7
CZERWCA (ŚRODA) POCIĄG
Zgodnie
z wieczornymi ustaleniami pobudkę zrobiliśmy sobie o szóstej
trzydzieści (druga trzydzieści w Polsce). Planowy odjazd pociągu
to dziesiąta dwanaście. Mogliśmy wstać później, lecz tym
razem Witek miał jakieś obawy związane z obiecaną przez Aigul
„podwózką” i nalegał, żebyśmy byli gotowi na wszelkie
okoliczności. Poprzedni dzień pokazał, że „personel” hostelu
funkcjonuje w niezrozumiałym dla nas schemacie. Gospodynię
podmienił „złotozębny” weteran a jego z kolei kaszlący
osobnik rezydujący w pokoju obok naszego. Zastanawialiśmy się z
kim przyjdzie nam się spotkać tego poranka. Dochodzący zza ściany
kaszel upewnił nas, iż nie jesteśmy sami. W kuchni powitał nas
starszy pan. Właśnie pakował do pojemnika ugotowaną kiełbasę.
Wskazując ją oświadczył: „Pitanie na rabotie. Ja rabotaju na
Expo. Wy pryjechali na wystawku?” Po raz już któryś od
przyjazdu wytłumaczyłem, iż nas wystawa światowa nie interesuje.
Nie wiem czy zrozumiał, ale śpieszył się do pracy więc
poprzestaliśmy na tym i sami zakrzątnęliśmy się przy śniadaniu.
Potem wróciliśmy do pokoju, żeby spakować plecaki. Cisza w
mieszkaniu zaniepokoiła mojego przyjaciela. Czas płynął, a
kwestia sposobu dotarcia na dworzec pozostawała niewyjaśniona.
Jeśli zostaliśmy sami, to nie tylko nie będzie kogo o to zapytać,
ale i nie wiadomo co zrobić z mieszkaniem. Ponowna fala kaszlu
rozwiązała przynajmniej ten drugi problem. W okolicach ósmej
trzydzieści cierpliwość kolegi zupełnie się wyczerpała i
niezważając na moje obiekcje zapukał do naszego sąsiada,
wyrywając go ze snu. Próby telefonicznego kontaktu z Aigul
spełzły na niczym, co tylko wzmogło nerwowość Witka. Ponownie
poprosił schorowanego mężczyznę o zatelefonowanie. Tym razem
udało się połączyć i dowiedzieliśmy się, że wszystko jest pod
kontrolą i przyjedzie po nas w odpowiednim czasie. Tak też się
stało. Wsiedliśmy do nowego, sporego KIA i ruszyliśmy w drogę. Na
pytanie jak daleko mieści się dworzec kolejowy usłyszeliśmy
typowe „blisko”, co w praktyce oznaczało jakieś czterdzieści
minut jazdy. Stare miasto, przez które przejechaliśmy udając
się na dworzec kolejowy, liczy sobie zaledwie kilkadziesiąt lat.
Podobno, pomiędzy wytworami architektury radzieckiej, można znaleźć
kilka budynków z początków dwudziestego wieku, ale nam
nie dane było ich zobaczyć. Po znalezieniu miejsca na małym i
ciasnym parkingu, poszliśmy w towarzystwie Aigul do hali głównej.
Energicznie dopytała się o pociąg i doprowadziła nas pod drzwi
wagonu. Ani słowem nie wspomniała o zapłacie za podwiezienie,
czego się spodziewaliśmy, natomiast zupełnie nieoczekiwanie
pojawił się problem z opłatą za nocleg. Zapytała ile
zapłaciliśmy przez Internet, po czym stwierdziła, iż osiem euro,
to cena za jedną a nie dwie osoby. Byłem zaskoczony takim obrotem
sprawy. Cena w ofercie była niska, lecz całkowicie jednoznaczna. Na
wydruku widniała, tuż obok informacji o dwóch miejscach.
Dziewczyna nie miała pretensji ani też nie domagała się dopłaty.
Ustaliliśmy, że wyjaśni to z administratorem portalu a my, jeśli
okaże się to konieczne, dopłacimy różnicę. Pożegnaliśmy
się z obustronną życzliwością i rozpoczęliśmy „procedurę”
wsiadania do pociągu.
