24 CZEWCA (SOBOTA) KARAGANDA- BAŁCHASZ
Grzebiąc w Internecie w poszukiwaniu informacji o ciekawych miejscach w Kazachstanie, natrafiłem na stronę: https://the-steppe.com/news/razvlecheniya/2016-05-06/7-wonders-of-kazakhstan. Dwa miejsca wykluczyłem ze względu na odległość, pozostałe wraz ze wskazówkami, skrupulatnie wpisałem do planu podróży. Beaktau-Ata zostawiliśmy sobie „na deser”. Ażby we właściwy sposób nakreślić skalę popełnionych przez nas błędów uważam za stosowne napisanie tego, co sam chciałbym wiedzieć przed wyjazdem, a czego nie tylko nie przeczytałem, ale nawet nie domyśliłem się, bezkrytycznie podchodząc do tekstu z przytoczonej wyżej strony.
Przyjmując dwa zasadnicze kierunki, z jakich można tam dojechać, rozpocznę od północnego. Karaganda jest właściwym punktem orientacyjnym, szczególnie dla niezmotoryzowanych podróżnych. Należy jednak pamiętać, że w realiach kazachskich odległości są znacznie większe i jeśli komuś tam zadaje się pytanie o odległość, to enigmatyczne sformułowania: „niedaleko, blisko, nie bardzo daleko” itp. Oznaczają coś zupełnie innego aniżeli w Polsce. Z Karagandy do Bałchasz`u, drogą numer M-36 jest 377 kilometrów, czyli ...niedaleko. Nie mając własnego (wynajętego) samochodu, mamy trzy możliwości: pociąg, autobus, taksówka.
Pociąg jest fajnym rozwiązaniem, ale możliwym właściwie tylko dwa razy w ciągu jednej doby.
Taksówka, (Nie mam tu na myśli pojazdu z taksometrem, napisem „taxi” itp. Chodzi mi o pojazd, najlepiej siedmiomiejscowy, którego kierowca ruszy, kiedy dozbiera komplet pasażerów), wbrew naszym przyzwyczajeniom wcale nie musi być droższa od autobusu. Cena jest wypadkową wielu, często nieprzewidywalnych, elementów. Pierwsza zazwyczaj jest dla sprawdzenia możliwości i determinacji klienta (15000 tenge/dwie osoby). W trakcie negocjacji można ją istotnie obniżyć. Siedem tysięcy jest realną, dobrą ceną dla dwóch podróżnych). Co więcej, kierowca dowiezie nas na miejsce, a nie zostawi na drodze, dwanaście kilometrów przed celem.
Autobusy jeżdżą częściej aniżeli pociągi. Do ceny biletu należy doliczyć opłatę za plecak. Łącznie to około pięciu tysięcy, sześciuset tenge za dwie osoby.
(Do pociągu wrócę jeszcze omawiając kierunek południowy.) Wsiadając do autobusu, należy pokazać (nie tylko powiedzieć). gdzie chcemy wysiąść. Warto też, na wszelki wypadek, być czujnym. Interesujące nas miejsce znajduje się około siedemdziesięciu kilometrów przed Bałchasz. Po pięciu godzinach dosyć nudnej jazdy, po lewej stronie drogi, na stepie pojawi się samotna góra. Wówczas dobrze jest się przypomnieć kierowcy, żeby wysadził was na skrzyżowaniu z bardzo kiepską drogą. Teraz wszystko zależy od szczęścia. Jeśli pojedzie ktoś, kto zechce zabrać „paputi” - super! Trzeba się jednak liczyć z koniecznością wyłożenia dwóch tysięcy tenge. Jeśli nie, to przed Wami dwanaście kilometrów marszu.
Wracając do „taksówki”. W podanej kwocie jest transport „pod szlaban” (łącznie z tymi dwunastoma kilometrami kiepskiej drogi). Jedzie się znacznie krócej (cztery, cztery i pół godziny), wygodniej i co najważniejsze, można, a nawet należy umówić się z kierowcą na odbiór w odpowiadającym terminie.
Dla jadących z południa, właściwie nie ma alternatywy. Pociąg odpada, autobus jest nieekonomiczny. W Kazachstanie, jeśli wysiada się „po drodze”, to cena biletu będzie taka, jak do stacji końcowej. Można oczywiście „dogadać się” z kierowcą, ale tylko wówczas, kiedy są miejsca. Stacja autobusowa ma jednak inną, ważną rolę. Po jej lewej stronie jest stacja paliwowa, a w niej rezyduje młodzian, który zarządza flotą owych nieformalnych taksówek. To właśnie z nim. a nie z kierowcami trzeba negocjować. W tym samym miejscu zatrzymują się także zwykłe, oznakowane taksówki. Ich kierowcy chętnie przyjmą kurs, lecz podane ceny będą „sztywne”. Jeśli uda się cokolwiek wynegocjować, to będzie to miało charakter symboliczny. Umawianie się na powrót jest o tyle ważne, że stamtąd można wyjechać tylko z kimś, ewentualnie „przespacerować się” do M-36 ale to nadal jest dwanaście kilometrów, a dalej także trzeba liczyć na „stopa”. Sumując koszty poszczególnych etapów, taksówka wychodzi w tej samej cenie albo taniej, a zyskuje się na czasie. Korzystając z tego rozwiązania najlepiej poruszać się w grupie czteroosobowej. Ceny będą podobne a odjazd natychmiastowy.
Kiedy kwestia transportu w obie strony jest rozwiązana, pozostaje zastanowić się, co chcecie zobaczyć. Moim zdaniem dwa dni, to minimum tego, co jest potrzebne. Akapit w angielskojęzycznym tekście, dotyczący wody znajduje pełne potwierdzenie w praktyce. Można go uzupełnić o podkreślenie walorów filtra węglowego. Pomijając źródło w jaskini, woda w całym masywie pochodzi z opadów. Niecki skalne trzymają ją aż do odparowania. W zależności od ich pojemności, woda utrzymuje się w nich dłużej lub krócej, ale zawsze trzeba się liczyć z tym, że płynąc zabrała ze sobą jakieś odchody, a leżakując nabrała aromatu porostów i mchów. Filtr daje komfort picia bez zastanawiania się, czy zabrało się ze sobą Stoperan.
Zwiedzanie.
Wspomniana już jaskinia jest widoczna nawet z drogi. Trafienie do niej nie stanowi problemu. Miejscowi chętnie (za opłatą oczywiście) zawiozą, pokażą, opowiedzą niestworzone historie. Za ostatnim gospodarstwem ustawiony jest szlaban. Za nim ciągnie się droga, którą można obejść cały masyw. To jednak wariant dla spacerowiczów. Wchodząc na skały, nie sposób nie natrafić na jedną z wielu dolin z niezwykle fantazyjnymi formami skalnymi. Charakterystyczną ich cechą jest bujna roślinność, łącznie ze sporymi (jak na tamtejsze warunki) drzewami. Próżno jednak doszukiwać się tam „rodników”. Skalne podłoże uniemożliwia wsiąkanie wody w glebę, więc płynie ona albo do nielicznych ujść, albo do niecek, w których się gromadzi. Jeśli niecka jest wystarczająco duża, to z czasem zabrana przez wodę materia organiczna tworzy glebę a naniesione przez wiatr i zwierzęta nasiona, zapoczątkowują łąkę, zagajnik. Te oazy zieleni, wyrastające pośród wulkanicznych skał, są tym piękniejsze, że pojawiają się zupełnie nieoczekiwanie. Patrząc ze zbocza góry na wschód, można wypatrzyć dwa małe jeziora. Oddalone są zaledwie o kilka kilometrów i bez trudu można do nich dotrzeć w ciągu jednego dnia. Ich otoczenie znakomicie nadaje się na nocleg, zapewniając nie tylko większą wilgotność powietrza, niższą temperaturę, cień, ale także wodę do wszelkich zastosowań (konsumpcyjnych, higienicznych, relaksacyjnych itp.). Tylko od czasu, kondycji i fantazji zależy wariant powrotu do miejsca, skąd się wyruszyło. Można obejść cały masyw kierując się najpierw na południe a potem zachód i północ. Można przeciąć go wspinając się na szczyt lub przechodząc przełęczami albo też wrócić tą samą drogą, którą się przyszło. Gospodarstwa, znajdujące się przy drodze, oferują w dobrej cenie kurt i kumys. Czasami można zostać poczęstowanym powszechnymi tam bułeczkami smażonymi na głębokim tłuszczu, herbatą, czy wódką. Warto jednak pamiętać, iż wchodząc do kazachskiego domu „oddajemy” się gospodarzom pod opiekę. Ich troska może przybrać nieco męczące dla europejczyków formy. W dobrym tonie jest też zrewanżownie się za gościnę. To mogą być pieniądze, ale także coś przywiezionego z kraju: słodycze, gadżety, elementy ubrania, jeśli ich zainteresują. Znajomość, choćby kiepska, rosyjskiego jest znacznym ułatwieniem w kontaktach, tak towarzyskich jak i czysto praktycznych. Tak wyglądałby tekst dotyczący tego wyjątkowego miejsca, gdybym pisał przewodnik lub doradzał przyjaciołom wybierającym się do Kazachstanu. Wszyscy słyszeliśmy że „NAUKA KOSZTUJE”. Nasze pragnienie zobaczenia Bektau-Ata jest niezbitym dowodem prawdziwości tego twierdzenia. Co więcej, udowodniliśmy także, iż koszty nie muszą odnosić się bezpośrednio do nakładów finansowych. My zapłaciliśmy pieniędzmi, czasem, nerwami oraz świadomością jakimi jesteśmy ... dupami a nie podróżnikami. No ale po kolei... (doskonałe słowo, jeśli wraca się do historii przerwanej w pociągu, czyż nie?)
Po północy wykorzystując fakt, że większość podróżnych spała w najlepsze, poszedłem się umyć. Wcześniej były takie kolejki, że szanse na „wstrzelenie” się w wolną łazienkę graniczyło z cudem. Ponownie obudziłem się około piątej. Za oknami mgła gęsta jak śmietana. W kraju zapewne nie zwróciłbym na nią nawet uwagi , ale tutaj wywołała u nas spore zdziwienie. Przyjaciel zrobił dla nas obu kawę. Chciałem umyć naczynia, ale w łazience zamknęła się jakaś staruszka i do Karagandy nie udało się nikomu do niej dostać. Nie czekaliśmy na rozstrzygnięcie problemu, bo to była nasza stacja docelowa. Wysiadając byłem przekonany, iż konsekwentnie realizujemy optymalny plan podróży. W istocie, byliśmy konsekwentni, ale w popełnianiu kolejnych błędów. Nadal jednak tego nie wiedzieliśmy. Mimo wczesnej pory obejrzeliśmy sobie dworzec. Tak jak wcześniej widziane był czysty, odnowiony i radziecki w każdym calu. Wprawdzie dominuje w nim kolor zielony, ale figury, zdobienia, ornamentyka nie budzą najmniejszych wątpliwości, co do czasów, kiedy powstały ani idei, jaka przyświecała ich twórcom. Mniejsza jednak o kwestie wystroju budynków kolejowych. Już wcześniej ustaliliśmy, iż w pierwszej kolejności zadbamy o to, ażeby nic nie utrudniło nam przyjazdu na czas do Astany. Zatem należało ustalić optymalne połączenia i kupić bilety. Wszędzie, gdzie dotychczas rezerwowaliśmy miejsca w pociągu, byliśmy traktowani jak dzieci specjalnej troski. Miłe panie z okienek kasowych w Szu, Saryozek czy nawet Ałmatach uważnie słuchały, spisywały warianty przejazdów i powielokroć upewniały się, czy aby na pewno właśnie to nas satysfakcjonuje. Czyż można się zatem dziwić, że uznaliśmy to za ogólnokazachski standard i idąc do kasy w Karagandzie spodziewaliśmy się podobnego traktowania? W pierwszej kolejności zapytałem o pociąg do Bałchasz. Jak już wspomniałem, z jakiegoś niezrozumiałego powodu żaden z nas nie spojrzał krytycznie na wskazówki dojazdu i nie porównał ich z mapą. Gdybyśmy to zrobili, to zamiast teraz stać przed kasą kolejową w Karagandzie, zmierzalibyśmy, a może nawet, już byśmy byli w Bektau-Ata, unikając całej serii nieporozumień i błędów. Nie wysiedliśmy z pociągu w Bałchasz, choć należało. Przejechaliśmy niepotrzebnie prawie czterysta kilometrów i teraz dowiadywaliśmy się, że najbliższy pociąg będzie dopiero wieczorem. Przyjęliśmy to ze spokojem, ponieważ kasjerka powiedziała nam, że do tego miasta jest sporo autobusów. Zatem przeszliśmy do kupowania biletów do Astany. Wytłumaczyłem pani za szybą, że musimy być w stolicy najpóźniej o dziesiątej rano, dwudziestego siódmego czerwca, ponieważ o trzynastej odlatujemy do kraju. Nie wiem dlaczego wspomniałem o samolocie. Być może uznałem, że podkreśli to powagę sytuacji i skłoni kasjerkę do większej staranności? Jeśli tak, to osiągnąłem dokładnie ...odwrotny efekt. Blondynka odziana w uniform kiwnęła głową wystukała coś na klawiaturze komputera, po chwili podała nam blankiet biletu i skasowała trzy tysiące dwieście osiemdziesiąt tenge. Już miałem schować wydruk, kiedy odniosłem wrażenie, że coś z nim jest nie tak. Otwarłem zagięty kartonik i sylabizując słowa napisane cyrylicą szukałem powodu owego niepokoju. Nasze nazwiska, stacja docelowa, stacja początkowa wszystko się zgadzało. Data wyjazdu, data przyjazdu, także się zgadza... Nie! No właśnie się nie zgadzały. Dzień był wpisany poprawnie ale w pozycji „miesiąc” widniała siódemka a nie szóstka. Bywa, drobiazg. Dobrze, że udało się to wyłapać teraz a nie przy wsiadaniu do pociągu. Pokazałem kasjerce blankiet i pokazałem daty. „Ijun, nie Ijul” - wyjaśniłem z uśmiechem. „Wy skazali Ijul ” - odburknęła blondyna. Niemal zawsze, zaczynając rozmowę, przepraszam rozmówcę za swój kiepski rosyjski, co zwykle wywołuje uśmiech sympatii i zapewnienia, że mówię całkiem dobrze. Kiedy podeszliśmy do okienka, to po przywitaniu także wygłosiłem to oświadczenie, więc powiedziałem: „Ja sożieleju, no ja skazał, szto ja z trudom gawirit pa-ruski. Ijun, ijul-oni oczień pachożi. Prosti, pożałusta, prosti mienia”. Wspinałem się na szczyty uprzejmości nie żeby coś osiągnąć, wszak nie odeszliśmy nawet na krok od okienka, a jedynie żeby zachować miłą atmosferę i zostawić dobre wrażenie. Kobieta z miną urażonej primadonny zabrała blankiet, wystukała nowe dane i podała nowy mówiąc: „Eto budjet tysiacza trista tenge”. „Kak, eto tak? Kakije tysiacza trista tenge?”