10
CZERWCA – (SOBOTA) KOLSAI
Obudziło
nas słońce i ryczenie krów. To pierwsze odebraliśmy z
wdzięcznością, drugie z niepokojem, ponieważ mlaskanie, sapanie,
stąpanie, świadczyło o bliskości kilkudziesięciu bydlątek. Taka
masa wyposażonej w kopyta i rogi wołowiny, nawet bez złych
zamiarów, może być niebezpieczna. Jeśli nie bezpośrednio
dla nas, to z pewnością dla namiotu. Wychodząc spod płótna,
zauważyliśmy, że kilka z młodszych sztuk urządza sobie
przebieżki. Na szczęście odległość nie była tak mała, jak
pierwotnie nam się wydawało. Przepłoszyliśmy kilka bliższych
sztuk i na zmianę poszliśmy się umyć. Woda w rzece, mimo upalnego
już poranka, była bardzo zimna i mycie głowy nie należało do
najbardziej relaksujących czynności higienicznych. Gdzieś jednak
trzeba było to zrobić. Śniadanie i zwijanie sprzętu poszło
całkiem sprawnie i chwilę później zrzuciliśmy plecaki w
miejscu gdzie kładziono nową nawierzchnię na bardzo sfatygowany
asfalt. Zakładając dłuższe czekanie, rozsiadłem się i zabrałem
do uzupełniania dziennika. Nie zdążyłem jednak dokończyć
pierwszego zdania, kiedy podjechał mocno sfatygowany VW. Zatrzymał
się na pierwsze, nieśmiałe machnięcie. Wewnątrz siedzieli dwaj
mężczyźni w „moro”. Trafiliśmy idealnie, panowie byli ze
straży leśnej parku Kolsai i tam też jechali. Za dwa tysiące
tenge zgodzili się nas tam dostarczyć. Nasze plecaki wylądowały w
bardzo brudnym bagażniku, a my na tylnej kanapie samochodu tak
wyeksploatowanego, że znakomita większość przyrządów była
od dawna niesprawna a podsufitkę trzymały na miejscu jedynie
kawałki kartonu. Nowy asfalt skończył się po kilkuset metrach, ze
starego zjechaliśmy po kilometrze. Dalej była już tylko
kamienista, górska droga, która wspina się zakosami
stromo pod górę. Mniej więcej w połowie odległości
zagrodził nam drogę szlaban. Szybko jednak został podniesiony,
lecz dla nas oznaczało to konieczność uiszczenia opłaty. W
drewnianym baraku królowała podstarzała urzędniczka z
niemal kompletem złotych zębów. Najpierw ofuknęła mnie,
kiedy zapytałem czy potrzebuje paszport. Skończyła wypełniać
jakieś druki i podsunęła mi dwa wyświechtane zeszyty w kratkę.
„Imia, familia, imia otczetstwo, strana, nomier paszportu, god i
miestje rażdienia ...” zaordynowała głosem nie znoszącym
sprzeciwu. Mozolnie wypełniłem rubryczki i zapłaciłem prawie
półtorej tysiąca tenge. Trwało to długo a kolejka rosła.
W końcu mogliśmy jechać dalej. Stary i sfatygowany samochód
nad podziw dobrze radził sobie z drogą trudną nawet dla
„terenowca”. Na ostatnim podjeździe koła buksowały w luźnych
kamieniach i tylko dzięki oryginalnej technice jazdy dojechaliśmy
na wyrwany wzgórzu, niewielki parking. Rozciągający się
przed nami widok był oszałamiający: pomiędzy stromo opadającymi
zboczami gór połyskiwało idealnie czystą wodą jezioro. Na
przeciwległym, dosyć odległym brzegu, szeroką deltą wpływał do
niego strumień. Podążając wzrokiem za jego ginącymi w gęstwinie
krzewów strugami napotyka się górę, której
zwieńczenie pobłyskiwało bielą leżącego tam śniegu. Wszystko
to na tle głębokiego błękitu nieba.
Kazachowie
nie przejawiają przesadnie wybujałej wyobraźni, przynajmniej w
kwestii nazw. Kolsai, to zarówno fragment Tienshan, jak i
park narodowy, rzeka. Trzy wysokogórskie jeziora, będące
celem podróży ludzi z całego świata nazywają się ...,
Kolsai I, Kolsai II, Kolsai III. Położone są odpowiednio na 1800,
2250 i 2700 m n.p.m. Pierwsze z nich ma kształt nerki. Zbocze z
prawej strony jest zdecydowanie mniej zarośnięte i tędy prowadzi
wąska, ale dosyć wygodna ścieżka, którą bez większego
wysiłku można dotrzeć do zasilającego jezioro w wodę strumienia.