Kazachska
kolej, to jeden z rozdziałów epopei „Drogi żelazne
Sowieckiego Imperium”. Związek Radziecki przeminął, podobnie jak
Układ Warszawski, Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej i wiele innych
tworów ówczesnej epoki. Gdyby jednak ktoś żyjący w
latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, nieświadom przemian
politycznych, znalazł się na dworcu kolejowym Lwowa, Mińska czy
Astany, to być może poczułby dumę z komputeryzacji systemu
rezerwacji biletów, lecz z pewnością nie poczułby się
nieswojo. Wręcz przeciwnie, wszystko tam wydałoby się mu znajome,
swojskie. Począwszy od mapy sieci połączeń, przez wystrój
wnętrz z dominującymi akcentami szczytowych osiągnięć
socrealizmu, aż do systemu funkcjonowania transportu. Mundury
kolejarzy, milicjantów (o, przepraszam – policjantów),
nadal różnią się od tych sprzed czterdziestu lat jedynie
szczegółami. Do wagonu wsiada się po okazaniu dyżurującemu
w nim kolejarzowi biletu i dokumentu tożsamości. W przypadku
obcokrajowców paszportu. Nie jest to czcza formalność.
Dokument jest wnikliwie porównywany z okazicielem. Ze
zrozumiałych względów nie mam żadnej wiedzy na temat
wagonów o wyższym standardzie, ale tzw. „płackarta”,
czyli najtańsza forma biletu pasażerskiego, obejmuje wagon bez
wydzielonych przedziałów. To znamy z PKP, lecz na tym
podobieństwa się kończą. Zamiast ławek czy foteli znajdują się
tam cztery leżanki, po jednej stronie ciągu komunikacyjnego,
ułożone prostopadle do jazdy, oraz dwie po drugiej stronie, ułożone
równolegle. Oczywiście w systemie piętrowym. Nad górną
jest jeszcze jedna, niemal identyczna półka, ale jej nie
można złożyć i służy do położenia bagaży. Jest to o tyle
trudne, że zwykle leżą na niej zrolowane materace i worki z
pościelą. Pasażerowie na krótszych odcinkach (po 200-300
km) raczej nie otrzymują pościeli, co jest obligatoryjne na
dłuższych dystansach. W tym miejscu warto chyba przypomnieć, że
Kazachstan ma około tysiąca ośmiuset kilometrów na linii
północ-południe i ponad trzy i pół tysiąca
kilometrów z zachodu na wschód. Odległość między
przystankami rzadko jest mniejsza aniżeli kilkadziesiąt kilometrów.
Kiedy już pociąg ruszy, obsługa wydaje pasażerom jadącym dalej
(czyli prawie wszystkim) zafoliowane pakiety z powłoczką na
materac, podobną na poduszkę, prześcieradło i ręcznik. Na
życzenie można także dostać jeszcze koc. Od razu zaczyna się też
„wielkie ścielenie”. Technika dowolna, choć łatwo zauważyć
tych, którzy robią to rzadko lub po raz pierwszy.
Fantastycznym udogodnieniem jest samowar, w jaki wyposażony jest
każdy wagon. Oczywiście nie przypomina on ozdobnych piecyków
na węgiel drzewny, jakie znamy z antykwariatów i starych
filmów, choć zasada działania jest identyczna. W starszych
wagonach nadal stosowany jest węgiel, w nowszych grzałka
elektryczna. Spory kocioł ze stali nierdzewnej usytuowany jest vis a
vis pomieszczenia służbowego i bez przerwy dostarcza „kipjatoku”.
Jak już wszyscy pościelą swoje leżanki zaczyna się pielgrzymka
do samowaru. Jak za starych, dla jednych dobrych, a dla innych wręcz
przeciwnie czasów. Pasażerowie rozkładają na stołach
(pomiędzy dolnymi, poprzecznie ustawionymi, leżankami jest na stałe
zamocowany spory stół, natomiast przy tych po drugiej
stronie, dolna leżanka po wykonaniu kilku nieskomplikowanych
czynności zamienia się jak „transformers” w stolik i dwa
fotele) wiktuały. Kazachowie uwielbiają jeść, więc nie są to
tak, jak w naszym przypadku chińskie zupki, lecz pojemniki z
mięsami, „lepioszki”, pierogi, ciasta, słodycze owoce i napoje.