- zapytałem zaskoczony. „Razowaja komisja. U nas wsio zapisano. Izmienienie daty na biljetie tysiacza trista tenge.” - wyjaśniła głosem androida. Byłem wściekły i rozczarowany. Wściekły na siebie, na odhumanizowany system, na „paniusię”, która mogła wykazać choćby odrobinę zrozumienia. Rozczarowanie dotyczyło wyobrażeń o własnej skuteczności i umiejętnościach interpersonalnych. Na domiar złego, specjalnie wybraliśmy tańsze miejsca, żeby zaoszczędzić a teraz musimy zapłacić za nie dość wyraźne wymówienie liczebnika. Z poczucia winy podjąłem jeszcze jedną próbę negocjacji czym wywołałem niespodziewany atak furii. Kasjerka histerycznie zaczęła pytać czy to ona ma zapłacić ze swoich pieniędzy i na dowód determinacji sięgnęła do torebki. Przyjaciel, który dotychczas w milczeniu przypatrywał się tej scenie powiedział: „ Zapłać jej, to nie jest warte tej awantury”. Wyjąłem żądaną kwotę i kładąc na tacce powiedziałem: „Nu, wsie w pariadkie. Pażałusta.” Kasjerka zabrała pieniądze jakby były zadżumione, przeliczyła i powiedziała: „Tysiacza trista tenge ...adin biljet. Dwa biljeta – dwie tysiaczi, sześćsot tenge.” Miałem ochotę ją udusić, ale zamiast tego dołożyłem pozostałą kwotę i odwróciłem się i ruszyłem do wyjścia. Za sobą usłyszałem Witka, jak mówi: „Spasiba. Do-swidania”. Dopiero na parkingu odwróciłem się do niego i powiedziałem: „Moja wina. Pewnie rzeczywiście źle wymówiłem nazwę tego cholernego miesiąca. Wybacz, zapłacę to z własnej kieszeni.” „Przestań! Nie ma o czym gadać. Baba źle usłyszała albo się pomyliła. A jeśli nawet nie, to też tam byłem i nic nie zrobiłem. Trzeba pisać, wówczas nie będzie wątpliwości.” - odparł przyjaciel, co niestety wcale mi nie poprawiło humoru. Weszliśmy do budynku dworca autobusowego. W informacji dowiedzieliśmy się, że na tańszy autobus nie ma miejsc. Następny będzie za dwanaście godzin. Są trzy ostatnie na przelotowy o dziewiątej. Najwyraźniej limit pecha nie został przez nas wyczerpany. Z bólem serca, a właściwie portfela, zdecydowaliśmy się kupić bilety. Kasjerka zażądała pięć tysięcy sześćset tenge, co wydało nam się strasznie drogo i zaraz dodała patrząc na nasze plecaki: „Biljet dla bagaża. Adin – piatsot tenge.” Zrezygnowany zapłaciłem bez słowa. W tej sytuacji trzeba było wymienić dodatkowo trochę dolarów. Kantor na dworcu autobusowym nie był czynny. Pytani ludzie wskazywali na bank, lecz szybko dodawali, że dopiero po dziewiątej. O tej godzinie mieliśmy odjechać, więc wróciliśmy na dworzec kolejowy, choć miałem już do niego głęboką niechęć. Tamtejszy kantor także był nieczynny. Wróciliśmy zatem na dworzec autobusowy, gdzie właśnie otwierano punkt wymiany walut. Zamieniłem wizerunki prezydentów USA na lokalną walutę i usiedliśmy w poczekalni. Spodziewałem się, że nadejdzie moment kiedy usłyszę „ Trzeba nam kupić chleb, przyjacielu” i nie przeliczyłem się. Dałem Witkowi portfel mówiąc: „Nie gniewaj się ale nie mam ochoty już nigdzie chodzić. Jak chcesz, zostaw plecak i idź poszukać piekarni, a ja tu poczekam i będę przeżywał bezsens naszych wysiłków.” Przyjaciel wstał, schował pieniądze i na odchodne powiedział: „ Przesadzasz, wszystko jest w porządku, a chleb się nam przyda, bo nie wiemy jak daleko jest do Bałchasz i jak długo tam pojedziemy”. Niestety, była to prawda. Mimo przykrych doświadczeń nie sprawdziliśmy nawet tego. Wprawdzie kupiona przeze mnie mapa Azji Centralnej kończyła się przed Karagandą, ale można to było zrobić w inny sposób. Czekając na towarzysza podróży, przyglądałem się innym podróżnym. W większości Azjaci. Kilka osób o europejskich rysach mogło być turystami, ale jeśli nawet, to byli to Kazchowie. Starsze osoby taszczyły ze sobą wielkie, szmaciane torby. Młodzież, jak wszędzie, ze słuchawkami na uszach, wpatrzona w ekrany smarfonów lub tabletów. Zero kontaktu z otoczeniem. Gdyby na peronie rozbił się UFO, zapewne nawet by tego nie zauważyli. Witek wrócił z czerstwą lepioszką i wodą. Przed dziewiątą przenieśliśmy się na stanowisko, gdzie miał podjechać autokar. Kłębiło się tam kilkanaście osób. Wśród nich kilkuosobowa rodzina muzułmanów o nieco innych rysach i ciemniejszej karnacji, aniżeli Kazachowie. Uwagę zwracali dwaj inwalidzi na wózkach. Jeden wyglądał na trędowatego. Nie miał stóp, części palców w dłoniach oraz nosa i uszu. Drugi był pozbawiony jednej nogi. Kiedy podjechał autokar, zastanawiałem się jak oni dostaną się na bardzo wysoki pokład, po stromych, wąskich schodkach. Szybko zaspokoiłem swoją ciekawość. Obaj korzystając z kolan i łokci wczołgali się na górę. Ten mniej upośledzony usiadł na fotelu samodzielnie, drugiego posadził jakiś współpasażer. Autobus ruszył z kilkuminutowym opóźnieniem. Do wyjazdu z miasta przyglądałem się widokom za oknem. Karaganda to duże miasto górnicze. Stolica obwodu. W większości pospolite. Architektura lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych minionego wieku, poprzeplatana jest współczesnymi wykwitami ze szkła i aluminium. Dużo krzykliwych reklam, w rozmieszczeniu których brak jakiejś koncepcji. Spory ruch na ulicach. Smog. Kierowca włączył jakiś rodzimy kryminał. Zapowiadała się dłuższa jazda. Wyjąłem telefon, uruchomiłem GPS i ze zdziwieniem przeczytałem, że do Bałchasz jest ponad trzysta sześćdziesiąt kilometrów. „Może i dobrze, że Witek kupił chleb” - pomyślałem sobie. Gdybym wówczas, nauczony przykrym doświadczeniem, dopytał się o cel naszej podróży (bo na mapach elektronicznych Bektau-Ata nie było), to nie doszło by do kolejnej, głupiej pomyłki. Gdybym, ale tego nie zrobiłem. Zawierzyłem informacjom, które już raz okazały się jeśli nie błędne, to mylące. Może to była kwestia tłumaczenia, może niefrasobliwości autora. W każdym z tych przypadków można było jednak to zweryfikować czego niestety, nie zrobiliśmy. Jechaliśmy na południe drogą, która jak w amerykańskich filmach, równo przecina tam prerię a tu step. Po obu stronach autobusu nic, o co można by było zaczepić wzrok. Mniej więcej co godzinę kierowca robił postój. Po pięciu godzinach jazdy, z lewej strony pojawiło się bardzo malownicze wzniesienie. Właśnie ponownie wyszło słońce po krótkim, choć intensywnym deszczu i rosnąca w oczach skalista góra wyglądała niezwykle urokliwie. Obaj się jej przyglądaliśmy i żaden z nas nie pomyślał, że może to być miejsce do którego zdążamy. To, iż nie zauważyliśmy drogowskazu, można zrozumieć, ale to, że podziwiając zaskakujący urodą widok, nie zapytaliśmy nikogo o nazwę, już nie za bardzo. Zjawisko zostało za nami, a my jeszcze przez ponad godzinę oddalaliśmy się od miejsca, do którego jechaliśmy. Po raz drugi w ciągu niespełna jednej doby! Dojeżdżając do Bałchasz widać było nadchodzący deszcz. Wprawdzie na stepie zmiana kierunku wiatru jest wielce prawdopodobna, nawet jeśli pada, to zazwyczaj krótko, no ale przy trzymającym się nas kurczowo pechu, należało się spodziewać „wielkiego lania”. Przy odbieraniu bagażu zapytałem kierowcę czym i kiedy można pojechać do Bektau-Ata. Ten spojrzał na mnie upewniając się czy sobie z niego nie żartuję a potem zapytał dlaczego nie powiedziałem mu po drodze, że tam chcemy jechać. Spojrzałem zdziwiony a on dodał: „Jak bym wiedział, to bym Was wysadził. Jakąś godzinę temu minęliśmy to miejsce”. Zrobiło mi się ciepło na plecach. Dobrze pamiętam zdanie z tekstu, z którego dowiedziałem się o istnieniu Bektau-Ata: „ ...po około sześćdziesięciu, siedemdziesięciu kilometrach od miasta Bałchasz będzie drogowskaz z napisem Bektau-Ata 12 km - zatem za a nie przed Bałchasz, czyż nie?” - zapytałem sam siebie i sam sobie odpowiedziałem: „Zależy, z której strony się jedzie, idioto.” Uświadomienie sobie własnych ułomności nie jest przyjemne, ale na użalanie się przyjdzie czas, teraz trzeba naprawić błędy możliwie jak najmniejszym kosztem. „Dobrze, nie powiedziałem. Żałuję, ale trudno. Zatem jak tam możemy dojechać?” - powtórzyłem pytanie. „Jeśli są miejsca, to z nami. Będziemy wracać do Karagandy” - odparł kierowca. „A kto wie, czy są miejsca” - dopytywałem. „Trzeba zapytać kasjerkę. Tam, w budynku.” - powiedział pokazując na niewielki dworzec. Podszedłem do przyjaciela, który poprawiał i zakładał plecak. „Muszę cię o coś zapytać” powiedziałem. „Tak, a o co chodzi?” - odparł zaskoczony. „ Czy masz świadomość, że zawierzasz swoje pieniądze, a czasami może i zdrowie debilowi, który nie potrafi czytać ze zrozumieniem?” - zapytałem całkiem serio. Był skonsternowany i tonem i treścią. Po chwili milczenia zapytał: „Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? Nie bardzo rozumiem o co ci chodzi. O co pytałeś?” „Pamiętasz tą fajną górę na stepie? Tą, którą Ci pokazywałem w autobusie, jakąś godzinę temu?” - zapytałem. „Nooo, pa-mię-tam.” - przesylabizował. Wyjaśniłem mu pokrótce sytuację. „Czyli co? Przejechaliśmy skrzyżowanie? - zapytał. „Właśnie tak.” skwitowałem. „Czekaj, ale w Karagandzie mówiłeś, jak kupowaliśmy bilety, że mogliśmy wysiąść wcześniej. To kiedy ją przejechaliśmy? Teraz czy poprzednio?” - dociekał boleśnie. „I wtedy i teraz. Gdybyśmy wysiedli w Bałchasz, a nie w Karagandzie, to nie jechalibyśmy autobusem i nie przejechalibyśmy jej teraz. Rozumiesz?” - zapytałem zniecierpliwiony. Chciałem skończyć ten temat, a musiałem brnąć dalej. „Taaak, kapuję. To jaki jest plan?” - zapytał. „Mnie lepiej nie pytaj o plany. Mało namieszałem? Teraz twoja kolej.” - użalałem się nad sobą. „Przestań! Zbiera się na deszcz. Trzeba coś wymyślić. Idziemy zapytać o autobus.” - zdecydował. Kasjerka powiedziała, że teraz ma jedno miejsce, a cena wynosi tyle samo co w tą stronę. „Jak to tyle samo? Z Karagandy jest trzysta sześćdziesiąt kilometrów, a do skrzyżowania podobno sześćdziesiąt” - pytałem zaskoczony. „Bilet jest do Karagandy, a gdzie wysiądziecie, to wasza sprawa. Bierzecie? Ludzie czekają” - powiedziała, patrząc mi przez ramię. Wyszliśmy z kolejki. „To niedorzeczne. Dlaczego mam płacić za bilet do Karagandy, jeśli jadę tylko kawałek?” - nie mogłem zrozumieć. „Nie wiem, tak tu widocznie jest. Idziemy na dworzec kolejowy. Może pociągiem się dostaniemy. ” - powiedział. „Obawiam się, że nie, ale i tak musimy kupić bilet powrotny do Karagandy, więc chodźmy” - powiedziałem zrezygnowany. Kiedy pytaliśmy kogoś przy autobusie o pociąg, pokazał nam kierunek i powiedział „niedaleko”, więc postanowiliśmy iść na piechotę. Po kilometrze, obaj mieliśmy dosyć. Przyjaciel, który hiobowe wieści zniósł nad podziw dobrze, spochmurniał jak niebo nad nami. „Może chcesz chleba?” - zapytałem wiedząc jak lubi miejscowe wypieki, a kupiony w Karagandzie zjedliśmy w autobusie. Wzruszył ramionami. Było gorzej, aniżeli myślałem. Uczepiłem się jednak tego pomysłu. Jak na złość w najbliższym sklepie nie było pieczywa. W drugim pakując placek, zapytałem o dworzec. Usłyszałem w odpowiedzi, że jest. Całkiem blisko. Jakieś dwadzieścia minut ....samochodem. Przyklnąłem w duchu, a głośno zapytałem o autobus. Też jest. Dwójka. Powiedziała sklepikarka. Powtórzyłem to przyjacielowi ale przyjął to obojętnie. Usiedliśmy na przystanku. Czekając na autobus, dojadaliśmy cukierki. Wiatr miotał kurzem i piaskiem. Burza wydawała się nieunikniona. Jadąc już, doszedłem do wniosku, że na piechotę potrzebowalibyśmy godzinę na dotarcie na dworzec. Na dodatek zaczęło padać. Dworzec wydawał się kompletnie pusty, ale kasa była otwarta. Od kasjerki dowiedzieliśmy się, że są tu dwa dworce, nowy i ten, ale z żadnego nie pojedziemy do Bektau-Ata, bo tam się nic nie zatrzymuje. Do Karagandy możemy jechać dwa razy dziennie, ale skoro nie wiemy jak dotrzeć do celu, to jak mamy przewidzieć, kiedy będziemy wracać? Zdecydowaliśmy się wrócić na dworzec autobusowy, gdzie stały też taksówki. Skoro nie można inaczej, to trzeba brać, co jest. - Pomyślałem. W drodze powrotnej lało jak z cebra. Wprost z autobusu pobiegliśmy na dworzec autobusowy, lecz tam oferta była taka, jak poprzednio. Chcieliśmy popytać taksówkarzy, ale ledwo wyszliśmy z budynku deszcz się nasilił, więc