Z lewej strony także jest ścieżka, ale pomijając kilka polan i
osuwisk, biegnie lasem. Jest wąska, z dużym zróżnicowaniem
wzniesień i wieloma przeszkodami w postaci przegradzających ją
pni, gołoborzy, skał. Z tych też powodów, jedynie osoby
idące do czegoś na kształt schroniska i biwakowicze wybierają ten
szlak. Pewnym utrudnieniem na częściej uczęszczanym szlaku są
konie. Wielu turystów decyduje się na oglądanie okolicy z
wysokości końskiego grzbietu. Na koniach przemieszczają się także
patrole parku oraz żołnierze. Ścieżka jest zbyt wąska, żeby
można się było na niej wyminąć, dlatego piechurzy zmuszani są
do „wskakiwania” na skarpę, umożliwiając przejście
czworonogom. Mniej więcej w połowie drogi, na wybrzuszeniu „nerki”
znajduje się naturalny punkt widokowy. Dla osób obserwujących
brzegi z parkingu, lewa strona wydaje się być bardziej przyjazna,
ponieważ początkowe kilkadziesiąt metrów szlaku wyłożone
jest kładką z desek. To ułatwienie kończy się w lesie, z którego
wychodzi się na rozległą polanę z malowniczym zejściem do wody.
Idealne miejsce na biwak czy piknik. Na terenie parku swobodnie można
rozbijać namioty a nawet palić ogniska. Wspomniana polana ma nawet
przygotowane do tego miejsca a nad samą wodą stoi stalowa, wysoka
na półtorej metra, „koza”. Dalej szlak robi się co raz
trudniejszy. Wysoki, ciężki plecak stanowi tam poważny problem, ze
względu na nisko wiszące gałęzie, gęste krzewy i osuwające się
spod nóg kamienie.
Wysiadając,
umówiliśmy się ze starszym strażnikiem, że za dwa dni
zabierze nas około dziesiątej z tego samego miejsca. Byliśmy
bardzo zadowoleni bo nie tylko tanio i szybko dojechaliśmy do celu
ale i sprawa powrotu niespodziewanie została korzystnie
„załatwiona”. Zza drewnianej barierki okalającej placyk
przyjrzeliśmy się brzegom jeziora. Drewniane pomosty z lewej strony
sugerowały uporządkowany, łatwy szlak dla spacerowiczów.
Prawa strona, bez żadnych udogodnień wydała nam się trudniejsza a
zatem ciekawsza i po zejściu nad brzeg zbiornika w tą właśnie
stronę się skierowaliśmy. Wąska ścieżka idąca stromo pod górę,
konie wiozące na grzbietach wystraszonych turystów
(przyznaję, że gdybym siedział na wierzchowcu, który ledwo
się mieści na ścieżce mając z lewej strony
kilkudziesięciometrową skarpę wprost do jeziora, to też bym się
bał) bezceremonialnie przepychające się pomiędzy pieszymi,
osypujące się kamienie, nie wspominając o widokach, czyniły ją
...interesującą. Po kilkuset metrach marszu zaniepokoił mnie
dziwny rodzaj pulsowania w podbrzuszu. Nie był to jeszcze ból,
ale zjawisko wcześniejszej mi nieznane. Poluźniłem pas biodrowy
mając nadzieję na samoistne zniknięcie dyskomfortu. Niestety, w
miarę pokonywanej trasy pulsowanie ustąpiło miejsca gnieceniu a to
bólowi, który powoli acz sukcesywnie narastał.
Zbliżając się do miejsca, w którym rzeka zasila jezioro
„czułem nadciągający problem”. Wówczas jeszcze łudziłem
się, iż będzie mu można zaradzić, bez wpływu na nasze plany.
Nad rzeką znaleźliśmy dogodne do wypoczynku miejsce i pozbywszy
się plecaków, zalegliśmy na trawie. Wówczas
oszczędnie wspomniałem przyjacielowi o gorszym samopoczuciu.
