dobry!”. Tamci przeszli jeszcze dwa, trzy metry, zatrzymali się i z niedowierzaniem zapytali: „Polacy?” Wdaliśmy się w krótką rozmowę. W przeciwieństwie do nas przylecieli do Kazachstanu przez Rosję. Także planowali zanocować pod namiotem w kanionie. Życząc sobie na wzajem powodzenia ruszyliśmy w przeciwnych kierunkach. Zmęczeni dotarliśmy do wylotu a potem przed bramę wjazdową. Usiedliśmy pod dachem wiaty i ciesząc się powiewami wiatru i cieniem wdaliśmy się w rozmowę ze strażnikiem. Bardzo zainteresowały go nasze zegarki. Koniecznie chciał kupić jeden z nich. Proponował jednak tak niskie kwoty, że nie braliśmy tych propozycji poważnie. Dostaliśmy od niego wodę, za co zrewanżowałem się długopisem. Zadowolony obiecał zwracać uwagę wyjeżdżających na dwóch piechurów. Podziękowaliśmy licząc na jego skuteczność i wyszliśmy na rozgrzaną, pokrytą kurzem drogę. Ruch na niej był znikomy a nieliczne samochody jechały w przeciwnym do interesującego nas kierunku. Łykaliśmy wzniecany kołami kurz i rozczarowanie. Po sześciu, może siedmiu kilometrach pogodziliśmy się z koniecznością pokonania całej drogi na nogach i wówczas zatrzymał się przy nas samochód z trójką bardzo młodych Kazachów. Pozostałe kilka kilometrów przejechaliśmy w ścisku, lecz trawestując znane powiedzenie czyż nie „...lepiej kiepsko jechać aniżeli wygodnie iść”?
Co
do „kiepskości” jazdy, to wkrótce mieliśmy się
przekonać, że podróżowanie małym, osobowym samochodem z
plecakiem na kolanach, wcale nie jest taką złą opcją. Ledwo
przeszliśmy na drugą stronę szosy prowadzącej do Kegen i granicy
z Kirgistanem, zatrzymała się nieduża ciężarówka.
Kierowca zadeklarował możliwość podwiezienia nas w pobliże parku
Kolsai za cztery tysiące tenge. Po krótkich negocjacjach
zgodził się na dwa, więc wdrapaliśmy się na pakę. To, co tam
zastałem wzbudziło moje poważne wątpliwości, czy skorzystać z
tej „okazji”, ale było za późno. Samochód
szarpnął i ruszył. Na deskach solidnie wysmarowanych zaschniętym
łajnem leżały zwoje drutu i kratownice zbrojeniowe. Przy burcie,
niczym nie zabezpieczona butla z gazem spawalniczym, a pod ścianą
szoferki narzędzia, kubły. Usadowiliśmy się na tym wszystkim, jak
tylko się dało. Samochód pędził na złamanie karku a my
skupiliśmy całą uwagę i siły na utrzymaniu się na skrzyni
ładunkowej. Momentami było tak dramatycznie, że aż ...śmiesznie.
Musieliśmy wyglądać idiotycznie targani strugami powietrza i
podskakując wraz z całym zalegającym pakę żelastwem. Po
przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów ciężarówka
zatrzymała się gwałtownie a kierowca oświadczył, że za
zdeklarowaną wcześniej kwotę powinniśmy wysiąść w tym miejscu.
Staliśmy na pustej drodze pośród stepu. Tienszan majaczyły
niebiesko-białą wstęgą gdzieś na horyzoncie. „Łajdak
ewidentnie usiłuje nas naciągnąć” - pomyślałem, a głośno
zapytałem: „Gdie eti ozjera? Wy dumajetie szto ja idiot?”
„Ozjera nachoditsja tam, w gorach. Wy dołżni płatit bolsze”
odparł szofer i spokojnie zapalił papierosa. „Nie ma mowy,
wysiadamy”- powiedziałem wściekły i zeskoczyłem na pobocze.
„Nje wołnujetsja, ja poszutił” powiedział dowcipniś i
uśmiechnął się szeroko, demonstrując kolekcję złotych zębów.