schowaliśmy się pod wiatę stacji paliw. Staliśmy chwilę marznąc, bo wiał zimny wiatr, a ubrania mieliśmy już przemoczone, kiedy Witek oświadczył, że idzie kupić wodę. „Może nie na stacji, tylko w jakimś sklepie. Tutaj będzie drogo.” - Powiedziałem nieśmiało. „Co za różnica?” - odpowiedział pytaniem i wszedł do środka. Poszedłem za nim. Wewnątrz, były dwie osoby. Młoda ekspedientka flirtowała z niewiele od niej starszym chłopakiem. Przyjaciel podszedł do półki z napojami a ja stanąłem przy oknie i bezmyślnie patrzyłem przed siebie. „Dokąd się wybieracie?” - Usłyszałem za sobą głos chłopaka. Odpowiedziałem, choć wcale nie miałem ochoty na pogaduszki. „Mogę was tam zawieźć.” - Kontynuował młodzian. „Za ile? Problem w tym, że mamy mało pieniędzy. Za dwa dni wracamy do Europy i wszystko nam się kończy. Pieniądze także” - wyjaśniłem. „Dziesięć tysięcy.” Padła odpowiedź. „Niestety, wszystko co mamy, to czternaście tysięcy a musimy jeszcze jakoś się dostać do Karagandy.” - Powiedziałem przekonany, że to zakończy rozmowę. „Dobrze.” - Powiedział chłopak. „Co dobrze?” - Zapytałem. „Może być czternaście tysięcy” - usłyszałem w odpowiedzi. „Nie rozumiesz ....” zacząłem. „Wszystko rozumiem. Płacicie czternaście tysięcy, a ja was zawożę na miejsce, potem odbieram i zawożę na dworzec w Karagandzie.” - Wyjaśnił. Zaintrygowało mnie to. Nie rozumiałem jak to możliwe, że za przewiezienie nas na odległość osiemdziesięciu kilku kilometrów chciał dziesięć tysięcy, a za kurs łączny, na dystansie ponad czterystu kilometrów chce tylko czternaście tysięcy. Zawołałem przyjaciela, powiedziałem mu pokrótce o co chodzi i wyjąłem zeszyt. Na okładce nabazgroliłem punkty odniesienia, odległości i podane kwoty. Mężczyzna przekreślił dziesięć tysięcy, w to miejsce wpisał siedem. Przy drugim odcinku drogi napisał drugie siedem tysięcy a po znaku równości czternaście. Witek patrzył na to z wyraźną niechęcią, w końcu powiedział: „To jakaś ściema. Pewnie chce nas wyrolować. Weźmie czternaście i więcej się nie pokaże. Idę popytać taksówkarzy.” I wyszedł na deszcz. Przeprosiłem naszego rozmówcę. Oświadczyłem, że ja się zgadzam ale jeździmy razem i mój kolega musi to zaakceptować a chce zapytać jeszcze innych. Chłopak siedział niewzruszony. Powiedział tylko, żebyśmy się pośpieszyli „bo ludzie czekają.” Nie bardzo zrozumiałem ostatniej kwestii, ale nie było czasu na wyjaśnienia. Pobiegłem za przyjacielem. Pierwszy zapytany taksówkarz nie był zainteresowany. Drugi zażądał siedemnastu tysięcy. Ostatni odesłał nas do ...chłopaka ze stacji, mówiąc o nim „szef”. Wróciliśmy i powiedziałem, że się zgadzamy, ale płacimy tak, jak jedziemy. W Bektau-Ata siedem tysięcy, a Karagandzie reszta. Machnął ręką na zgodę i podprowadził nas do białego BMW. Nie wsiadł jednak za kierownicę, tak jak się spodziewałem, a jedynie dosyć długo coś tłumaczył innemu młodemu mężczyźnie. Tamten przytakiwał, a na koniec otworzył bagażnik i zabrał nasze plecaki. Wsiadając do samochodu zrozumieliśmy kwestię „czekających ludzi”. Wewnątrz siedziało małżeństwo w średnim wieku. Wyglądało na to, iż jadą z wizytą, ponieważ mężczyzna miał na kolanach bukiet kwiatów, a kobieta dwie ozdobne torby na prezenty. Nie wiem kiedy wsiedli, ale jeśli nawet tuż przed naszym przyjście, to musieli tak czekać przynajmniej godzinę. Samochód był dobrze utrzymany. I bardzo dobrej klasy. Ruszyliśmy w drogę. Kierowca dwukrotnie telefonował chyba w naszej sprawie. Dało się bowiem wyłowić z kazachskiego słowa o turystach, Bektau-Ata, górach. Po czterdziestu minutach zauważyliśmy drogowskaz opisany w moich materiałach, który nieopatrznie nie zauważyliśmy z autobusu. Kierowca skręcił w boczną drogę, która od samego początku była kiepska, ale po pierwszych kilkuset metrach zrobiła się koszmarna. Czekałem tylko na kolejny telefon do szefa , który każe nas zostawić na poboczu, żeby nie niszczyć samochodu. Nic takiego nie nastąpiło aż do pierwszych zabudowań. Kierowca zatelefonował, wysłuchał poleceń i kontynuował jazdę, choć muszę przyznać, że ja bym dalej nie jechał swoim, tańszym i wyżej zawieszonym samochodem. Nasi współtowarzysze podróży znosili tą nieprzewidzianą atrakcję ze stoickim spokojem. Nie tylko nie denerwowali się przedłużającą się jazdą, ale rozmawiali spokojnie o jakiś swoich sprawach. Doszło do tego, że byłem gotowy sam poprosić o wysadzenie nas, obawiając się utopienia samochodu w błocie. Podziwiałem determinację kierowcy, który podwiózł nas niemal pod sam szlaban. Przy wysiadaniu, posiłkując się zeszytem i długopisem, ustaliłem z nim dzień, godzinę i miejsce odbioru. Spisałem też numery telefonów jego i „szefa”. Wypłaciłem ustaloną kwotę i odprowadziłem wzrokiem nurzające się w błotnistych kałużach białe BMW, aż zniknęło za zakrętem. Za szlabanem ciągnęła się kamienista droga. Z lewej jej strony ciągnęły się różne w wielkości skały o wyokrąglonych krawędziach. Z prawej, bardzo stromo w górę, takie same skały tworzyły rodzaj gigantycznych tarasów, stopni, które tworzyły stożek widziany przez nas z autokaru. Przeszliśmy kilkaset metrów i postanowiliśmy znaleźć miejsce pod namiot. Pora była po temu odpowiednia a kłębiące się chmury w każdej chwili mogły zrzucić na nas swój mokry balast. Zeszliśmy na lewo i zdecydowaliśmy zanocować na niedużej plamie żwiru, naniesionego przez wodę. Szybko uporaliśmy się z namiotem, a potem nastawiłem w nim wodę na nasz palnik. W tym czasie przyjaciel wrócił do wioski, skąd przyniósł butelkę wody ze studni i „listę cen nabiału”. Woda gotowała się w ślimaczym tempie, więc w Witku obudził się „alpinista”. Powiedział, że idzie się rozejrzeć i pomaszerował wprost w kierunku góry. Kiedy pure było gotowe, usiłowałem go jakoś wezwać. Widziałem jego „miniaturkę” na tle skał, ale był zbyt daleko, żeby mnie usłyszeć. Zaczynało się ściemniać więc jeśli nie głód, to zapadająca ciemność skłonią go do powrotu. Pomyślałem. Tak też się stało. Zjedliśmy ziemniaki i zabieraliśmy się do mycia, korzystając z kilku skalnych niecek wypełnionych ciepłą wodą, kiedy nadszedł deszcz. Pojawił się nagle i był bardzo gwałtowny. Chmury pędzone wiatrem przetaczały się nad nami w opętańczym tańcu przecinane ostrzami błyskawic. Namiot puchł i nadymał się, żeby po chwili popaść w konwulsje zasysającego go podmuchu. Przeczuwając zmianę pogody bardzo starannie zakotwiczyliśmy go i dlatego bez zbędnych emocji zasypialiśmy opatuleni śpiworami.
26 CZERWCA (PONIEDZIAŁEK) BEKTAU-ATA - KARAGANDA
Spało się mi doskonale. Kładłem się czysty (co podczas tej podróży, wcale nie było takie oczywiste), było mi ciepło i jak na warunki biwakowe, miękko. Dlatego też nie od razu zorientowałem się, że coś się dzieje. Obudziło mnie światło latarki przemykające po wnętrzu namiotu i ciche postękiwania. Odwróciłem się i zobaczyłem ciemną sylwetkę przyjaciela. Siedział nienaturalnie pochylony do przodu. W lewej dłoni trzymał „czołówkę”, prawą obejmował klatkę piersiową, jakby w obawie, że coś z niej się wyrwie. W pierwszej chwili pomyślałem, że to z powodu wody. Piliśmy ją jednak obaj, a ja czułem się bardzo dobrze. „Co się dzieje? Źle się czujesz?” - Zapytałem cicho, a nie doczekawszy się odpowiedzi powtórzyłem głośniej. Pomiędzy mimowolnymi stęknięciami, cichym, drżącym głosem Witek powiedział, że kłuje go w okolicach mostka. Wystraszyło mnie to, bo natychmiast pomyślałem o zawale serca, a na tym odludziu byliśmy zdani na siebie. Jeśli nawet któryś z telefonów ma zasięg, to jak określić naszą pozycję? Może GPS? A może stojący obok kurhan byłby wystarczającym punktem orientacyjnym? Może i tak, ale nie mogłem sobie przypomnieć komu był poświęcony. „Co to za ból? Myślisz, że może to być serce? Brałeś już coś?” - dopytywałem zdenerwowany. Z trudem wystękana odpowiedź trochę mnie uspokoiła. Opisane objawy były mi dobrze znane. „Neuralgia międzyżebrowa” - zawyrokowałem autorytatywnie, mając nadzieję, że tak właśnie jest, ponieważ mija samoistnie. Zanim się to stanie, ma się wrażenie, jakby klatkę piersiową przekłuwał stalowy pręt, którym coś porusza, lecz zazwyczaj trwa to kilkanaście minut. Tak było i tym razem. Położyliśmy się, a rano pozostało po tym incydencie jedynie przykre wspomnienie. Sprawnie zakrzątnęliśmy się przy śniadaniu, a potem przy zwijaniu obozowiska. Po ósmej ruszyliśmy w stronę gór. Zaskakująco szybko dotarliśmy do pierwszych skał. W trawie natknęliśmy na pobielałe kości dużego zwierzęcia. Przez chwilę zastanawiałem się, czy padło z pragnienia idąc z gór, tak blisko jezior, czy może zostało zabite. Zagadka była nie do wyjaśnienia, więc poszliśmy dalej. Tym razem nie zamierzaliśmy przebijać się przez góry, a obejść je, kierując się na północ. Jeszcze nad jeziorem zaproponowałem kierunek południowy, lecz Witek obawiał się, że może zająć nam to zbyt wiele czasu i nie zdążymy dojść na miejsce spotkania z kierowcą. Nie mogłem wykluczyć takiej ewentualności, a skutki spóźnienia mogły wpłynąć na plan powrotu do Astany, więc bez żalu zrezygnowałem z tego pomysłu. Idąc wzdłuż krawędzi skał, po wyschniętym i spękanym podłożu, dotarliśmy do pierwszego z bardzo tu licznych kanionów. Zazwyczaj nie są ani wysokie, ani bardzo strome, choć bywają wyjątki. Ten do nich nie należał. Poszło nam całkiem „gładko”. Po nim kolejne kilkaset metrów forsowaliśmy skalny płaskowyż, który kończył następny kanion. Tu już ściany były bardziej strome, trudniejsze więc wybraliśmy ścieżkę wiodącą przez zagajnik porastający dno kotliny. Drzew było niewiele, ale nogi grzęzły w splątanych, pokrytych kolcami łodygach i masie zeschniętych gałęzi. Kolejna ścianka, wspinaczka kilka metrów w górę, tylko po to, ażeby po przejściu kawałka płaskiej skały schodzić w dół. Po którejś z kolei „wdrapywanek”, ze skalnej półki dostrzegliśmy cmentarz, na którym byliśmy poprzedniego dnia. Rozwiało to wszelkie wątpliwości co do wybranego kierunku marszu. Łatwiej też nam było oszacować czas potrzebny na powrót. Kiedy dotarliśmy do głazu, w którego cieniu odpoczywaliśmy poprzednio, postanowiliśmy dojeść podsuszony chleb. Słońce świeciło niemal pionowo, więc plama cienia była bardzo wąska. Opierając się plecami o skałę i podkurczając nogi z trudem się w niej mieściliśmy. Opuszczaliśmy azyl niechętnie, bo żar lejący się z nieba boleśnie smagał odkryte części ciała, a z pozostałych wyciskał pot. Przyspieszyliśmy tempo marszu. Ponownie szliśmy na granicy skał i stepu. Zza kolejno mijanych wyłomów, wyłaniały się znane widoki dlatego też byliśmy kompletnie zaskoczeni obrazem, jaki pojawił się przy schodzeniu do płytkiego kuluaru. Z bardzo wąskiej rozpadliny, gęsto porośniętej krzewami płynął nieśpiesznie mały strumyk. Co jakiś czas, w zagłębieniach, tworzył rytmicznie następujące po sobie oczka. Woda była chłodna, czysta i pozbawiona zapachu mchu. „Czyżby jednak były tu źródła?” - Zastanawialiśmy się głośno. Trudno było przepuścić taką okazję. W cieniu krzewów pozostawiliśmy plecaki i poszliśmy się opłukać. Przyjaciel postanowił zbadać skąd płynie struga. Zabrał butelki i poszedł wzdłuż rozpadliny. Korzystając z jego nieobecności, wykąpałem się i wyprałem wszystko, co tylko mogłem z siebie zdjąć. Po kilkudziesięciu minutach wrócił przyjaciel z informacją, że nie udało mu się kategorycznie potwierdzić czy wykluczyć pochodzenie wody. W tej sytuacji, uznaliśmy za właściwe poddanie jej filtracji, choć wyglądała i pachniała zdecydowanie lepiej od tej, którą piliśmy przez cały poprzedni dzień. Usadowiłem się wygodnie i nabierając wodę z najbliższego oczka oddałem się mozolnemu procesowi przepychania jej przez filtr. Widziałem jak to robił Witek i nie miałem złudzeń, ale w praktyce okazało się to jeszcze bardziej czasochłonne i męczące, aniżeli mogłem się spodziewać. Zgniatanie plastikowej butelki w taki sposób, ażeby woda wyciekała z filtra wymagało sporo siły. Po przeciśnięciu dwustu, dwustu pięćdziesięciu mililitrów trzeba było uzupełniać płyn w pojemniku, a to wymagało odkręcenie go od filtra. Napełnienie czystą wodą dwóch półtoralitrowych butli trwało i trwało. Przyjaciel w tym czasie także przeprał ubrania, pocerował skarpety, a w końcu wybrał się na poszukiwanie interesujących go roślin. Kończyłem napełniać drugą butelkę, kiedy wrócił