Wagon przypomina rodzinny piknik w parku. Dzieci biegają od jednych
do drugich rozsypując chrupki i rozlewając napoje. Dorośli jedzą
z takim zapałem, jakby miał to być ich ostatni posiłek w życiu.
Częstowanie nieznajomych nie jest tu tak powszechne jak na Ukrainie,
choć po przełamaniu pierwszych lodów nie należy do
rzadkości. Siorbanie, odkasływanie, charkanie i bekanie są na
porządku dziennym i nikogo nie zniesmaczają. W związku z tym, że
odległości są spore, przystanki rzadkie a widoki za oknami dosyć
monotonne, biesiada trwa godzinami. Nie wiem, czy uwarunkowane jest
to stanem zabrudzenia, czy istnieje jakiś godzinowy harmonogram,
lecz w którymś momencie pojawia się pani w służbowym
fartuchu, z wiadrem i mopem w dłoniach. Sukcesywnie, bez zbędnego
pośpiechu, zgarnia wszystko co znalazło się na podłodze. Tych,
którzy na czas nie podniosą stóp szturcha mopem. Z
większą wyrozumiałością traktuje śpiących, bo i takich, mimo
wczesnej pory, jest kilkoro. Zwisające z dolnych leżanek dłonie i
stopy podnosi delikatnie i kładzie na pościeli. Podobnych „akcji”
jest kilka w ramach jednego kursu. W odróżnieniu od
socjalistycznych kolei dawnych „demoludów”, standard
taboru, sprzętu i wyposażenia jest bardzo przyzwoity. Wagon, którym
podróżowaliśmy, miał czyste toalety, elektronicznie
uruchamiane spłuczki i letnią wodę w kranach. Bywają także i
takie, które wywodzą się wprost z minionych czasów.
Wyposażenie nadal mają „analogowe”, ale obsługa stara się je
utrzymać w czystości, co warto podkreślić. Nam jedzenie i
sprzątanie po nim zajmuje zazwyczaj kilkanaście minut, więc ponad
dwadzieścia godzin jazdy musieliśmy sobie jakoś zagospodarować.
Najprościej jest skorzystać z w miarę wygodnej leżanki i przespać
całą drogę. Najprościej nie znaczy najrozsądniej. Oglądanie
widoków za oknami, jak już wspomniałem, nie specjalnie
wciąga. To trochę jak z samolotem. Na początku cieszy każda
chmurka, lecz po godzinie, dwóch trzeba by chyba UFO, lub
pożaru silnika, żeby spojrzeć przez okno. Tuż za Astaną pojawił
się step. Jak z ballady o Panu Wołodyjowskim szeroki, ”...którego
zgoła, nawet sokolim okiem nie zmierzyć”. Na północnym
wschodzie jest zaskakująco zielony i podmokły. Bezwiednie
przychodzą na myśl słowa Mickiewicza: „Wpłynąłem na suchego
przestwór oceanu, / Wóz nurza się w zieloność i jak
łódka brodzi, / Śród fali łąk szumiących, śród
kwiatów powodzi, / Omijam koralowe ostrowy burzanu...”
Wprawdzie bezcelowym jest wypatrywanie Dniestru, lecz ptactwa wodnego
całkiem tam sporo a kto wie, może czasami słychać „...ciągnące
żurawie.”
Około
trzynastej pociąg zatrzymał się w Karagandzie. Postój trwał
kilkanaście minut, akurat tyle, żeby palacze wciągnęli w płuca
podwójną dawkę nikotyny. Piękna pogoda towarzysząca nam w
Astanie niezauważalnie się zmieniła. Pojedyncze białe chmurki na
błękitnym niebie urosły jak ciasto drożdżowe w za małej misce.