Ponownie zaproponował miejsce w szoferce. Wydało mi się to
rozsądne, ale przyjaciel postanowił zostać na straży naszego
dobytku. Oprócz kierowcy jechał jeszcze jeden mężczyzna,
mnie usadowiono po środku. Chwilę po wyruszeniu w dalszą drogę
zrozumiałem prawdziwą przyczynę postoju. Ciężarówka
zjechała z głównego traktu i podskakując na wybojach
skierowała się w stronę widocznych wcześniej po prawej stronie
gór. Do upału na zewnątrz, umieszczony wewnątrz kabiny
silnik, dokładał kilka swoich stopni, co czyniło z niej saunę.
Rozgrzebana buldożerami droga zmuszała do trzymania kierownicy
oburącz, a mimo to kierowca pokazywał ją z dumą, twierdząc że
już wkrótce będzie równie gładka, jak ta, z której
zjechaliśmy. Miałem odmienne zdanie o jakości nawierzchni traktu
do Kegen, lecz nie chciałem żadnych kontrowersji w tak nieistotnej
kwestii. Pozostałe kilkadziesiąt kilometrów przegadaliśmy
poruszając niemal wszystkie możliwe tematy. Kiedy rozmawialiśmy o
naszych językach, (często Kazachowie pytali nas o język używany w
Polsce i dziwiło ich, jak zaskoczony odpowiadałem, że polski)
usiłowali mnie nauczyć kilku słów kazachskich. Zapamiętanie
ich nie było łatwe, lecz poprawna wymowa, to dopiero było
wyzwanie. Jakoś poradziłem sobie z jednosylabowymi, ale utkane
samogłoskami wielosylabowe przerosły moje umiejętności. Ponownie
zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu, pośród zielonych
wzgórz. Kierowca pokazał drogę w lewo i powiedział: „My
tuda, w Żalanasz.” „Tam doroga k` ozjeram” - pokazał na
prawo. „Kak eto daljeko?” zapytałem nie pomny
wcześniejszych doświadczeń. „Nie daljeko”- usłyszałem
w odpowiedzi. „Skolko ja dołżen wam płatit?” zapytałem,
mając nadzieję na odstąpienie od żądania zapłaty. „Dajtie,
skolko dumajetie” odparł dyplomatycznie kierowca. „Dwa
tysiaczy dostatoczno?” - powiedziałem pamiętając negocjacje
przy wsiadaniu. „Nu pust eto budiet”. Jak to bywa w
kompromisach, obaj byliśmy umiarkowanie ...rozczarowani. Ciężarówka
odjechała wzniecając tumany kurzu a my zostaliśmy na poboczu
drogi. Obaj wiedzieliśmy, że nic tak nie wystoimy, a jednak nie
bardzo zbieraliśmy się do ruszenia z miejsca. Popołudniowe słońce
swoją tarczą wyznaczało nam kierunek, jednocześnie kładąc
czerwone mazy na nielicznych elementach krajobrazu. Z prawej strony
widać było jakieś zabudowania, z lewej, trochę bliżej
osamotnione nagrobki muzułmańskiego cmentarza. Były na tyle
interesujące, że chciałem tam podejść i zrobić zdjęcie, ale
Witek uznał, iż może to być źle odebrane, więc skorzystałem z
„zoom`u” i poszliśmy w kierunku zabudowań. Podchodząc
wzbudziliśmy zainteresowanie psów i dzieci. Jedne i drugie
otoczyły nas nie kryjąc ciekawości. Dorośli byli bardziej
zdystansowani, choć ich spojrzenia czuliśmy na sobie w miarę
przechodzenia między budynkami. „Trzeba kupić chleb” -
stwierdził przyjaciel. Nie oponowałem, bo i tak nic bym nie
wskórał. We wskazanym nam barku chleba nie było. Podobnie w
następnym, lecz zasugerowano nam, że może w sklepie na końcu wsi
coś dostaniemy. Dwa sąsiadujące ze sobą sklepiki usytuowane
naprzeciwko małego meczetu z niebieską kopułą oferowały podobny
asortyment, lecz dopiero w drugim dostaliśmy „lepioszkę”.