podekscytowany. „Nie uwierzysz co znalazłem!” - Zawołał z daleka. „Rzuć to wszystko i choć ze mną. Takiego czegoś jeszcze nie widziałeś.” - Dodał stojąc nade mną. „Widzisz, że jeszcze trochę muszę „dofiltrować”. Powiedz o co chodzi.” - Odpowiedziałem. „Zostaw. Wystarczy nam tej wody. Jesteśmy już blisko. No, chodź!” - Upierał się jak dziecko. Wiedziałem, że opieranie się nie ma sensu. Wstałem i poszedłem za nim. Idąc wzdłuż strumyczka, po dosłownie kilkudziesięciu metrach, zobaczyłem ...basen. Nie w sensie dosłownym, oczywiście. Struga płynąc po skale wpływała do wielkiej niecki utworzonej przez załom skalny. Zgromadzona tam woda miała ponad metr głębokości. Rozpadlina miała pięć, sześć metrów długości i dwa, dwa i pół metra szerokości. Od biedy można w niej było pływać. „No i co? Jak ci się to podoba?” - Dopytywał Witek. „Niesamowite” - Przyznałem. „Gdybyśmy wcześniej to zobaczyli, to nie musielibyśmy się chlapać w tamtej kałuży” - Dodałem zapominając jaki zachwyt wywołała owa „kałuża”, kiedy ją znaleźliśmy. „Możemy się wykąpać jeszcze raz.” - Podrzucił kolega. „Ledwo co wyschły nam rzeczy, chcesz znowu je suszyć?” - zapytałem. „Na tym słońcu potrwa to chwilę. Po co się mamy śpieszyć. Będziemy potem siedzieli przy drodze i łykali kurz.” - Uzasadnił swoją propozycję Witek. Trudno było z tym polemizować. Do szlabanu mieliśmy z tego miejsca najwyżej godzinę. Z kierowcą umówiliśmy się pomiędzy siedemnastą a osiemnastą. Czasu faktycznie było dość. „Włazimy” - Zdecydowałem się. Pozbyliśmy się ubrań i wskoczyliśmy do wody. Była trochę cieplejsza od tej powyżej, lecz nadal przyjemnie chłodna. Otoczenie tego naturalnego SPA jak z folderów turystycznych, wymarzona pogoda. Czego moglibyśmy chcieć więcej? Pławiliśmy się pod czujnym okiem kamiennej łasicy. Nie mogliśmy zrozumieć, jak przeoczyliśmy to miejsce idąc tędy poprzedniego dnia. Musieliśmy przechodzić w odległości dosłownie kilkudziesięciu metrów. Nawet, jeśli nie wypatrzyliśmy samego „basenu”, to wyciekająca z niego woda gdzieś musiała przecinać szlak. Przypomniałem sobie, że gdzieś w tej okolicy natknęliśmy się na spory zagajnik i w nim bezskutecznie szukaliśmy wody. „Być może wcieka ona w jakąś szczelinę i już jako podskórna gromadzi się tam, tworząc odpowiednie warunki dla roślin.” - Spekulowałem głośno. „Tak czy owak, jest super, no nie?” - Zapytał retorycznie przyjaciel. Rozmoczeni, jak nigdy dotąd wyszliśmy, żeby się osuszyć i wywiesić spodenki. Tak, jak się spodziewaliśmy, wszystko wyschło błyskawicznie i mogliśmy ruszyć w drogę. Po godzinie marszu dotarliśmy na miejsce pierwszego tu obozowiska. Przyjaciel wykopał i spakował kilka rojników. Pierwotnie nie miałem ochoty bawić się w ogrodnika, ale pomyślałem, że może ojciec chciałby mieć w swoim skalniaku roślinę wprost ze stepu, więc zrobiłem to samo. Mijając pierwsze zabudowania zagadnęliśmy pracującego na podwórku chłopaka o kumys. Kazachskich pieniędzy mieliśmy właściwie tylko tyle, ile mieliśmy zapłacić za transport. Wiedziałem, że znajdę jeszcze może dwieście, trzysta tenge, ale litr kumysu kosztował sześćset. Zapytaliśmy czy możemy zapłacić w dolarach, a chłopak przystał na to, wiec poprosiliśmy o butelkę. Na odchodnym uzupełniliśmy jeszcze wodę czerpiąc ją ze studni. Była identyczna, jak ta ze strumienia. Wszystko wskazywało na to, iż i jedna i druga pochodzą z podziemnej rzeki płynącej pod górą. Poszliśmy do rozwidlenia dróg, skąd mieliśmy najlepszy widok na cały „ruch kołowy”. Kilkanaście minut później podjechał do nas na motorze mężczyzna w średnim wieku i chłopak od którego kupiliśmy kumys. Podali nam woreczek foliowy wypełniony jeszcze gorącymi bułeczkami smażonymi w głębokim tłuszczu. Mężczyzna powiedział, że to tradycyjna, lokalna przekąska i zachęcił do częstowania się. Bułeczki były pyszne. Porozmawialiśmy chwilę. Na odchodnym zaproponowali nam, że gdybyśmy mieli jakiś problem, to żebyśmy przyszli do ich domu. Był to bardzo miły gest, tym bardziej, że podczas tej podróży nie często ich doświadczaliśmy. Do siedemnastej zostało kilkadziesiąt minut, kiedy niebo gwałtownie pociemniało. Zerwał się silny wiatr, a w powietrzu dało się wyczuć wilgoć. Nadchodził deszcz. Skała, na której siedzieliśmy grzała jak kaloryfer, co było przyjemnie odczuwalne, gdy chłodny wiatr przewiewał nam koszulki. Wokół nas zrobiło się tłoczno, bo nie wiedzieć skąd, zjawiła się kilkuosobowa grupa wycieczkowiczów. Wszystko wskazywało na to, że podobnie jak my, oczekiwali na transport. Wyglądali i zachowywali się jak bohaterowie radzieckiej komedii obyczajowej: panie w kapeluszach z karykaturalnie wielkimi rondami i dziwnie zestawionych ubraniach trajkotały, dzieci dokazywały, a dwudziestokilkulatek, jak przewodniczący konsomołu, za wszelką cenę usiłował zintegrować grupę, śpiewając i żartując. Wraz z rozrywającą niebo błyskawicą spadły pierwsze krople deszczu. Były grube, jak ziarna grochu, ale rzadkie i ciepłe. Do nas podeszło dwóch Kazachów. Jeden zaawansowany wiekiem, drugi trochę młodszy. Panowie mieli ochotę na pogaduszki, co było o tyle trudne, że obaj wcześniej musieli trochę „nadużyć”. Było to całkowicie uzasadnione zakończeniem Ramadanu. Młodszy mówił dosyć rozsądnie, a przy tym bardzo przejął się naszą sytuacją. Starszy nastrojony był monotematycznie. Bełkocząc w stopniu utrudniającym zrozumienie, snuł jakąś opowieść, w której mieszały się wątki historyczne od Czyngis-Chana po Wojnę Ojczyźnianą. Najwyraźniej był z tego znany, bo jego towarzysz pobłażliwie uśmiechał się, kiedy tamten wymuszał na nas uwagę. Na szczęście podjechał jakiś samochód i starszy pan odjechał. Drugi mężczyzna uwolniony od towarzysza, z werwą zabrał się za sprowadzenie naszego kierowcy. Zapytał o jego numer telefonu, wpisał go do swojej wysłużonej „komórki” i poszedł szukać zasięgu. Najpierw z wyciągniętą w górę ręką obszedł najbliższą okolice, ale bez efektu. Oświadczył, że idzie na pobliską górę zapewniając skuteczność swoich działań. Deszcz pokapywał, a my rozważaliśmy, co robić, gdyby się nasilił. Z jednej strony powinniśmy być w umówionym miejscu, z drugiej, nie wiedząc kiedy przyjedzie, bezsensem było moknąć. Uzgodniliśmy w końcu, że jeśli będzie taka konieczność poprosimy gospodarzy z najbliższego obejścia, żeby pozwolili nam czekać na ganku, skąd droga powinna być widoczna. Nasz nowy znajomy z komórką zjawił się tak, jak obiecał. Oświadczył, iż dodzwonił się na podany mu numer i uzyskał zapewnienie od tego kogoś, że pamięta o nas. Przyjedzie, choć „trochę” później. „Dobre i to. Nawet jeśli wcześniej „wyskoczyło” im to z pamięci, to telefon im o nas przypomniał. ” - Pomyślałem. Kazach nie poprzestał na tym i zaproponował, żebyśmy się przenieśli do jego starszego kolegi i tam poczekali. Na wątpliwość czy powinniśmy się oddalać od miejsca spotkania, powiedział że to nie problem, bo wszystkim tu powie, gdzie będziemy, a poza tym kierowca ma teraz jego numer i w ostateczności może zadzwonić i zapytać. Trochę było w tym racji, choć przy takim stanie sieci, na kontakt telefoniczny nie bardzo liczyłem. Gdyby zaproszenie dotyczyło mieszkania zapraszającego, to nie opierałbym się, ale wcale nie byłem pewien czy starszy pan życzył sobie gości w domu, a nawet gdyby, to w jego stanie wydawało się to dosyć kłopotliwe. Niestety, deszcz się wzmagał. Trzeba się było decydować. Ulegliśmy i poszliśmy za autochtonem. Zaprowadził nas do małego, dosyć zapuszczonego domku na skraju wsi. Gospodarza jednak nie było. Przewodnik powiedział, żebyśmy poczekali wewnątrz, a on pójdzie go poszukać. Nie chcieliśmy wchodzić do cudzego domu pod nieobecność właściciela, więc mężczyzna wszedł sam, przyniósł nam kilka bułek podobnych do tych, które jedliśmy na skale, tyle że były zimne i trochę podsuszone, po czym ruszył na poszukiwania. Zjedliśmy bułki i kryjąc się pod okapem czekaliśmy na rozwój wypadków. Po chwili nadszedł dwudziestoparoletni chłopak i zapytał co tu robimy. Pokrótce wyjaśniłem sytuację, nie mając pewności z kim rozmawiam i co z tego wyniknie. Chłopak jednak ponowił zaproszenie do domu i oświadczył, że ojciec wkrótce przyjdzie. Weszliśmy za nim do sieni, gdzie idąc w jego ślady zdjęliśmy buty. Było to z pewnością podyktowane zwyczajem, a nie dbałością o podłogi, ponieważ dom wewnątrz także nie błyszczał czystością. Usiedliśmy przy kuchennym stole. Stały na nim brudne talerze, bardzo brudne szklanki. Ceratę zaścielały okruchy pieczywa, resztki sera. Syn gospodarza wyjął z lodówki talerz ze znanymi nam już bułeczkami i włączył czajnik, pytając czy napijemy się „czaju”. Chwilę później nadeszli obaj nasi znajomi. Młodszy trzymał w dłoni małą, zakapslowaną butelkę. Wyglądała jak piwo, ale płyn był przeźroczysty. Sprawnie zdjął kapsel i nalał niewielką ilość płynu do stojących na stole szklanek. Wzniósł toast „ Dla wstrieczi!” Wypiliśmy, choć szklanka lepiła się do palców. Wódka była ciepła i kiepska. Gospodarz postawił na stole masło, resztki pieczywa. Młodszy z mężczyzn ponownie nalał wódkę. Butelka była mała, więc na szczęście dawki także były symboliczne, bo jak się okazało mieliśmy jeszcze sporo toastów do wzniesienia. Zanim do tego doszło dopełniliśmy formalności towarzyskich: „Kak wasz zawut?” - Zapytał Witka. „Witold. Prosto, Witja” odparł przyjaciel. „A wasz?” - Zwrócił się do mnie. „Leszek” - Odpowiedziałem. „Kak? Hreykek?” - Dopytywał, kalecząc boleśnie moje imię. „L-E-S-Z-E-K” Przeliterowałem. „A Lezk” - uśmiechnął się zadowolony ze swych umiejętności lingwistycznych. „Prosto tak! Lezk” Dałem za wygraną. „Mienia zawut Karim. On nazywajet`sja Amir” - Dopełnił prezentacji. „Nu, dawaj`tje! Wypijem za mir, za drużbu!” - Skomasował toasty świadom niedostatków płynu, koniecznego do kontynuowania ich wznoszenia. Amir szerokim gestem wskazał na jedzenie i powiedził: „U-goszcza-je... ugo-szczajet`sja”. Ciężko opadł na stołek i sam zabrał się do smarowania masłem bułeczki. Przerwał jednak jakby nagle przypomniał sobie coś ważnego i zapytał z namaszczeniem: „Wy znajetje kingu o Spartakie?” „Kanieczno” - Odpowiedziałem trochę zaskoczony pytaniem. „On cbił szest samaljetow w to wrjemia! Maładjec” - powiedział na na wdechu. „Spartak? Samaljetow?” - Niepotrzebnie dałem się podpuścić. Amir z pijackim uporem wołał syna, aż przyszedł. Polecił mu przynieść książkę o Spartakusie, która jak powiedział z namaszczeniem, jest samą prawdą o wojnie. Chłopak niechętnie poszedł do drugiego pomieszczenia i po chwili wręczył ojcu żółtą broszurkę o mocno sfatygowanych okładkach. Amir otwarł ją gdzieś w znanym sobie miejscu, stuknął w stronę palcami otwartej dłoni i tonem jakim zapewne Mojżesz przedstawiał ludowi tablice z dziesięcioma przykazaniami powiedział: „WOT, SAMA ISTINA!” Potem długo, bełkotliwie zaczął opowieść o bohaterskim pilocie. Niestety obrał sobie mnie za cel. Za pierwszym razem usiłowałem z niechlujnie wymawianych słów coś zrozumieć. Szło mi kiepsko, ale wkrótce zorientowałem się, że Amir „zapętlił” się i powtarza te same zdania, więc ograniczyłem się do potakiwania, wtrącając co jakiś czas: „Udiwitjelno, nie możjet byt', nu da itp.” Witek w tym czasie został zaanektowany przez Karima. Szybko ustalili, że Karim jest młodszy o kilka lat (choć zdecydowanie wyglądał na starszego), wychodzili razem „na papierosa” i nie miało to znaczenia, że przyjaciel nie pali. Kiedy dopiłem herbatę, którą zostaliśmy poczęstowani na samym początku, Karim zaproponował dolewkę. Chętnie się zgodziłem, ale on ograniczył się do dolania ciepłej wody z czajnika. Torebka puściła jeszcze trochę koloru i zostałem z czarką chłodnej lurki. Deszcz od dawna już nie padał. Amir snuł niekończącą się opowieść, w której płynnie przewijały się jeźdźcy Czyngis-Hana, jacyś antyczni łucznicy, których technikę ataku stosowali miejscowi partyzanci w walce z „giermańcem”, Spartakus koszący wrogów samolotem i jeszcze inne, trudne do rozpoznania postaci. Kiedy Karim wrócił z kolejnego „papierosa”, a Amir na chwilę przerwał wywód, żeby zjeść posmarowaną dwie godziny wcześniej bułeczkę, zaproponowałem, że skoro nie pada, to może pójdziemy na stare miejsce i tam poczekamy na transport, wywołując tym oburzenie obu Kazachów. „Co by ludzie sobie o nas pomyśleli? ...