5 CZERWCA (PONIEDZIAŁEK) BIELSKO - WARSZAWA
   Koniec przygotowań, cokolwiek to znaczy. Czego nie zrobiłem, lub nie spakowałem takim już pozostanie. Za oknami ładny, słoneczny dzień. Pociąg nadjechał punktualnie, pozbawiając mnie tej odrobiny adrenaliny, która dzięki Prawu Murphiego, nakręca mnie w takich momentach. Jazda każdym pojazdem, którego sam nie muszę prowadzić, wprawia mnie w senność. Na dłuższych dystansach ma to swoje dobre strony, ale przysypianie na trasie Bielsko-Katowice, jest ich zupełnie pozbawiona. Dla zabicia czasu zabrałem się za wyregulowanie zegarka. Zakładam ten elektroniczny gadżet raz w roku i nigdy nie pamiętam, jaka kombinacja przycisków służy do jego regulacji. Metodą prób i błędów osiągnąłem połowiczny sukces: godziny i minuty zgadzały się ze stanem faktycznym, jednak na wyświetlaczu dni tygodnia pojawiła się niedziela i mimo kolejnych prób, nie chciała zmienić pozycji na właściwą. Poczułem narastającą irytację. Kombinacja trzech przycisków przerosła moje możliwości. Na domiar złego, tuż przede mną, w plastikowym boksie siedział kot i miauczał jak opętany. Jego właścicielka rozmawiała przez telefon ignorując futrzaka, co go zapewne jeszcze bardziej frustrowało. W Goczałkowicach, za oknami pojawił się obrazek jak z dziewiętnastowiecznych makatek – jezioro, szuwary i łabędzie z rozpostartymi skrzydłami. Z przyjemnością skonstatowałem, iż nowoczesne wydanie Kolei Śląskich dalece odbiega od zakorzenionego stereotypu. Czysty, wygodny wagon przemieszczał się po torach bez szarpania i stukotu. Monitory wyświetlały informacje o mijanych stacjach na przemian z reklamami a ciepły damski głos powiadamiający o planowanych przystankach musiał przebijać się jedynie przez kocie miauczenie. W Katowicach sierściuch wysiadł ze mną. No może nie tyle ze mną, co został wyniesiony przez swoją właścicielkę podążającą w tą samą stronę, co ja. Miauki odbijały się głucho w tunelu, żeby po chwili wypełnić obszerny hall. Z przerażeniem pomyślałem o sporym prawdopodobieństwie kontynuowania wspólnej podróży do Warszawy. Poszukując wzrokiem Witka straciłem kota z oczu i to bezpowrotnie. Świat znowu wydał mi się piękny. Taszcząc nasze przeładowane plecaki, szybko przeszliśmy na plac, skąd mieliśmy odjechać Polskim Busem. Autokar tak opisany stał na z daleka widocznym stanowisku. Ustawiliśmy się w kolejce do luku bagażowego, lecz zanim złożyliśmy w nim nasze plecaki okazało się, że ten autokar jedzie do ...Zakopanego. Zrzuciliśmy nasze brzemię na ławki i czekając na przyjazd właściwego pojazdu rozmawialiśmy o minionych miesiącach. W międzyczasie kolejne autobusy podjeżdżały, odjeżdżały a „naszego” nie było widać. Kilka minut po szesnastej podjechał jednak autokar z wyraźnym napisem „Warszawa”. Zajęliśmy strategiczną pozycję wyjściową. Nie wiedzieć czemu przyjaciel pokazał obsłudze nasz bilet i dowiedzieliśmy się, że to także nie jest „nasz”. Wprawdzie kierowca dodał, iż za chwilę powinien dojechać inny, lecz tym razem poczułem, jak fala ciepła przetacza mi się po plecach. Zatem Prawo Murphiego obowiązuje. Brak, ewentualnie znaczące opóźnienie transportu, do stolicy wywoła reakcję łańcuchową, w efekcie której zamiast w Kazachstanie „wylądujemy” we własnych domach. Najpierw Witek, a po chwili ja, wypytywaliśmy kasjerkę o autobus, na który mieliśmy w ręku promocyjny bilet. Pani, za każdym razem spokojnie odpowiadała, że przyjedzie. „Przyjedzie, przyjedzie ale KIEDY?!” O szesnastej szesnaście. Cztery minuty po godzinie, o której miał opuścić przystanek. Najchętniej pomógłbym ładować i pasażerów i ich walizy, żeby tylko przyspieszyć odjazd, ale musieliśmy czekać aż wszyscy się usadowią, wymoszczą, dopiją, dojedzą, wysmarkają nosy i pozwolą kierowcy wytoczyć ten cały majdan na drogę. Trzeba przyznać, że kiedy wreszcie autobus był gotowy do drogi, jakby w odpowiedzi