Dojrzałe przybrały śliwkowy kolor, zapowiadając ulewę. Zanim
zapadł zmrok, napatrzyliśmy się na wymarłe, porośnięte młodymi
drzewami fabryki i opustoszałe osiedla mieszkaniowe. Z rzadka
pojawiały się wsie czy osady. Nigdzie nie zauważyłem pól
uprawnych, choć przy pokrzywionych domkach stały tu i ówdzie
maszyny rolnicze. Zdecydowanie ciekawszym miejscem do obserwacji jest
sam wagon. Około siedemnastej ( w Polsce wówczas jest dopiero
trzynasta) bardziej religijni Kazachowie przygotowują się do
modlitwy. Islam w miejscowym wydaniu wydaje się być podobny do
katolicyzmu Polaków. Większość deklaruje swoją
przynależność, lecz tylko nieliczni go praktykują. Kobiety, jeśli
noszą nakrycia głowy, to ze względów praktycznych a nie
religijnych. Alkohol jest powszechnie dostępny, tani i chętnie
pity. Myślę, że to scheda po minionym systemie i Rosjanach, choć
sami Kazachowie twierdzą, iż Koran go nie zabrania, a Ci, którzy
chcą za niego karać, to ekstremiści. Kobiety przebierają się w
specjalne stroje przypominające płaszcze kąpielowe z kapturem,
wykonane z bardzo cienkiej tkaniny. Wszyscy rozkładają maleńkie
dywaniki na leżankach i w typowy dla wszystkich muzułmanów
sposób modlą się przez kilka, kilkanaście minut. Nie wiem
jak odnajdują kierunek na Mekkę. Możliwe, że podróżujący
nie muszą tego robić, podobnie jak w trakcie Ramadanu ( tu
nazywanym Ramazanem) chorzy, kobiety w ciąży i właśnie
podróżujący mogą jeść przed zachodem słońca.
Popołudnie
i wieczór w pociągu mają swój odmienny, specyficzny
rytm i klimat. Gdyby szukać jakiegoś odniesienia, to chyba
najbardziej odpowiednim byłoby porównanie do „leniwej
niedzieli” w polskim domu. Najmłodsze dzieci śpią, przyjmując
nieprawdopodobne pozycje. Starsze, „puszczone luzem” penetrują
wszystkie zakamarki wagonu, bez cienia skrępowania przyglądają się
tym, którzy z jakiegoś powodu wzbudzili ich zainteresowanie
lub podbierają zabawki śpiącym lub mniej uważnym. Co jakiś czas
wybuchają na tym tle awantury, lecz gasną równie szybko jak
powstały. Młodzież, jak chyba na całym świecie, wgapia się w
ekrany tabletów i smartfonów. Większość, dzięki
słuchawkom odcina się od świata absolutnie. Ci, którzy z
jakiegoś powodu nie korzystają z tego udogodnienia uraczają
najbliżej siedzących dźwiękami gier, sprawozdań sportowych i
disco polo w azjatyckim wydaniu. Mężczyźni są praktycznie
niezauważalni. Większość z nich gdzieś znika. Pozostali siadają
w grupkach i z ożywieniem dyskutują. Kobiety po ogarnięciu
stolików, bagaży, dzieci i rozbebeszonej pościeli na
„podległych” im leżankach czytają kolorową prasę lub
drzemią. Staruszkowie kursują na linii toalety-samowar. Tak,
zdecydowanie „leniwa niedziela”. Nieliczne postoje, trwające
kilkanaście minut wprowadzają nieco życia w ten senny klimat. Na
peronach kobiety wyposażone w zdezelowane dziecinne wózki
spacerowe, wypchane po brzegi słodyczami, napojami, owocami i
plackami różnego rodzaju, głośno zachwalają swój
towar. Mimo iż biesiada trwa od wyruszenia z Astany, chętnych na
uzupełnienie zapasów jest sporo. Przy wózkach z
lepszym towarem tworzą się kolejki. Mężczyźni wykorzystują
przerwy w podróży na niczym nieskrępowane palenie. W pociągu
obowiązuje zakaz palenia i „nikotyniarze” muszą oddawać się
nałogowi w toaletach lub przejściach między wagonami.