że was wyrzuciliśmy, a może i okradli, albo jeszcze coś gorszego!” - Niemal wykrzyczał Karim, a widząc, że nic nie rozumiem wyjaśnił mi, że tutaj nie ma zwyczaju „opuszczania” gości. Jeśli właściwie zrozumiałem, to przyjmując zaproszenie „oddajemy się” pod opiekę gospodarza. Nakładając na niego swoisty obowiązek zaspokojenia wszelkich naszych potrzeb (myślę, że jednak w granicach rozsądku) tak długo, dopóki jesteśmy na jego posesji. Nie możemy jednak jej opuścić ot tak sobie. Musimy zostać powierzeni komuś innemu, kto przejmie obowiązki „oddającego nas”. W naszym konkretnym przypadku kierowcy samochodu. Kiedy przyjedzie i zapewni Amira, że zadba o nasze bezpieczeństwo, będziemy mogli opuścić jego dom. Gdybyśmy teraz wrócili na skałę, narazilibyśmy naszego gospodarza na złośliwości a może i wyrzuty ze strony sąsiadów. Byliśmy zatem w potrzasku obyczajów. Emocje szybko opadły. Amir powrócił do przerwanej opowieści, a Karim zapytał, czy mamy jakieś pieniądze. „Czułem, że tak to się musi skończyć” - Pomyślałem. Przyjaciel wytłumaczył mu naszą sytuację, a dla jej zilustrowania poprosił o pokazanie portfela. Zrobiłem to, choć wiedziałem, że niczego nie osiągniemy. Ostentacyjne liczenie banknotów i monet ujawniło siedem tysięcy trzysta sześćdziesiąt tenge. Siedem tysięcy schowałem na miejsce przypominając, że to zapłata dla kierowcy. Resztę położyłem na stole. Karim nieco rozczarowany zabrał pieniądze i Witka. Ja zostałem z opowieścią Amira. Panowie wrócili po kilkunastu minutach bez niczego. Pieniądze wróciły do portfela, a Witek w skrócie opowiedział mi jak poszli „na melinę”, gdzie Karim używając go jako żywego dowodu na pilną potrzebę, usiłował wziąć wódkę „na krechę”. Nic nie wskórał mimo, iż zarzekał się, że dopłaci resztę tak szybko jak tylko będzie to możliwe. Mnie taki obrót sprawy bardzo ucieszył, ale Karim postanowił nie dawać za wygraną i po chwili ponownie zabrał pieniądze i Witka. Wrócili z dwoma puszkami piwa. Trzeba przyznać, że uczciwie rozliczył się ze mną co do gro... o przepraszam, co do tenge, oddając mi kilka monet. Znowu było czym wznosić toasty. Między jednym a następnym poprosiłem o zatelefonowanie do kierowcy, co o dziwo się udało. Tamten oświadczył, że już jedzie do ...Karagandy. „Jak to, do cholery do Karagandy? Bez nas?” - Byłem zbulwersowany. Z mętnego wytłumaczenia wywnioskowałem, że mieli komplet, to pojechali. Po nas wrócą i też zawiozą. Liczyłem w pamięci kilometry: trzysta sześćdziesiąt w jedną stronę, dwieście dziewięćdziesiąt w drugą... Wyszło mi, że nie zdążymy na pociąg. Poprosiłem Karima, żeby jeszcze raz zatelefonował i przypomniał w moim imieniu nasze wcześniejsze ustalenia oraz to, że o czwartej w nocy mamy pociąg, do którego zamierzam wsiąść. Jeśli nie usłyszę zapewnienia, iż jest to pewne, to szukam innego transportu. „Nie wołnujet`sja. Wsio budjet charaszo. Wy sliszkom nie dołgo żdat`” - usłyszałem w odpowiedzi. Amir, który nie wszystko usłyszał albo zrozumiał zaoferował nam łóżko i możliwość zostania tak długo, jak tylko zechcemy. Podziękowałem, nie siląc się na tłumaczenie, dlaczego nie możemy skorzystać z propozycji. Zanim całkowicie się ściemniło wyszliśmy wszyscy zaczerpnąć powietrza. Rozmowa potoczyła się w kierunku góry. Dopiero wówczas usłyszeliśmy o jaskini, podziemnej rzece i innych lokalnych atrakcjach. Obiecaliśmy solennie, że następnym razem przyjedziemy wprost do Amira i zostaniemy na dłużej. Biesiada trwała jeszcze ze dwie godziny. Przerwały ją silne światła samochodu. Modliłem się, żeby to był „nasz” no i zostałem wysłuchany. Zapakowaliśmy plecaki do bagażnika Sharana. Z tyłu wysiadła młoda, zgrabna i ładna dziewczyna i wskazując mi swoje miejsce przesiadła się na inne. Szybko przekonałem się, że była nie tylko ładna ale i cwana, bo fotel był mokry. Oprócz niej i kierowcy była tam trójka mężczyzn. Na przednim fotelu nasz rówieśnik, a za nami dwóch chłopaków w wieku dziewczyny. Ruszyliśmy a na uwagę kierowcy, że jesteśmy Polakami, siwiejący mężczyzna powiedział do niego, ale dość głośno, żeby młodzi usłyszeli: „O, naszidrjewnije wragi”. Byłem zaskoczony, ale siląc się na obojętny ton powiedziałem równie głośno: „Stranno, ja nie wiżu nikakich wragow”. Najwyraźniej mężczyzna nie spodziewał się, że ktoś z nas go zrozumie. Zmieszany zaczął coś tłumaczyć. Po chwili milczenia, jakby nic się nie stało, zapytał gdzie byliśmy, dokąd się wybieramy i czy nam się podobało. Kolejna seria pytań dotyczyła Polski, warunków życia, pracy. Udzielaliśmy mu wyczerpujących odpowiedzi, nie pytając właściwie o nic. Dopiero, kiedy zaczął wypytywać o obowiązki wobec państwa i religii zapytałem go jak to jest, że w kraju niemal całkowicie muzułmańskim tak wiele osób pije alkohol. Myślałem, że trochę go to przystopuje, ale odpowiedział, iż Koran wcale nie zakazuje alkoholu, a ci, którzy taką jego interpretację narzucają innym, są ekstremistami. Nie znam na tyle sur świętej księgi, żebym mógł polemizować, a z konkluzją generalnie musiałem się zgodzić, więc przyjąłem to wytłumaczenie. Minęła północ,a my przecinaliśmy step w kompletnej ciemności. Gdyby nie światła pojazdu, wyłuskujące z mroku wąski pas asfaltu miałbym wrażenie, że mijając Księżyc wkrótce opuścimy Drogę Mleczną.

25 CZERWCA (NIEDZIELA) BEKTAU-ATA TRACT
Noc była ciepła, a o wieczornej ulewie świadczyły jedynie liczne oczka wodne, powstałe w skalnych zagłębieniach. Śniadanie i zwijanie obozowiska zajęło nam sporo czasu. Na szlak weszliśmy wypoczęci i w dobrym nastroju. Po stresie minionych dni nie było śladu a wydarzenia, które go wywołały, przybrały postać anegdotyczną. Maszerując pośród skał rozmawialiśmy o tym wykpiwając własną niefrasobliwość. Nazwa tego miejsca, w wolnym tłumaczeniu, oznacza Górę Świętego Starca. Jest to związane z legendą o świętym mężu, który dzieląc rzekę uchronił mieszkańców przed najazdem wrogów. Nie jest to jedyna legenda związana z tym miejscem. Patrząc na niesamowite formy, jakie przybrały tutejsze skały, trudno się dziwić, że pobudzały wyobraźnię i inspirowały tych, którym dane było tu trafić. Różowo zabarwione skały, z których zbudowana jest Bektau-Ata, to wulkaniczna lawa z Paleozoiku. Łagodna erupcja poukładała poszczególne warstwy skał niczym niestaranny kucharz naleśniki na stole. Niektóre utworzyły wysokie stosy, inne zsunęły się krzywo i tak zastygły. Powstał gigantyczny, granitowy „korek”, kneblujący uśpiony pod stepem wulkan. Resztę procesu twórczego dokonała erozja. Po mistrzowsku operując wodą temperaturą i wiatrem, jak rzeźbiarz młotkiem i dłutem, wydobyła bajkowe postacie i tchnęła w nie życie. Z miejsca, gdzie spędziliśmy noc, widać było strome zbocze zwieńczone ogromną, niemal okrągłą skałą. Po przejściu kilometra, może dwóch, całkowicie zaskoczeni zobaczyliśmy, iż ta skała, to tył czającej się, gigantycznej łasicy. Ostre słońce odbijając się od płaskich skał sprawiało, że wydawały się niemal białe. Chabrowe, bezchmurne niebo stanowiło, dla nich piękne tło. Gdzieniegdzie, w miejscach gromadzenia się deszczówki, wyrosły krzewy i pojedyncze drzewa, dopełniając pejzaż soczystą zielenią. Zrzuciliśmy plecaki i uwolnieni od ich ciężaru wspięliśmy się na najbliższe wzgórze. Widok był wspaniały. Trakt, którym szliśmy biegnie pośród traw, krzewów i zagajników. Za nim jest wąski pas stepu, który łagodnie przechodzi w inne pasmo granitowych wzgórz. Nie mając skonkretyzowanego planu, postanowiliśmy trzymać się wyższego pasma i obchodząc znaleźć miejsce, w którym uda nam się dotrzeć do jego wnętrza. Wróciliśmy po plecaki i idąc dalej, na skraju stepu, dostrzegliśmy mizar. Muzułmańskie cmentarze sytuowane są z dala od osiedli ludzkich. Ten wydawał się być całkowicie zapomniany, a jednak wśród bardzo starych grobowców jest kilka współczesnych. Tutejszy Islam ma swój indywidualny charakter. Widać to także w sztuce sepulkralnej. Na Bliskim Wschodzie groby są mniej rozbudowane. Często jedynie obłożone kamieniami, z których największe układa się w miejscu głowy. Tutejsze, to całe budowle. Safy (rzędy) nie są zbyt regularne, ale grobowiec przybiera formę czworoboku z cegły lub kamienia. Nieproporcjonalnie małe wejście zamknięte kratą, czasami pełnymi drzwiami, wydaje się być dostępne jedynie drobnej w budowie osobie lub ...duchom. Ozdobne zwieńczenie murów przypomina renesansowe attyki. Najczęściej budowle są otwarte od góry. Bywają zamknięte, ale te wyraźnie przybierają formę kurhanu. Na zewnętrznej ścianie umieszczone są tablice, na których pod symbolem półksiężyca umieszczone są inskrypcje i informacje o zmarłym. Kompletna pustka, cisza zakłócana jedynie poświstami wiatru i szumem suchych traw dodaje powagi i dostojeństwa temu miejscu. Opuszczając nekropolię nie wróciliśmy na szlak, a idąc na przełaj, w kierunku widocznej przełęczy, liczyliśmy na nowe doznania i ...wodę, której zaczynało nam brakować. Z dostępnych źródeł wiedzieliśmy, że oprócz podziemnej rzeki, której zasoby dostępne są jedynie w Jaskini Amangeldi i studniach głębinowych, jedyna woda pochodzi z opadów. Wieczorny deszcz pozwalał mieć nadzieję, iż w skalnych załomach i nieckach, pomimo upału, nadal będzie jej wystarczająco dużo, żeby przeżyć dwa dni. Kotlina okazała się dosyć krótka. Wzniesienie na jej osi łagodnie prowadziło na widoczny w oddali szczyt. Plastry skał utworzyły szerokie propyleje, z których chętnie skorzystaliśmy. Wchodziliśmy co raz wyżej a w miarę wspinaczki wybrany szlak stawał się trudniejszy. Pojawiające się zagłębienia z wodą były zbyt małe, żeby z nich skorzystać. Ciemne zacieki na skałach, sugerujące wilgoć były zwodnicze. Bez wątpienia do ich powstania przyczyniła się woda, lecz zasadniczo tworzyły je wyschnięte glony. Pragnienie zaczynało nam doskwierać, ponieważ rzadka roślinność jest zbyt niska, żeby tworzyć dający ulgę cień, a drzewa rosną tylko w najniższych partiach. Dotarliśmy do połowy wysokości góry, kiedy przyjaciel zaproponował trawersowanie jej. Byłem trochę rozczarowany,bo mimo, iż wspinaczka była uciążliwa, to jednocześnie wciąga. Pojawia się trudna do zdefiniowania potrzeba osiągnięcia szczytu lub miejsca, w którym będzie można z czystym sumieniem powiedzieć sobie, że wyżej czy dalej iść się nie da. Gdyby nie dotkliwy brak wody, pewnie optowałbym za kontynuowaniem marszu w górę, lub szedłbym dalej sam, lecz rozsądek nakazywał skupienie się na poszukiwaniach. Skręciliśmy w lewo i szerokim trawersem zaczęliśmy obchodzić stożek. Po kilkunastu minutach marszu zobaczyliśmy dolinę. Właściwie głęboki jar, wcięcie w skałach. W najgłębszym jej punkcie wystrzeliwały z gęstwiny krzewów drzewa o bujnych koronach. Dalej, fantazyjnie uformowane w nawisy i tarasy skały rozchodziły się na boki. Z lewej nadal stromo, z prawej łagodnie, amfiteatralnie. Naprzeciw nas, w najszerszym miejscu, stanowiącym swoistą, na oścież otwartą bramę, widać było niżej położone warstwy skał, step, a gdzieś na horyzoncie połyskiwały modre plamy. „Spójrz tam. Jak myślisz, czy to są jeziora?” - Zapytał przyjaciel. „Wygląda to jak jakieś zbiorniki wodne, być może jeziora ale równie dobrze mogą to by jakieś rozlewiska czy błota”- odparłem, wpatrując się w odległy widok. „Trzeba wyjąć lornetkę”- stwierdził Witek i sięgnął do plecaka. Powiększony obraz potwierdzał obecność wody. Nadal jednak trudno było stwierdzić jaki jest do niej dostęp, jakie jest jej źródło i na ile można z niej skorzystać. Perspektywa kąpieli była niezwykle kusząca, nie wspominając o możliwości wyprania ubrań czy choćby wędkowaniu. „Jak to może być daleko?” - Zastanawiałem się głośno. „Sześć, siedem kilometrów” - zawyrokował przyjaciel. „Nie mamy żadnego punktu odniesienia. Trudno to ocenić. A co, jeśli będzie to dziesięć kilometrów?” - Snułem wątpliwości. „Damy radę! - podsumował kolega. „Dobra, niech będzie. Tak czy inaczej musimy jednak zdobyć trochę wody, zanim zaczniesz pływać.” - powiedziałem i ruszyłem w kierunku doliny. Założyłem, że skoro jest tam tak zielono, to spływająca z gór woda, gdzieś się gromadzi a jeśli tak, to powinna tam jeszcze być. Od strony góry zejście nie było możliwe ale stok po prawej stronie był na tyle łagodny, że bez wysiłku dotarliśmy na samo dno. Schodząc ze skał zauważyliśmy dwie całkiem spore „kałuże”.