Płacąc sto dziesięć tenge zapytałem jeszcze o wodę. Obsługująca
nas starsza kobieta podała butelkę z wyraźnym napisem
„gazirowannaja”. Poprosiłem o „stojaszczą”, lecz takiej nie
było. Zapłaciłem więc tylko za chleb i manewrując w ciasnym
pomieszczeniu, skierowałem się do wyjścia. Babuszka powiedziała
coś, czego nie zrozumiałem i wyjęła spod lady pustą butelkę.
Pomagający jej chłopak wyszedł na zaplecze a po chwili wrócił
z pełną butelką, którą leciwa ekspedientka mi podała.
„Skolko?” zapytałem przyjmując mokrą i zaskakująco chłodny
pojemnik. Machnęła lekceważąco ręką. Podziękowałem wylewnie i
korzystając z okazji zapytałem jak dostać się w pobliże jezior.
Kobieta zafrasowała się, po czym odpowiedziała z namysłem:
„Tiepier nikto nie pojediet.
Eto daljeko. Możjet byt niekakoj Kamaz?” „ Daljeko?”
zapytałem zaskoczony i zaraz dodałem: „Kak daljeko?” „Ja
nie znaju toczno, no daljeko” - odparła. „No fajnie. Dla
jednego blisko, dla innych daleko. Diabli wiedzą gdzie tak naprawdę
jesteśmy. Trzeba by wyjąć wreszcie mapę i sprawdzić” -
pomyślałem. Wychodząc ze sklepu zauważyłem wysiadającego z
samochodu starszego mężczyznę więc zapytałem czy nie jedzie
przypadkiem w interesującym nas kierunku. Zaprzeczył, ale umiał
określić odległość. Odpowiedź wcale nas nie uspokoiła.
Pozostało do pokonania „zaledwie” czterdzieści kilometrów
do miejscowości Saty, a stamtąd, kolejne kilkanaście nad pierwsze
jezioro. Szansa na dotarcie tam przed zmierzchem spadła do poziomu
wygranej w „toto-lotka”. „Trzeba łapać co się da” -
powiedziałem głośno, choć dla nas obu było to oczywiste.
Pogryzając chleb stanęliśmy na skraju drogi przy płynącej z
pordzewiałej rury strugi. Zanim się obejrzeliśmy z za zakrętu
wyłonił się ogromny, żółty pojazd. Na nasze machanie
zatrzymał się w tumanach kurzu. Z otworu okna szoferki wyjrzała
twarz starszego mężczyzny. Przekrzykując hałas silnika i
krztusząc się kurzem wykrzyknęliśmy niemal jednocześnie: „Saty?”
Kierowca kiwnął głową. „Zabierzesz?” Ponowne
kiwnięcie. „Za ile?” Tym razem gest nie był
jednoznaczny. „Tysiacz chwatit?” usiłuję ustalić.
Kiwnięcie, chyba na tak. Wspięcie się z plecakiem do tego monstrum
nie jest proste. Zdejmuję go i włażę bez obciążenia. Z trudem
wciągnąłem oba plecaki, zrzucając je kolejno na leżankę za
fotelami a potem sam tam usiadłem robiąc miejsce Witkowi. Na
„przełamanie lodów” śmiejemy się z własnej
nieporadności, dziękujemy za zabranie i chwalimy pojazd. Dopiero
teraz kierowca odzywa się, klepiąc rękoma po kierownicy:
„Kitajski” i szybko dodaje: „Mann, no zdiełano w
Kitaje”. W miarę jazdy, powoli zaczyna mówić o sobie:
ma pięcioro dzieci, mieszka prawie dwa tysiące kilometrów
stąd. „Czy tęskni za rodziną?” Głupie pytanie.
„Pewnie, że tęskni, ale gdzieś trzeba zarabiać pieniądze.”