Konfiguracja
towarzyska jest dosyć „płynna”. Czasami zapatrzywszy się w
widok za oknem, lub zdrzemnąwszy się trochę, „gubi” się
poprzednio widziane osoby a na ich miejscu pojawiają się inne. W
taki sposób towarzyszyła nam grupa składająca się z
chłopaka, który głównie grał w coś na telefonie,
dwóch mężczyzn w średnim wieku i kobiety. Ze sposobu
rozmawiania można było wywnioskować, iż przynajmniej starsi są
spokrewnieni lub dobrze się znają. Słów nie sposób
było zrozumieć bowiem rozmawiali po Kazachsku, lecz w którymś
momencie odniosłem wrażenie, że jesteśmy przedmiotem ich
zainteresowania. Chwilę później jeden z mężczyzn siedzący
obok zwrócił się do mnie: „Słuszaj brat, moja żena
chotjeła`by znat` skolko wam ljet.” „A kak Ty dumajesz? -
odpowiedziałem pytaniem. „Jest piatdiesiat?” - padło
kolejne. „Jest. I jeszcze szest” - odparłem. Nie czekając na
reakcję wskazałem na przyjaciela i powiedziałem: „...i etot
mołodoj cziełowiek prosto piatdiesiat-tri”. Nie pamiętam
dokładnie, co odpowiedział mój rozmówca. Sens był
taki, że choć jesteśmy prawie rówieśnikami, to na to wcale
nie wyglądamy. Żartując zapytałem czy jego żona się tym
interesuje, bo chce go zamienić na kogoś młodszego, lecz coś
pokręciłem w swoim kiepskim rosyjskim, bo tamten odpowiedział
dosyć emocjonalnie: „Jak to oddać?” „Nie mówiłem o
oddawaniu za darmo. Na pewno jakoś byśmy się dogadali” dodałem.
„ A co ja bym zrobił z dziećmi i domem?” I natychmiast
zapytał: „Ile dajesz?” Ośmielona tą wymianą zdań, w
typowo kobiecy sposób, żona mężczyzny zaczęła kokietować,
że z pewnością nikt by jej już nie chciał. Nie chciałem dalej
brnąć w ten „śliski” temat, więc powiedziałem coś o
poczuciu humoru a nadejście handlarki ostatecznie zamknęło
dyskusję.
Handel
„kolejowy” przybiera różnorakie formy. Wcześniej już
także pojawiali się pojedynczy sprzedawcy z Koranem, w wersji
zeszytowej, czy plastikami „Made in China”. Nie zwracaliśmy na
nich uwagi, a i oni nie narzucali się ze swoim towarem. „Babuszka”
przepychająca się wąskim przejściem przyciągnęła naszą uwagę
nie tyle ciągnącym się za nią intensywnym zapachem ciasta
smażonego na oleju, co tajemniczym słowem „kurt”, powtarzanym
jak mantra. Zanim jednak zdążyliśmy jakoś zareagować przeszła
do następnego wagonu a jedynie woń oleju dowodził jej obecności.
Zapytałem jednego z sąsiadów co to ten „kurt”? „Kurt
eto..., kak ja mogu wam skazat' Kurt, eto kurt.” Wiedziałem,
iż pytanie skierowałem do niewłaściwej osoby. Na szczęście
kobieta, która przysłuchiwała się naszej rozmowie wtrąciła
się i dodała, że tajemniczy kurt, to rodzaj zakąski, przegryzki.
Wyrabiany jest z mleka i doskonale nadaje się do piwa czy wódki,
ale Kazachowie jedzą go przy różnych okazjach. Kosztuje
niewiele: pięćdziesiąt-osiemdziesiąt tenge za sztukę. Kiedy
ponownie zapach przegrzanej kuchni zapowiedział „babuszkę”,
przygotowałem portfel i odczekawszy, aż podejdzie, zaordynowałem:
„Odin kurt, pażałusta!” Babcia spojrzała na mnie ze
zdziwieniem, lecz bez słowa odsunęła gorące placki, będące
źródłem roznoszącej się wkoło woni i wyjęła woreczek
foliowy z małymi, białymi kulkami. Ostentacyjnie wyjęła dwie z
nich i podając mi je, następnie wyjęła sobie z nieopatrznie
otwartego portfela pięćset tenge a w jego miejsce włożyła
wymiętolony papierek. Speszony schowałem go, nie patrząc na
nominał i nie dociekając czy aby nie przepłacam. Sprzedawczyni
poczłapała dalej zostawiając nas z kulkami mniejszymi od piłki
pingpongowej, twardymi jak kamień i pachnącymi ... oborą. Wszyscy
wokół patrzyli na nas wyczekująco. Odgryzłem połowę
specjału i podałem pozostałą część koledze. Nie wiem jakiej
reakcji oczekiwali nasi sąsiedzi. Z ulgą stwierdziłem, że smak
kurtu wcale nie jest mi obcy. Słony, grudkowaty ser przypominał
wymoczony w solance i wysuszony bunc z beskidzkich szałasów
pasterskich. Przełknąłem, pokiwałem z aprobatą głową,
wywołując uśmiech na twarzach obserwatorów. Po chwili
wszyscy wrócili do przerwanych zajęć. Przekąska wywołała
jednak tłumiony dotychczas głód. Zalaliśmy wrzątkiem z
samowaru kuskus i dwie kostki rosołowe. Jednodaniowy posiłek
popiliśmy herbatą. Przyjaciel zignorował propozycję umycia mu
menażki, więc jego napój był wzbogacony smakiem ...resztek
kuskusu i bulionu jarzynowego.