Zapytał, czy w tej sytuacji celowym jest kontynuowanie marszu,
sugerując powrót lub pozostanie na miejscu. Obaj
wiedzieliśmy, że w obu przypadkach trzeba będzie zrezygnować z
harmonogramu a może i planu zobaczenia wyżej położonych jezior.
Droga
do drugiego jeziora jest kontynuacją szlaku, biegnącego prawą
stroną. Jedynym oznakowaniem są słabo widoczne, rzadko pojawiające
się niebieskie strzałki. Dłuższy czas idzie się wzdłuż
strumienia, który tylko w miejscu, w którym wpada do
Kolsai I zwalnia swój nurt. Na stromych stokach pędzi jak
oszalały, tocząc olbrzymie ilości czystej, zimnej wody. Pomiędzy
Kolsai I i II różnica wzniesień wynosi około pięćset
metrów na dystansie kilku kilometrów.
Ruszyliśmy
pod górę. Początkowo szlak nie jest uciążliwy. W miarę
wchodzenia staje się stromy a głębokie wklęśnięcia podmokłego
gruntu, korzenie i wystające głaz czynią go dosyć trudnym. Po
kilkunastu minutach ścieżka wychodzi na niezalesione zbocze i
niemal płasko pozwala odpocząć nogom i łudzi nadzieją na łatwe
osiągnięcie celu. Wchodząc ponownie w las, opada prawie nad samą
rzekę, żeby ponownie stromo wznieść się w górę. Ból
stawał się uciążliwy, więc kiedy napotkaliśmy ławy z bali
surowej sosny, z ulgą przyjąłem propozycję odpoczynku. Musiałem
mieć kiepską minę, bo Witek kilkukrotnie nagabywał mnie na
wyjaśnienie, co się ze mną dzieje. Wiedziałem już, że nie tylko
problem sam zniknie, lecz także dłużej nie będę w stanie robić
„dobrej miny”. Opowiedziałem o tym jak z pulsowania rozwinęło
się to „coś” w ból, oraz o moich podejrzeniach i
obawach. Przeanalizowaliśmy zawartość naszych apteczek i kiedy
łykałem No-spę i z nadzieją wyczekiwałem zbawiennych skutków
jej działania, Witek skrupulatnie czytał ulotki antybiotyków.
Po kilkunastu minutach, kiedy nie tylko nie odczułem poprawy a wręcz
pogorszenie zaordynował mi ten, który uznał za najlepszy i
zaproponował silny środek przeciwbólowy. Wówczas
byłem gotowy zjeść nawet cykutę, żeby pozbyć się bólu.
Czas płynął. Wypijałem kolejne litry wody i polegiwałem na
ławce, rozważając w myślach jak wytłumaczyć kazachskiemu
lekarzowi (zakładając, że taki się znajdzie) co mi jest. Ta
kwestia, jakkolwiek trudna, z zastosowaniem obu słabo znanych mi
języków i mowy ciała wydawała się do „przeskoczenia”.
Dotarcie do lekarza, lub w skrajnym przypadku sprowadzenie go w to
miejsce było zdecydowanie bardziej problematyczne. Żaden z nas tego
jeszcze wówczas nie powiedział, ale obaj wiedzieliśmy, iż
marsz do drugiego jeziora byłby głupotą. Po dłuższej chwili
oznajmiłem to głośno i z trudem zwlokłem się z kłody.
Zaciskając zęby, przy wydatnej pomocy Witka, nałożyłem plecak i
powoli zaczęliśmy schodzić w dół. Zatrzymaliśmy się w
miejscu poprzedniego postoju. Ponownie piłem wodę, choć „wylewała
mi się już nosem”. Poważnie zatroskany przyjaciel powiedział,
że pójdzie po pomoc. Sprowadzi lekarza albo konie, którymi
będzie mnie można przetransportować do parkingu a stamtąd
samochodem do Sat. Zdecydowanie odmówiłem. Nadal liczyłem
„na cud”, a perspektywa podskoków na końskim grzbiecie
była równie niemiła, jak hospitalizacja w prowincjonalnym,
azjatyckim szpitalu. Kiedy tak dyskutowaliśmy o zaistniałym
problemie, przysiadł się do nas mężczyzna. Czech, jak szybko się
okazało po sposobie mówienia i akcencie. Wyglądał dziwnie.