Zagłębienia w skale zatrzymały wodę. Miała wygląd i zapach herbaty ziołowej. Najprawdopodobniej wczorajsze opady zalały wyschnięte mchy, a słońce ogrzewając wodę przyrządziło ten „napar”. Gdybyśmy mieli pewność, że w tej „zupie” nie miały swojego „wkładu” zwierzęta, to można by było zaryzykować picie jej bez filtrowania. Prawdopodobieństwo spłukania jakiś odchodów było jednak bardzo duże. Idąc często natykaliśmy się na różne „pozostałości” a deszcz i powstające podczas opadów strumyki, zbierają wszystko „po drodze”. Witek najwyraźniej doszedł do podobnych wniosków, bo bez słowa rozebrał się do bielizny i wyjął filtr. Wcześniej użyliśmy go tylko raz i właściwie tylko dla sprawdzenia jego działania. Teraz wydawał się niezbędny. „Słomka życia”, jak zwykło się go nazywać jest lekki, banalnie prosty, ale wcale nie łatwy w użyciu. Trzeba sporej siły, żeby przepchnąć wodę przez warstwę węgla aktywnego. Efekt pierwszego filtrowania był nieco rozczarowujący. Woda w butelce wprawdzie była przeźroczysta ale o słomkowym zabarwieniu. W smaku nadal dawało się wyczuć ziołową domieszkę. Przyjaciel z determinacją niegdysiejszych naukowców wlał do ust sporą porcję przefiltrowanego płynu. „Raz kozie śmierć! W najgorszym razie będziemy mieć sraczkę” - pomyślałem kiedy podał mi butelkę i wypiłem resztę wody. W smaku była znośna, choć piłem już lepsze „mieszanki.” Witek powrócił do przeciskania płynu przez niebieską rurkę a ja poszedłem się rozejrzeć. Dolinka naprawdę była wyjątkowa. Zawieszone nad nią skały przywodziły na myśl budynki Gaudiego. Łagodne łuki, pozornie nieforemne otwory okien i fantazyjne balkony. Gaudi byłby zachwycony. A może te, lub podobne skały zainspirowały go przy projektowaniu? - pomyślałem zaskoczony własną „przenikliwością”. Na dnie doliny leży mnóstwo oderwanych od ścian kawałków skały, ale nawet one są dosyć niezwykłe. Zazwyczaj mają owalne kształty i choć w większości mają kilka metrów wysokości, to stoją na trzech, czterech „nóżkach”, pomiędzy którymi jest wolna przestrzeń. Wygląda to wręcz komicznie. „Kolos, na glinianych nogach” jest tu jak najbardziej adekwatnym określeniem. Nogi wprawdzie nie są gliniane ale i w tym powiedzeniu nie chodzi przecież o rodzaj materii, a o kruchość, wątłość podstawy. Gdyby szukać innych porównań, to „świnka-skarbonka” często przybiera podobną formę. Pękaty brzuszek stojący na czterech wypustach. Sfotografowałem wszystko, co wydało mi się interesujące, także aparatem przyjaciela, który nadal się trudził przy tworzeniu zapasu wody. Kiedy wróciłem miał już jedną pełną butelkę i drugą w trzech czwartych wypełnioną żółtawą cieczą. „Chcesz się napić?” - Zapytał podając mi butelkę. „Nie, nie będę Cię wykorzystywał. Sam sobie przefiltruję.” - Odpowiedziałem. „Daj spokój. Następnym razem Ty będziesz filtrował. Teraz pij, to dopełnię obie butelki” - Powiedział i wepchnął mi pojemnik do ręki. Wypiłem kilka łyków i oddałem butelkę. „Może byśmy coś zjedli? Zostało nam trochę chleba a „herbata” jest gotowa” - uśmiechnął się pokazując brodą bajorko. Przyjąłem zaproszenie. Usiedliśmy pod skałą i zjedliśmy resztę lepioszki popijając wodą z butelki. Kiedy skończyliśmy, przyjaciel uzupełnił pojemnik i ruszyliśmy w kierunku jezior. Dopóki schodziliśmy ze stoku, widzieliśmy je przed sobą, ale kiedy dotarliśmy do wąskiego pasa traw, przed kolejnymi skałami, straciliśmy je z oczu. Nie przejmowaliśmy się tym, wiedząc, że nawet niewidoczne, są na wprost nas. Problem powstał, kiedy musieliśmy obejść pasmo skał zbyt stromych, żeby je sforsować . Po kilku skrętach, zejściach i podejściach straciliśmy orientację. Wdrapywanie się na okoliczne wzniesienia, też niczego nie wniosło. Jeziora zniknęły jak miraż, fatamorgana. Byliśmy trochę tym zaniepokojeni. Logika nakazywała spokój. Na płaskim stepie prędzej czy później wypatrzymy tak charakterystyczne miejsce i nawet jeśli trochę zboczyliśmy, to wówczas skorygujemy kierunek. Logika, logiką a perspektywa miotania się po stepie w poszukiwaniu wody wydawała się mało atrakcyjna. Minąwszy pasmo skał, brnęliśmy w kłujących i czepiających się ubrań roślin, byle szybciej ominąć ostatnią przeszkodę i zobaczyć, gdzie i jak daleko są widziane z góry jeziorka. Były dokładnie tam, gdzie miały być. Nawet bez lornetki wydawały się całkiem duże i zdawało się nam, że już czujemy ich krystalicznie czystą wodę. Wyobrażałem sobie, jak rzucam plecak i zanurzam się w niej cały. Tymczasem oddzielający nas od wody pas stepu, zamiast kurczyć się w miarę marszu, rozszerzał się jak w sennym koszmarze, gdzie przebieramy nogami nie posuwając się ani o krok do przodu. Szarpiące nas za nogawki trawy, co rusz rozwiązywały też sznurowadła, co zmuszało do przystawania i pochylania się. Plecak wówczas gwałtownie zmieniał punkt ciężkości i powodował utratę równowagi. Ostatnie kilkaset metrów pokonaliśmy czując ogromne zmęczenie. Kiedy weszliśmy w typowe dla podmokłych terenów, wysokie trawy okazało się, że dalej jest zbyt grząsko, żeby iść. Trudno było ukryć rozczarowanie. Zamiast kąpieli, czekało nas obchodzenie jeziora i szukanie miejsca, gdzie będzie można dotrzeć do wody. Wybraliśmy lewą stronę. Po kilkuset metrach dotarliśmy nad wodę. Odbiegała od naszych oczekiwań ponieważ była bardzo płytka, porośnięta szuwarami i krzakami. Usiedliśmy żeby trochę odpocząć i zastanowić się co dalej. Na przeciwległym brzegu widać było stromą skarpę, co sugerowało głębszą wodę. Po kilkudziesięciu minutach poszliśmy w tamtym kierunku. Odludne obecnie miejsce, kiedyś musiało być eksploatowane. Pośród krzaków leżały zardzewiałe resztki wyciągarek. Widziana skarpa okazała się być rodzajem grobli. Po jej drugiej stronie była głęboka łąka, która zapewne także była kiedyś wypełniona wodą. Za nią było drugie, dostrzeżone z gór, jezioro. Skarpa miała trzy, cztery metry wysokości, ale dało się po niej zejść nad wodę. Przyjaciel postanowił spenetrować teren i rozejrzeć się za miejscem pod namiot. Zostawiliśmy plecaki na grobli i kiedy on posuwał się wzdłuż brzegu, ja zszedłem nad wodę. Nie była tak głęboka jak myślałem ale wydawała się czysta. Wyrastały z niej jakieś rośliny nie na tyle jednak, ażeby nie można było pływać. Witek nie wracał, więc rozebrałem się i wszedłem do jeziora. Było na tyle ciepłe, że zanurzyłem się bez „aklimatyzacji”. Woda miała zapach ...mchów. Niemal identyczny z tą, którą piliśmy po drodze. Kiedy spojrzałem w kierunku, z którego przyszliśmy stało się dla mnie oczywiste, iż góra nie mogąc wchłonąć nadmiaru wody podczas ulew, nadaje jej kierunek i pęd. Płynąc po monolitycznym podłożu dociera aż tutaj wypełniając naturalne zagłębienie. Brak żwirów czy piasków sprawia że zabiera ze sobą lekkie drobiny roślin a te opadając na dno nadają jej kolor i zapach. Popławiłem się aż do powrotu przyjaciela. Idąc w moje ślady zdał relację z rekonesansu. Za groblą znalazł rozpadający się barak obity blachą. W chaszczach dogorywa dziwna jednostka pływająca, zbudowana z dwóch ogromnych pływaków i podestu. Dalej, na stepie, jest ceglany kurhan a blisko brzegu łąka na której można rozbić namiot. Postanowiliśmy tam pójść ale wcześniej zrobić to, co planowaliśmy jeszcze w górach. Kiedy mieliśmy już dość moczenia się, wyprałem ubrania, umyłem włosy i ogoliłem się. Zmęczenie odpłynęło wraz z brudem. Słońce zaczynało opierać swoją tarczę o szczyt góry. Wzmógł się wiatr. Niekompletnie ubrani poczłapaliśmy w rozwiązanych butach na znalezioną łąkę. Rozbiliśmy namiot. Żeby przygotować jedzenie trzeba było przynieść wodę. Można to było zrobić w pobliżu obozowiska, choć grunt był podmokły a wokół glony i żaby ale i tak musiałem wrócić na groblę po rozwieszone na krzakach pranie, więc zabrałem menażkę i poszedłem. Trochę się obawiałem, że co raz silniejszy wiatr wrzucił moje rzeczy do wody lecz wszystko było na miejscu. Wracając obejrzałem „lokalne atrakcje”. W domku nadal było łóżko i butelka po wódce. Dziwny, stalowy ponton o niewiadomym przeznaczeniu tkwił na zarośniętym brzegu niczym wyrzucony przez morze wieloryb. Kurhan, pomimo „nieantycznego” pochodzenia, w blasku zachodzącego słońca wyglądał wielce urokliwie. Czerwone cegły, ładnie współgrały z żółto-pomarańczowymi trawami stepu a jednocześnie harmonijnie odcinały się od nadal pogodnego nieba. Kiedy zbliżałem się do namiotu usłyszałem przeraźliwy krzyk przyjaciela i zobaczyłem go szamocącego się w namiocie. Popędziłem do niego gotowy na najgorsze, ale nie dostrzegłem żadnego zagrożenia. „Co się dzieje? Czemu wrzeszczysz?” - Zapytałem podenerwowany. „Nie uwierzysz. Wskoczyła na mnie wielka żaba.” - Powiedział z przejęciem. „Chyba żartujesz. Wystraszyłeś się żaby? Ty, weterynarz?”- Pokpiwałem sobie z przyjaciela. „Nie widziałeś jej, to nie mów. Była wielka jak ..., jak kot! Wskoczyła do namiotu, wprost na moją nogę i nie mogłem się jej pozbyć. Skakała jak oszalała po naszych rzeczach.” - opisał zdarzenie. Z trudem powstrzymywałem się od śmiechu, wyobrażając sobie prawie dwumetrowego kupla walczącego z zielonym „potworem”. Sam pewnie, w podobnych okolicznościach, też bym wrzeszczał, ale było to zabawne. Zrobiliśmy sobie chiński makaron, którego smak, niezależnie od obrazka i opisu, zawsze jest taki sam. Wiatr zwiastujący burzę uspokoił się. Przed nocą uraczyliśmy się jeszcze herbatą, tym razem z torebki, choć z nutą górskich mchów, bo na niefiltrowanej wodzie z jeziora. Dzień definitywnie zmierzał ku końcowi. Od dwudziestu czterech godzin nie spotkaliśmy żadnego człowieka. Nie widzieliśmy też krów czy koni, które by wskazywały na bliskość ludzi. Ze zdziwieniem skonstatowałem, iż nigdy dotąd, ani nad Oceanem Indyjskim ani na Kaukazie ani nawet wśród Niebiańskich Gór nie byliśmy tak daleko, choć przecież w wartościach wymiernych odeszliśmy zaledwie o kilkanaście kilometrów.