na nasze oczekiwania, kierowca ignorując przepisy, zdrowy rozsądek i ruch na jezdniach przejechał chodnik, wymusił pierwszeństwo i niemal taranując samochody wrył się na drogę. Byłem gotowy klaskać jak po szczęśliwym lądowaniu. Mieliśmy kilkunastominutowe opóźnienie, lecz jechaliśmy w dobrym kierunku. Na początku jazdy kontynuowaliśmy rozmowę, lecz ta szybko uśpiła przyjaciela. Napisałem SMS do syna z którym wcześniej już uzgodniłem, że „utoruje” nam szlak do lotniska i dostałem uspokajającą odpowiedź. W okolicach godziny dwudziestej minęliśmy Okęcie, do którego zdążaliśmy i autokar, jadąc wzdłuż Wisły, zaczął oddalać się od lotniska. Kontrolując czas na zegarku, doszedłem do wniosku, że na miejscu powinniśmy być, punktualnie. Piotr zasygnalizował, że jest już tam, więc ze spokojem czekałem na moment, kiedy zmienimy środek transportu. Ów spokój nie trwał długo. Wysiadając nie dostrzegłem naszego „przewodnika”. Zatelefonowałem i dowiedziałem się, że jest ...na Świętokrzyskiej! „Gdzie, u diabła?” Dlaczego właśnie tam, skoro umówiliśmy się na Młocinach? Odpowiedź była rozbrajająca: „...bo wszystkie autobusy z południa zatrzymują się na Świętokrzyskiej”. „Może i tak ale kiedy się umawialiśmy wyraźnie napisałem, że ten jedzie na Metro-Młociny”.
     Obaj uznaliśmy, że tę dyskusję należy odłożyć, a teraz trzeba wybrnąć z sytuacji. Zgodnie z instrukcjami telefonicznymi pobiegliśmy do widocznego wejścia Metra. Przed biletomatem stało kilka osób. Najwyraźniej nie dość dyskretnie wypytywałem Piotra o sposób obsługi, bo kiedy poprzedzająca nas dziewczyna kupiła bilet, odwróciła się i zapytała czy potrzebujemy pomocy. W innych okolicznościach pewnie zgrywałbym bywalca, lecz tym razem potwierdziłem, dodając, iż będziemy bardzo zobowiązani. Panienka upewniwszy się, co do typu biletu wystukała coś na klawiaturze i wskazała otwór na monety. Jak łatwo się domyślić żaden z nas ich nie miał. Witek popędził gdzieś rozmieniać, lecz zanim wrócił, dziewczyna wypatrzyła w moim portfelu kartę kredytową i powiedziała, że mogę nią zapłacić. Pudło „połknęło i wypluło” mój plastik a z dziury wypadł wydruk. Panienka zapytała czy może w czymś jeszcze pomóc a kiedy podziękowałem poszła w stronę bramek. Odprowadzając ją wzrokiem, głośno powiedziałem: „ Jaka miła dziewczyna. Zupełnie jak nie z Warszawy”. Za sobą usłyszałem męski głos: „Radzę uważać, co pan mówi”. Trochę mnie to speszyło, ale nie było czasu na dłuższe wywody. Ruszając w stronę bramek, rzuciłem za siebie: „Przepraszam, ale mam przykre doświadczenia”. Wsiedliśmy do pociągu stojącego na peronie. Dziewczyna, która nam pomogła przy biletomacie siedziała na krzesełku w głębi wagonu. Czekając na odjazd, ponownie usłyszałem ten sam męski głos: „Czy Panowie jesteście pewni, że macie bilety?” „No tak, trafił mi się kontroler” - pomyślałem odwracając się. Zanim jednak zdążyłem cokolwiek powiedzieć, mówiący do mnie mężczyzna wyciągnął w moją stronę dłoń z dwoma kartonikami. Spojrzałem na Witka a ten, bez słowa wygrzebał z kieszeni wydruk z automatu. „To tylko potwierdzenie transakcji” - powiedział mężczyzna. „Bilety drukowane są oddzielnie a panowie ich nie zabrali. Proszę!” Było mi podwójnie głupio. Chciałem jakoś zgrabnie wybrnąć, lecz nasz rozmówca wszedł mi w słowo mówiąc: „Nadal jednak panowie jedziecie na gapę, ponieważ bilety trzeba skasować przy wejściu na peron.” Nie było czasu na „Wersal”. Odkrzyknąłem „Dzięki!” i nie oglądając się za siebie wyskoczyłem z pociągu. Popędziłem w stronę schodów, gdzie miał być kasownik. Przy drugiej próbie urządzenie zadziałało i w tym samym czasie usłyszałem syk zamykanych w wagonach drzwi i odgłos ruszającego składu. Zanim się obejrzałem, przez głowę przeleciała mi wizja jak teraz już we trzech szukamy się po Warszawie: Piotrek w centrum, ja na Młocinach a Witek w jadącym pociągu. Na