Wyładowany
samochód jechał w żółwim tempie, bo droga, choć
asfaltowa, pięła się stromo pod górę. Pierwotne kalkulacje
dotyczące czasu potrzebnego na pokonanie czterdziestu kilku
kilometrów można było zapomnieć. Kiedy już się z tym
pogodziłem, na poboczu zobaczyliśmy stojącą cysternę. Kierowca
zatrzymał się przy niej, wysiadł i poszedł dowiedzieć się co
się stało. W bocznym lustrze zobaczyliśmy jak wraz z drugim
mężczyzną zakładają hol. Jeśli dotychczasową jazdę uznałem
za „żółwią”, to następne kilometry jechaliśmy w
tempie żółwia paralityka. Na bardziej stromych podjazdach
wydawało się, że trzeba będzie pchać oba pojazdy. W jednym z
takich miejsc samochodem szarpnęło i cysterna uwolniona z zerwanego
holu pozostała w tyle. Egoistycznie pomyślałem, iż pozbywamy się
balastu, ale po półgodzinnym kombinowaniu obaj kierowcy jakoś
się z tym uporali i powlekliśmy się dalej. Kiedy dotarliśmy na
szczyt ostatniego wzniesienia, przez zakurzoną szybę Mann`a
zobaczyliśmy szeroką, rozległą dolinę, przeciętą wzdłuż
potężną rzeką. Trzeba przyznać, że roztaczający się widok był
zaskakująco piękny. Słońce filtrowane przez chmury rozświetlało
jedne partie doliny, pozostawiając inne w cieniu. Wijąca się rzeka
o wysokim północnym brzegu blikowała jak kolia brytyjskiej
królowej. Zjazd z pochyłości do bazy przed miejscowością
też zajął sporo czasu, lecz kiedy wreszcie uwolniona od cysterny
ciężarówka ruszyła na miejsce rozładunku mieliśmy
wrażenie, że niemal pędzimy. Chcąc nie chcąc biernie
uczestniczyliśmy w rozładunku asfaltu. W trakcie opuszczania
„wanny” kierowca usiłował zorganizować nam dalszy transport,
lecz właściciel osobowego samochodu, którym mieliśmy jechać
zażądał siedmiu tysięcy tenge, więc podziękowaliśmy za taką
„uprzejmość”. Opuszczając kabinę ciężarówki
zastanawiałem się, czy w tych okolicznościach ustalona kwota nie
zostanie zwielokrotniona, choćby tylko dwukrotnie, ponieważ nie
dopytałem się wcześniej, czy dotyczy nas obu czy jednej osoby. Na
całe szczęście, kierowca przyjął banknot i choć nie wywołało
to u niego entuzjazmu, to także nie zgłosił dodatkowych roszczeń.
Było zbyt późno, ażeby poważnie myśleć o dalszej
podróży. W poszukiwaniu miejsca pod namiot poszliśmy w
kierunku rzeki. Ostatni odcinek przylegających do niej łąk porasta
gęsto berberys, co nie ułatwia przejścia. Znaleźliśmy małą
polankę, na tyle nie zabrudzoną krowimi plackami, że bezpiecznie
można było rozstawić namiot. Zastanawiająca była obecność na
poboczu polnej drogi, policyjnego radiowozu. Trudno powiedzieć czy
„władza” odpoczywała po trudach dnia, czy też pełniła jakąś
specjalną misję. Odczekawszy kilkanaście minut z nadzieją na
pozostawienie nas samych, rozstawiliśmy namiot. Liczyłem się z
tym, że któryś z mundurowych podejdzie zapytać o powód
naszej obecności w tym miejscu ale najwyraźniej nie byliśmy w
kręgu ich zainteresowań. Policyjny samochód odjechał po
kilkudziesięciu minutach, ale jeszcze przed zapadnięciem zmroku
pojawił się ponownie. Tkwił w tym samym miejscu, kiedy z latarką
na głowie poszedłem umyć się w rzece. Nikt z niego nie wysiadał
ani nie wsiadał. Po prostu stał. Zaakceptowaliśmy taki stan
rzeczy, uznając iż w takim towarzystwie jedyne co nam grozi, to
wdeptanie w trawę przez krowy idące do wodopoju. Na liście
potencjalnych zagrożeń, to jednak nie było wysoko plasowane.
Położyliśmy się spać, licząc na osiągnięcie celu następnego
do południa.