Bez plecaka, w rozdartej na plecach koszuli i jakby zagubiony, lub
znudzony otoczeniem. Zapytał co mi jest, ale nie odniósł się
do lakonicznych wyjaśnień. Posiedział przy nas i odszedł. My też
uznaliśmy za wskazane ruszenie się z miejsca. Powoli, tą samą
drogą szliśmy w kierunku parkingu. Zaraz za ujściem rzeki są do
wyboru dwie ścieżki na strome wzgórze. Krótsza pnie
się niemal pionowo, dłuższa trawersując pozwala na mniej forsowne
podejście. Nie wiem czemu, ale weszliśmy na tą pierwszą. W
połowie wzniesienia zorientowałem się, że choć czuję ogólne
zmęczenie, to ból mija. Na wypłaszczeniu byłem już tego
pewien i poinformowałem o tym Witka. Przez chwilę nawet
zastanawiałem się, czy dobrze robimy wracając, lecz uznałem, iż
może to być chwilowe i lepiej będzie jeśli znajdziemy się bliżej
drogi. Kiedy doszliśmy do punktu, z którego wyruszyliśmy
przed południem po bólu nie został nawet ślad. Początkowo
planowany powrót do „cywilizacji” i wizytę u lekarza,
mimo protestów Witka, odłożyłem do czasu wyjaśnienia się
sytuacji. Zaproponowałem natomiast przejście na widoczną na lewym
brzegu polanę i rozbicie namiotu. Dotarcie tam nie było ani
czasochłonne, ani kłopotliwe. Polana z bliska okazała się jeszcze
bardziej dogodna, aniżeli nasze wyobrażenia, snute na podstawie
widoku z kilkuset metrów. Kilka miejsc na ognisko, kosze na
śmieci, prowizoryczne, ale znośne siedziska, łatwe zejście do
wody i spory, żelazny piec. Było tam kilka osób, lecz
miejsca było i tak dosyć. Postanowiliśmy zjeść coś ciepłego, a
żeby zaoszczędzić paliwo, rozpaliliśmy ogień w „kozie”. Mimo
sporego ognia, woda grzała się wolno, a do kubka wpadało sporo
popiołu. Ostatecznie jednak żurek doprowadziliśmy do stanu
pozwalającego na konsumpcję. Podsypany kus-kusem nie tylko zyskuje
na kaloryczności, ale i tworzy nowy kolaż kulturowy –
słowiańsko-arabski. Po marszu tam i z powrotem oraz
nieprzewidzianych „atrakcjach” zupa smakowała niemal jak domowa.
Pogodzeni z faktem, że naczynia zostały już osmolone,
zagotowaliśmy ponownie wodę na herbatę miętową. Już w trakcie
zabiegów kuchennych pogoda zaczęła się zmieniać. Gwałtowne
podmuchy wiatru napędzały chmury i wówczas robiło się
zimno. Kolejne odsłaniały słońce przywracając ciepło i światło.
Niestety, wraz ze zbliżającym się zmierzchem przejaśnień było
co raz mniej. Trzeba było pomyśleć o noclegu. Najodpowiedniejszym
miejscem wydała nam się wiata w trakcie budowy. Nie miała jeszcze
dachu, ale cztery ściany o metrowej wysokości dawały dobrą osłonę
przed wiatrem, a wnętrze nie tylko było wyrównane, ale
dzięki znalezionej wykładzinie (używanej jako izolacji poziomej),
mieliśmy także dodatkową separację od podłoża. W czasie kiedy
przyjaciel odskrobywał sadzę z naczyń postawiłem namiot nie bez
trudu wpasowując go ciasną przestrzeń rozpoczętej budowli. Cały
czas zastanawiałem się, czy stłumiony ból był tylko
nieznaczącym, pojedynczym incydentem, czy też ostrzeżeniem przed
czymś poważniejszym a odczuwana ulga jest li tylko szansą na
podjęcie działań. Pierwsza dawka antybiotyku, jeśli w ogóle
jego zastosowanie było słuszne, nie załatwi sprawy i trzeba będzie
regularnie go łykać. Ibum Max, któremu zapewne zawdzięczałem
brak bólu, ma także działanie antyzapalne i antybakteryjne,
co powinno rozszerzyć „obszar rażenia” i zwiększyć moje
szanse. Kładąc się spać, Witek ustawił budzik na drugą
trzydzieści, żebym nie przespał pory antybiotyku. Zasypialiśmy
przy odgłosach spadających na tropik kropli deszczu.