23 CZERWCA (PIĄTEK) SARY-OZEK – AŁMATY
Budzik w zegarku wyrwał nas ze snu o czwartej trzydzieści. Nawet nie chciałem przeliczać, która to godzina w kraju. Mimo wczesnej pory było już całkiem jasno. Burza i deszcz poprzedniego wieczoru spowodował, że nie zapytaliśmy strażnika czy nas odwiezie do miasteczka. Liczyłem trochę na to, że Timur lub ktoś inny powiadomił go o konieczności przetransportowania nas tak, ażebyśmy zdążyli na pociąg. Nie mając jednak pewności wstaliśmy na tyle wcześnie, żeby dojść na piechotę, jeśli to będzie konieczne. Pomimo, że zrezygnowaliśmy z robienia sobie śniadania, pakowanie zajęło nam godzinę. W koło panowała niczym nie zakłócona cisza. Mieliśmy poważny dylemat. Chcąc zdążyć na szóstą, powinniśmy wyjść jak najszybciej. Jeśli jednak pójdziemy, a gospodarz miał w planie nas odwieźć, to może jeszcze spać i wyjdzie dopiero za godzinę. Jeśli jednak nikt mu nic nie powiedział i śpi snem sprawiedliwego, to czekając przekreślamy jakiekolwiek szanse na dotarcie do Basszczi na czas. Moglibyśmy też pójść i zapytać, ale wyrywanie domowników ze snu o piątej trzydzieści grozi „...śmiercią lub kalectwem”. Postanowiliśmy iść. Po drodze snuliśmy dalsze spekulacje: Jeśli byliśmy umówieni w miasteczku, to powinniśmy dotrzeć na czas. Jeśli u strażnika, to kierowca jadący po nas „zgarnie nas po drodze”, oszczędzając czas i paliwo. Jeśli jednak gospodarz miał nas odwieźć, to może zaniepokojony naszą nieobecnością, pojedzie do Sary-Ozek i też natknie się na nas. W każdym z tych wariantów finał był pomyślny. Co jednak, jeśli nikt na nas nie czeka, a kierowca, który obiecał nam transport na dworzec, zapomniał albo coś mu wypadło? „To wyjdziemy z Basszczi na drogę i będziemy łapać okazje. Pociąg odchodzi tuż przed dziesiątą a do Sary-Ozek jest raptem siedemdziesiąt kilometrów. Damy radę!” - Zamknąłem dyskusję. Kolejny kilometr, dwa szliśmy w milczeniu. Obaj wiedzieliśmy, że tu nie tak łatwo o „okazję”. Czasami przez godzinę nic nie jedzie. Dochodziła szósta, a miasteczka nawet nie było widać. Albo odległość była większa, a może pomyliliśmy kierunki. Nadal istniało prawdopodobieństwo, że jeśli nasz znajomy przyjechał po nas, to zatelefonuje do strażnika, a ten mu powie, że nas nie ma i wówczas... No tak. W takiej sytuacji albo się wkurzy i odjedzie, albo się wkurzy i poczeka jeszcze trochę, albo się wkurzy i pojedzie nas szukać. W tym wariancie jedyną pewną rzeczą było wkurzenie kierowcy. Dobra, niech się wkurza, byle nas zawiózł. Jakoś się wytłumaczymy. Na snuciu kolejnych scenariuszy wydarzeń przeszliśmy kolejny kilometr. Zauważyliśmy jednak, że z polnej drogi zbliża się do nas jakiś samochód. Podbiegliśmy do niego machając, żeby kierowca nas zauważył. Poskutkowało. Starą, pomarańczową Ładę prowadził starszy pan. Na miejscu pasażera leżały grabie i kosa. Zziajani zapytaliśmy czy może nas zabrać do miasteczka. Widząc wahanie wpakowaliśmy się mu do samochodu tłumacząc nieporadnie sytuację. Nie wiem, ile z tego zrozumiał a na ile nie chciał drażnić „dwóch szurniętych białasów”. Przed biurowcem byliśmy dobrze po szóstej. Nikt na nas nie czekał. Parking był pusty, ale na ławce siedział strażnik, którego widzieliśmy poprzedniego ranka jak załatwialiśmy pozwolenie. Przyjaciel zapytał go, czy ktoś o nas pytał. Odparł, że nie, ale może zatelefonować do Timura. Szef strażników polecił mu przekazać, iż za chwilę zjawi się po nas samochód. „Czyli jednak pamiętali” - odetchnęliśmy z ulgą. Kilka minut później wjechało na parking srebrne Audi. Byliśmy pewni, że za kierownicą zobaczymy mężczyznę, z którym się umówiliśmy, ale z samochodu wysiadł młody, zupełnie nam nieznany chłopak. O nic nie pytał, sprawiał wrażenie, jakby wszystko zostało wcześniej ustalone. Włożył nasze plecaki do bagażnika i ruszył w stronę drogi wylotowej. Zanim jednak na nią wjechał zatelefonował, gdzieś po czym zapytał czy może zabrać swoją żonę. Byliśmy zaskoczeni pytaniem. Skoro robi nam grzeczność, to nie do nas należy decydować, kogo jeszcze zabiera do swojego samochodu. Kierowca zawrócił i zatrzymał się przy jednym z domów. Dosiadła się młoda kobieta i pojechaliśmy z powrotem w kierunku głównej drogi. Przez półtorej godziny walczyłem z sennością. Niby wszystko grało, ale czułem „przez skórę” kłopoty. Płacąc za bilety, na transport celowo zostawiliśmy dwa tysiące tenge, z małym naddatkiem, bo tyle zapłaciliśmy za przewiezienie nas do Basszczi. Uznaliśmy zatem, że tyle samo będzie kosztował nas przejazd w drugą stronę. Wysiadając przed dworcem wyciągnąłem dłoń z pieniędzmi i zapytałem czy dwa tysiące satysfakcjonuje kierowcę. Naiwnie sądziłem, że skoro małżeństwo i tak jechało w tą stronę, to może potraktuje nas ulgowo. Chłopak spojrzał na mnie jakbym obraził jego matkę, żonę i kochankę jednocześnie. „Kakije dwa tysiaczi? Eto daże nie chwatajet bienzina!” - warknął zawiedziony i rozzłoszczony. Na nic się zdało tłumaczenie, że tyle zapłaciliśmy poprzednio i mamy jeszcze trzysta tenge. „Czetyrje tysiacza” - brzmiała odpowiedź. Nie było co dyskutować. Nie umawialiśmy się z nim na żadną kwotę, mógł zażądać więcej. Wyjaśniłem mu, że zapłacimy, ale mamy tylko dolary. Jeśli wie, gdzie je wymienić, to niech nas tam zawiezie. Bez słowa wsiadł do samochodu i zaczęliśmy zwiedzać miasto. Jeden bank – zamknięty. Drugi bank – to samo. Jakiś kantor – kłódka. Czas płynął a my nie wiedzieliśmy jak wyjść z impasu. W międzyczasie chłopak zawiózł żonę do pracy i zatelefonował w kilka miejsc, lecz z równie mizernym skutkiem, co poszukiwania banku. „Dajmy mu dolary. Otworzą bank, to sobie wymieni” - powiedziałem do Witka. „Dobry pomysł. Zapytaj go czy to mu odpowiada”.- odpowiedział. Propozycja wywołała wahanie. Wiedział, że nie bardzo jest jak to załatwić, a jednocześnie wyraźnie czegoś się bał. „Może nie zna kursu i boi się, że dostanie za mało? - Powiedziałem do przyjaciela. „Mamy gdzieś wydruk z wymiany w banku, pokaż mu żeby widział jak to wygląda” - zaproponował Witek. Wygrzebałem kwit i pokazałem chłopakowi. Położyłem na fotelu tysiąc tenge i dziesięć dolarów. Łącznie było to trochę ponad cztery tysiące w lokalnej walucie. Kierowca wyraźnie złagodniał. Odniosłem wrażenie, że poczuł się głupio w tej sytuacji, bo zaczął się tłumaczyć: liczył na zarobek, jechał specjalnie, a na kogoś w drodze powrotnej nie może liczyć, bo jest za wcześnie. Dolarów nigdy nie widział, nie mówiąc o znajomości ich kursu. Rozstaliśmy się w pełnej zgodzie. Do odjazdu została prawie godzina. Kumpel, jak zawsze, uznał że musimy kupić chleb. Nie miałem ochoty po raz któryś z rzędu przemierzać miasteczka. Jak w jakimś deja vu chodziliśmy od sklepu do sklepu, aż dostał upragnioną bułkę. Kiedy jedliśmy ją na peronie podleciał do nas dudek, potem drugi i trzeci. Poprzedniego poranka, kiedy wychodziliśmy szukać transportu, wydawało mi się, że w przelatującym ptaku rozpoznaję dziwaczny dziób i czubek, ale widziałem go krótko. Teraz nie miałem wątpliwości. Śliczny, oryginalny ptak był o dwa kroki od nas. Podobno występuje w całej Europie, ale dopiero tu, na pograniczu Kazachstanu i Chin mogłem go zobaczyć. Pociąg nadjechał punktualnie. W drzwiach wagonu natknęliśmy się na konduktora, z którym żartowaliśmy jadąc w tą stronę. Przywitał nas jak starych znajomych. W wagonie wdrapałem się na swoją leżankę i natychmiast zasnąłem nie zważając na temperaturę godną sauny. Obudziłem się dopiero przed Ałmatami. Podczas wysiadania z pociągu mój przyjaciel przejawiał pewną nerwowość. Zazwyczaj celowo trzyma się za mną, teraz parł do przodu ignorując to , że z niedopiętymi paskami butów i trzymanym na jednym ramieniu plecakiem nie jestem w stanie dotrzymać mu kroku. Przypominało to sytuację z Teheranu, ale wówczas szukał wody. Teraz pełna butelka wystawała mu z plecaka. Nie reagował na wołanie. W hallu zatrzymał się na chwilę, lecz kiedy usiłowałem zapiąć buty ruszył znowu. Przeciskał się przez tłum, jakby chodziło o życie. Mieliśmy wymienić pieniądze i choć obaj znaliśmy usytuowanie kantoru, skręcił w przeciwnym kierunku. Usiłowałem rozładować napięcie, mówiąc coś żartem, ale bez efektu. Dopiero kiedy załatwiliśmy sprawę wymiany waluty i usiedliśmy na ławce zaczął „dochodzić do siebie”. W milczeniu zjedliśmy kilka „krówek”, popiliśmy kajmakowe „lepiszcze” wodą i widząc, że „powietrze z niego zeszło” zapytałem o powód. Przeprosił zakłopotany, ale jego wyjaśnienie było lakoniczne i niezbyt uzasadnione. Stwierdził, że obawiał się czy zdążymy dokonać wymiany i zdążyć na pociąg. Obaj wiedzieliśmy, że między przyjazdem, a odjazdem jest sporo czasu i nie powinno to problematyczne. Kiedy jednak zapowiedziano nasz pociąg,poszukiwanie właściwego przejścia i przedzieranie się przez tłum zajęło nam sporo czasu i nerwowość w jego zachowaniu powróciła. Wsiedliśmy na kilka minut przed odjazdem. Nasze miejsca wypadły na pięterku. Starsze małżeństwo, które zajmowało dolne siedziska, najwyraźniej przyjechało już tym samym pociągiem, ponieważ zagospodarowali całą przestrzeń, a stół mieli zastawiony jak na bizantyjskim dworze. Oboje wyciągnięci na leżankach oddawali się konsumpcji. Nasze pojawienie się uznali za dopust boży i wcale nie mieli ochoty ułatwić nam skorzystanie z miejsc. O siedzeniu nie było mowy a i dostanie się na nasze leżanki było utrudnione z powodu leżących tam bagaży. Sami musieliśmy sobie z tym poradzić i po przenoszeniu pościeli, koców, pudeł i worów, wreszcie udało się nam położyć. Tak jak w poprzednich wagonach, było bardzo gorąco, więc nie zwracając uwagi na etykietę rozebrałem się do bielizny i przybrawszy półleżącą pozycję zabrałem się do uzupełniania notatek. Przyjaciel w ramach terapii, poszedł wyprać skarpetki, a po powrocie ostentacyjnie rozwiesił je na podporach leżanki. Zaproponował mi zjedzenie czegoś ciepłego, ale nie byłem głodny, więc tylko mu pomogłem w przygotowaniach wydobywając z plecaka potrzebne rzeczy. Wymagało to swoistej ekwilibrystyki, ponieważ z braku miejsca wywindowaliśmy nasze bagaże na najwyższą półkę, a nasze sąsiedztwo z dołu uniemożliwiało zdjęcie ich na czas przepakowywania. Przed dziewiętnastą Witek ponownie zabrał się do „gotowania”. Tym razem skorzystałem z propozycji i z przyjemnością wypiłem kawę podaną wprost „do łóżka”. Pociąg stukocząc rytmicznie zmierzał do Karagandy przybliżając nas do kolejnego bolesnego zderzenia z rzeczywistością. Los, opatrzność czy cokolwiek to jest, na koniec podróży postanowił dać nam nauczkę. Wówczas jednak jeszcze tego nie przeczuwaliśmy więc spokojnie zasnęliśmy na swoich kojach.