Wydawało
się, że nadchodzący wieczór będzie kontynuacją spokojnego
popołudnia. Nic bardziej mylnego. W wagonie pojawiła się kobieta z
ogromną torbą. W związku z tym, że nasze miejsca były pierwszymi
z brzegu, bezceremonialnie ulokowała ją w jedynej wolnej
przestrzeni przy stoliku a wyjęte z przepastnej „sumki” sukienki
rozwiesiła na wspornikach górnych leżanek. W jednej chwili
leżeliśmy wewnątrz maleńkiego boutiku. Nie wiem, czy towar był
tak interesujący, czy też brak innych rozrywek sprawił, iż wokół
nas zrobiło się tłoczno. Panie przysiadały się spychając nas co
raz bardziej w kąt. Przeglądały wywieszone ciuchy, przykładały
je do siebie i głośno komentowały. Pojawienie się konduktorki
powitałem z nadzieją na zakończenie tej inwazji. Niestety,
dziewczyna żywo była zainteresowana towarem, a nie dyscyplinowaniem
kogokolwiek. Czuliśmy się zupełnie nie na miejscu. Wyjść było
nie sposób, więc staraliśmy się być niewidoczni. Harmider
i zamieszanie trwały z pół godziny. Jedna, może dwie
sukienki znalazły nabywczynie, po czym właścicielka przenośnego
sklepiku poskładała towar i poszła dalej. Odetchnęliśmy z ulgą.
Przedwcześnie. „Galeria Handlowa Na Kółkach” dopiero
otwierała swoje podwoje. Za pierwszą nadeszły następne handlarki.
Wszystkie rozkładały swój towar „u nas”, a właściwie
na nas, ponieważ kiedy brakowało miejsca stawaliśmy się żywymi
manekinami. Oczywiście nikt nie pytał o pozwolenie, ani też nie
przepraszał za niewygodę. W ciągu kilku godzin, mimowolnie,
zapoznaliśmy się z ofertą sukienek, bluzek, koszul, sweterków,
podomek i rajstop. Noc nieco spowolniła napływ nowych „handlowców”.
Tekstylia zostały wyparte przez biżuterię prezentowaną w
podświetlanych, przenośnych gablotach. Zintensyfikował się za to
ruch w kierunku toalet. Panowie, którzy równie
niezauważalnie pojawili się jak wcześniej zniknęli, prezentowali
nagie torsy, dresy i rozdeptane laczki a panie bamboszki i podomki. Z
nastaniem zmroku co bardziej religijni pasażerowie „uderzyli”
kilkukrotnie głowami w stoliki lub leżanki, odmówili cicho
krótkie modlitwy i przystąpili do jedzenia. Zapewne byli to
ci, którzy nie czuli się usprawiedliwieni podróżą i
ściśle przestrzegali zasad Ramadanu. Przed nimi na stolikach
pojawiły się naleśniki o kapuścianym zapachu, baranina,
słodycze. Pozostali pasażerowie przygotowywali się do snu,
moszcząc się na leżankach. Tu i ówdzie słychać było
pochrapywanie tych, którzy położyli się wcześniej. W kilku
miejscach zebrały się grupki mężczyzn raczących się zawartością
papierowych, przetłuszczonych pakunków i butelek. Dzień,
choć nieśpiesznie, dobiegał końca w rytmie wystukiwanym kołami
pociągu.