szczęście dostrzegłem znajomą sylwetkę w miejscu, w którym chwilę temu wysiadłem na peron. Wsiedliśmy do kolejnego składu i wówczas połączyłem się z synem. Zgodnie z jego instrukcjami spotkaliśmy się w Śródmieściu i przeszliśmy na dworzec kolei podmiejskiej. Czas płynął nieubłaganie, a pociągu na Okęcie jak nie było, tak nie było. Zwykle panikujący Witek stał z kamienną twarzą, ja gotowałem się wewnętrznie, pokrywając zdenerwowanie dowcipkowaniem, jak fatalna dla Piotra będzie konieczność goszczenia nas obu w jego maleńkim pokoju przez trzy tygodnie, jeśli samolot odleci bez nas. Oczekiwany skład podjechał, ale zamiast natychmiast ruszyć zamarł w bezruchu. Odsiedzieliśmy kilka minut po czym Piotr zdecydował: „Wysiadamy! Zafunduję Wam taksówkę.” Pobiegliśmy na postój. Taksówkarz, całą drogę, gadał jak nakręcony. Miał dobry temat, bo do południa trwał strajk jego branży. Z grzeczności odpowiadaliśmy półsłówkami, choć dla całej naszej trójki było to obojętne. Zgodnie z wytycznymi przewoźnika ostateczny czas zgłoszenia się do odprawy mijał o dwudziestej pierwszej. Dwie minuty przed tą godziną taksówka zatrzymała się przed terminalem. Wyrwaliśmy plecaki z bagażnika i nie troszcząc się o uregulowanie należności pobiegliśmy szukać właściwego „okienka”, łudząc się nadzieją, iż ktoś tam jeszcze będzie. W rzeczy samej, dwoje znudzonych pracowników siedziało na stanowiskach. Pokonując kretyńskie mijanki z słupków i taśm grodzących krzyknęliśmy niemal równocześnie „ Proszę nie zamykać, my do Astany! Proszę się pośpieszyć” usłyszałem w odpowiedzi, jakbym tego nie wiedział. Rzuciliśmy paszporty i bilety na blat, ale przed zważeniem plecaków musieliśmy je jeszcze przepakować i włożyć do worków. W trakcie mocowania się z nimi nadszedł Piotr. Próba przymocowania namiotu skończyła się urwaniem troka, więc bez dalszych ceregieli wrzuciłem wszystko luzem i zawiązałem pasek worka na kokardę. Miałem nadzieję, że waga nie wyskoczy ponad limit, bo wówczas trzeba by było z czegoś zrezygnować, a to oznaczało grzebanie w plecaku. Na szczęście wyświetlacz pokazał dwadzieścia jeden kilo. Witka worek ważył trochę więcej, ale też mieścił się w normie. Oba pakunki zniknęły w czeluściach lotniska, a my z papierami w rękach, już znacznie spokojniejsi poszliśmy do odprawy paszportowej. Podziękowałem Piotrowi za niepozbawioną przygód, acz skuteczną przeprawę przez miasto, uścisnęliśmy sobie dłonie i poszliśmy dalej. Pod właściwą bramką znaleźliśmy się w momencie, w którym ostatni pasażerowie wchodzili na pokład. Odetchnęliśmy z ulgą. Cokolwiek ma się jeszcze wydarzyć, zdążyliśmy na samolot.

Na fotelach zastaliśmy pakunki z kocem, i poduszką. W czasach kiedy wiele linii lotniczych zrezygnowała ze wszystkiego oprócz foteli taki gest LOT`u był miłym zaskoczeniem. Jak miało się okazać trochę później, nie jedynym. Czekając na start wyjąłem zeszyt i zacząłem spisywać wydarzenia minionych godzin. Przyjaciel wykorzystując fakt, że nikt nie usiadł obok nas, ułożył się na dwóch fotelach i zasnął jak dziecko po kąpieli. Start i pierwsze kilkadziesiąt minut lotu pisałem, nie zwracając uwagi na otoczenie. Przed północą stewardesy rozdały pakieciki zawierające maseczkę na oczy, zatyczki do uszu i ...skarpetki. Rozbawiło mnie to trochę, choć zdecydowanie był to bardziej praktyczny gadżet od breloczka czy miniaturki samolotu. Głośniki zaskrzeczały i poprzez szum dotarł do nas głos kapitana Czajkowskiego. Standardowe informacje o dystansie, czasie, wysokości i pogodzie. Wątpliwości, czy przewoźnik zamierza nas nakarmić, zanim jeszcze obsługa pojawiła się z wózkami, rozwiał intensywny zapach snujący się z za kotary biznes klasy. Rzadko jadam po południu. O północy prawie nigdy, lecz tym razem niecierpliwie wypatrywałem swojej tacki. Kiedy wreszcie dotarła do mnie, obudziłem Witka i zabrałem się do jedzenia.