22 CZERWCA (CZWARTEK) AŁTYN-EMEL
To była dziwna noc. Wypełniona dźwiękami oczywistymi dla węzła kolejowego jakim jest Sary-Ozyk ale i zaskakującymi. Przy przetaczaniu pociągów, metalicznemu zgrzytowi hamujących kół, towarzyszyły głuche uderzenia odbojnic i dzwonienie ogromnych zapięć. Składy które nie zatrzymywały się na stacji rytmicznie stukały na łączeniach szyn. Hydrauliczne zawory wysykiwały zjadliwe komentarze do popiskujących zawiasów a w pauzach, pomiędzy kolejnymi pociągami przygrywały świerszcze. Odgłosy te stawały się kanwą dziwacznych majaków sennych a jednocześnie uwiarygadniały je na styku jawy i snu. Nad ranem, przez mgłę snu, dotarł do mnie zaskakujący nowoczesną aranżacją utwór na instrumenty perkusyjne. Nie otwierając oczu z zainteresowaniem wsłuchiwałem się w linię melodyczną graną jakby na dzwonkach, subtelnie snującą się wokół zdecydowanego, twardego rytmu wystukiwanego na instrumencie o głębokim, nieco drewnianym dźwięku. Dodatkowym zaskoczeniem była przestrzenność muzyki. Pojawiła się wyraźnie z prawej strony i sunęła ku środkowi, żeby zanikać po lewej stronie. Obiecywałem sobie, że zapytam przyjaciela, czy słyszał to, co ja, bo jeśli tak, to może byłby w stanie wyjaśnić to interesujące zjawisko. Kiedy jednak ponownie otworzyłem oczy była siódma i musieliśmy się zająć zwijaniem namiotu. Z braku wody nie traciliśmy czasu na śniadanie. Zgodnie z radami naszych nocnych rozmówców poszliśmy szukać bazaru. Tym razem nie chodziło nam o uzupełnienie kolekcji wrażeń, a o zatrzymujące się tam samochody. W napotkanym sklepie kupiliśmy wodę. Czas był najwyższy, bo kilkanaście godzin wcześniej skończył nam się zapas, a w pociągu był tylko wrzątek. Przechodząc przez plac budowy natknęliśmy się na wąż z cieknącą wodą, dzięki czemu „dopełniliśmy porannej toalety”. Plac targowy był niemal całkowicie pusty. Dwie, trzy osoby nieśpiesznie rozkładały stragan. Obok, w kamiennym piecu chłopak wyklejał na owalnych ścianach bułki przygotowane do pieczenia. Jedyny stojący tam samochód nie wyglądał na taksówkę, jednak jego kierowca podszedł do nas i zapytał, gdzie się wybieramy. Kiedy wymieniliśmy nazwę parku, pokiwał przecząco głową: „Tiepier nikto nie chodit. Możjet pozże, no ja nie znaju”. „Kak ty dumajesz, szto nam nada zdiełat?” - zapytałem. „Ja wozmu was na put` k Basszczi, możet byt ktoto...” „Choroszo” - powiedziałem nie dając mu skończyć. Przyjaciel zapytał jeszcze, gdzie możemy kupić chleb. „Po puti” - padła lakoniczna odpowiedź. Nie było to ani „po drodze”, ani takie łatwe. W piekarni nie było jeszcze chleba, a sklepy w większości były zamknięte. W końcu kupiliśmy czerstwy placek i pojechaliśmy na miejsce, gdzie mieliśmy „łapać” okazje. Było to tak blisko, że z powodzeniem moglibyśmy dojść tam na piechotę. Pod wiatą przystanku stała kobieta w średnim wieku, kilkunastoletni chłopak i staruszka. Byłem przekonany, że czekają na autobus, ale szybko okazało się, iż mamy ten sam cel. Minęły nas dwa, może trzy samochody. Trzeci zatrzymał się przy chłopcu. Kierowca rozmawiał z nim chwilę, po czym zawrócił i zatrzymał się po drugiej stronie ulicy. Chłopak i staruszka podeszli tam i wsiedli. Kierowca z wahaniem machnął w naszą stronę, a kiedy się zbliżyliśmy zapytał, gdzie chcemy jechać. „Wy dołżny pjti na bazar. Sustwieszcziejet awtobus” - powiedział, kiedy skończyłem mu tłumaczyć nasz plan. „Pięknie, znowu daliśmy się podpuścić” - pomyślałem. Mężczyzna wsiadł do samochodu, ale wychylił się przez otwarte okno i dodał: „Jeśli poczekacie, aż zawiozę żonę do pracy, to za dwa tysiące mogę was zawieźć do Basszczi.” Nie byłem pewien, czy powinniśmy skorzystać z propozycji, jeśli istotnie był jakiś autobus, ale na bazarze, a wcześniej na dworcu, mówiono tylko o samochodach. Witek zdecydował za nas obu: „Jedźmy. Nie wiadomo czy coś pojedzie. Stracimy tylko czas.” Po raz drugi tego ranka przejechaliśmy się po okolicy. Po drodze zobaczyliśmy jednostkę wojskową, okoliczne markety i szpital, gdzie wysiadła żona kierowcy. Potem samochód zawrócił i ponownie oglądaliśmy te same obrazki, tylko z drugiej strony. Minęliśmy przystanek skąd zostaliśmy zabrani i opuściliśmy miasto. Moje wątpliwości co do wysokości zapłaty okazały się nieuzasadnione. Przez dwie godziny jazdy w momentami trudnym, górzystym terenie kierowca barwnie i interesująco opowiadał o mijanych miejscach. Był oczytany, dobrze zorientowany w realiach politycznych i bardzo krytyczny wobec Rosji. W Basszczi znał niemal wszystkich, bo tam się urodził. W tym także szefów i pracowników parku. Kiedy zbliżaliśmy się do celu, obiecał przedstawić nas im i pomóc w negocjacjach. Wiedzieliśmy z materiałów źródłowych, że achać do parku, potrzebny jest nie tylko bilet, lecz także pisemna zgoda i przewodnik. Pominięto jednak tam informację, że trzeba mieć też własny samochód terenowy lub wcześnie taki wynająć. Zatrzymaliśmy się przed zaskakująco nowoczesnym biurowcem. Nasz kierowca witał się z każdą napotkaną osobą i przedstawiał nas jako dobrych znajomych. Podobnie było w gabinecie szefa. Z kupnem biletów i uzyskaniem pozwolenia nie było problemu jednak kiedy zapytano nas o samochód, nastąpiła konsternacja. „Nie macie samochodu? Najkrótsza trasa ma pięćdziesiąt kilometrów, najdłuższa ponad dwieście. Jak zatem chcecie się poruszać?” - zapytał Timur. „No właśnie, w tym jest problem. Proszę nam pomóc i coś wymyślić”- odparłem, a kierowca dodał uśmiechając się szelmowsko: „Pogadaj z ludźmi, przyjechali taki kawał drogi. Przecież nie odprawisz ich teraz – mają bilety i twoją zgodę”. Strażnik zatelefonował do kogoś i długo z nim rozmawiał po kazachsku. Zrozumiałem tylko pojedyncze słowa: „turyści”, „Polska”, mało pieniędzy”, „zarobisz”. Kiedy odłożył słuchawkę powiedział do nas: „Przyjedzie po was mój pracownik. Zawiezie was do siebie. Tam poczekacie do szesnastej, siedemnastej, bo teraz jest już za gorąco. Potem pojedziecie z nim w góry i z nim wrócicie. Przenocować możecie także u niego. Tam są dobre warunki pod namiot. Zapłacicie mu dziesięć tysięcy somów. Odpowiada to wam?” Podziękowaliśmy i w towarzystwie Timura wróciliśmy na parking, na który już czekał starszy mężczyzna w strasznie rozklekotanym UAZ`ie. Przenosząc plecaki zapytaliśmy kierowcę, z którym tu przyjechaliśmy, jak możemy wrócić do Sary-Ozek skąd mamy pociąg do Ałmat. „Przyjadę po was o szóstej” - odpowiedział. Byliśmy tak bardzo zadowoleni, że zapomnieliśmy dopytać o szczegóły. Wsiedliśmy do starego samochodu terenowego i pojechaliśmy ...na stację benzynową za miasto. Po zatankowaniu nasz nowy przewodnik poprosił o pieniądze. a potem przecinając miasteczko pojechaliśmy w step. Po siedmiu, ośmiu kilometrach dotarliśmy przed zamknięty szlaban. Z prawej strony, w bajorze zielonym od glonów pracowała stara pompa, która grubym jak męskie ramię wężem, tłoczyła wodę do namiastki małego basenu. Między pompą a basenem stał „DUSZ”. Z lewej, wśród drzew stała jurta a kawałek dalej dom i zabudowania gospodarcze. Kilku mężczyzn stawiało nowy płot. Wjechaliśmy na podwórko. Strażnik wysiadł i pokazując zadrzewiony teren powiedział: „Tam wy możetje postawit pałatku.” Tak też uczyniliśmy. Pierwszy raz podczas tej podróży mieliśmy czas dla siebie. Była piękna pogoda, wokół „naszej oazy” pusty step. Rozstawiony namiot dawał poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Jednego i drugiego na miarę okoliczności, ale jednak. „Wiesz, może byśmy wyprali sobie ciuchy? Jest woda, tylko nie bardzo mamy w czym. Przydała by się jakaś miska.” - zaproponowałem. „Dobry pomysł, pójdę do gospodarzy, może uda mi się coś pożyczyć” - odpowiedział Witek i energicznie pomaszerował w stronę zabudowań. Po chwili wrócił z wiadrem. W czasie kiedy skrupulatnie prał, płukał, płukał i płukał swoje rzeczy ja rozwiesiłem sznurek i zeskrobałem z twarzy kilkudniowy zarost. Nie było to już takie dramatyczne jak w Dżalalabadzie, choć znam przyjemniejsze zabiegi higieniczne. Kiedy przyjaciel zwolnił wiadro, przeprałem swoje rzeczy. „ No to co? Może teraz „dusz”?” - zapytał kumpel, kiedy wieszałem mokre ciuchy. „Byłoby fajnie, ale trzeba potem dolać wody do zbiornika, żeby nie było gadania” - powiedziałem zadowolony z propozycji bo sam już o tym pomyślałem. Skleconą z rdzewiejących kątowników klatkę pokrywały kawałki blachy trapezowej. Na górze umieszczono leżący na boku duży kanister z czarnego plastiku. Drugi, wierzchni bok został wycięty i służył za wlew. Przykrywały go dwa kawałki szkła okiennego, dociśnięte kamieniem. Ze zgrozą pomyślałem o konsekwencjach zsunięcia się tej „pokrywki” na korzystającego z kabiny. Brrry! Uwielbienie dla pławienia się u mojego przyjaciela jest mi znane od pierwszego wspólnego wyjazdu, więc nie niecierpliwiłem się kiedy dłuuugo nie wychodził z „budy”. Czasu mieliśmy dosyć. Kiedy zwolnił miejsce, liczyłem się z tym, że zabraknie wody w zbiorniku, ale płynęła równym, chłodnym strumieniem jak z kranu. Ręczniki okazały się zbędne. Gorący wiatr wiejący ze stepu wysuszał błyskawicznie. Żeby uzupełnić wodę w zbiorniku wspiąłem się po bardzo prowizorycznej drabinie i balansując na niej odbierałem wiaderka, które podawał mi Witek i wlewałem do dziury, z której odsunąłem wcześniej tafle szkła. Czyści, ogoleni, wyprani, no i głodni. Minęło południe, a my nie mieliśmy okazji zjeść śniadania poprzestając na wodzie. Dyskretnie, ze względu na trwający nadal Ramadan, zagotowaliśmy w namiocie wodę i zrobiliśmy sobie jedzenie. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Senność najpierw dopadła Witka, który zasnął w połowie zdania. Ja jeszcze chwilę uzupełniałem notatki, ale kiedy zamiast liter, zacząłem robić wykresy EKG, poddałem się nie wchodząc do namiotu, zasnąłem siedząc. Nie trwało to długo, ale kiedy dobudziliśmy się przepełniała nas energia i chęć nowych wrażeń. Nie wiedząc, czy wyjedziemy o szesnastej, czy godzinę później, przebraliśmy się i przygotowaliśmy sobie wszystko, co mogło się przydać, upychając po kieszeniach, żeby nie taszczyć plecaków. Resztę czasu spędziliśmy na wyczekiwaniu i drobnych pracach (Witek pocerował skarpetki, a ja przełożyłem karty SIM w telefonach i podłączyłem je do „solara”.) Tuż przed siedemnastą podszedł gospodarz i powiedział: „Gotowyje? Siadis w maszynu. Para.” Podekscytowani wsiedliśmy do Nivy. Na siedzeniu kierowcy usadowił się jednak nieznany nam strażnik, a dwudziestokilkuletni chłopak. Podjechaliśmy pod szlaban. W międzyczasie starszy pan zasiadł za drewnianym stołem, otworzył zeszyt i skrupulatnie powpisywał dane z biletów, zezwolenia, godzinę wjazdu. Kiedy skończył, otworzył szlaban. Samochód buksując w piachu niechętnie ruszył przed siebie. Jak na „terenówkę” spisywał się marnie. Wewnątrz było upiornie gorąco, a na dodatek śmierdziało paliwem. Nie ujechaliśmy jednak zbyt daleko. Od wyjazdu wszystko w samochodzie stukało, brzęczało, klekotało, dlatego nie zwróciliśmy uwagi na dodatkowy chrupot. Kierowca jednak najwyraźniej znał ten dźwięk. Bez słowa „wbił” się w krzewy, gwałtownie wykręcił kierownicę i sypiąc żwirem spod kół wycofał maszynę. Kiedy kurz zaczął opadać ruszyliśmy z powrotem w kierunku szlabanu. Zanim tam dojechaliśmy, telefonicznie powiadomił o tym co się stało. Obawiałem się, że to koniec wycieczki. Nawet jeśli zaproponują nam ponowny wyjazd następnego dnia, to mając bilety na pociąg będziemy musieli z czegoś zrezygnować. Jednak sprawy potoczyły się zupełnie inaczej: szlaban był podniesiony, a na podwórku czekała kobieta z kluczykami do całkiem przyzwoitego Audi. Byłem trochę zdziwiony, bo samochód był zadbany i przeznaczony do jazdy po autostradach, a nie stepie. Wsiedliśmy. Silnik przyjemnie zamruczał, a klimatyzacja zaczęła tłoczyć chłodne powietrze do kabiny. Wjechaliśmy na szlak. Chłopak wcisnął pedał gazu, a pojazd posłusznie rozpędził się do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Zapiąłem pas, który zignorowałem przy wsiadaniu. Samochód niczym sportowa łódź na morzu przechylał się z burty na burtę i wyraźnie „pływał”, lecz niezmiennie utrzymując się pomiędzy krzewami wyznaczającymi granice szlaku. Od czasu do czasu na większych wybojach odrywaliśmy się od podłoża i po „przeleceniu” kilku metrów, opadaliśmy w dół. Irracjonalnie, pomimo otaczającego nas stepu, oczekiwałem w takich momentach strugi wody na szybie i kiedy się nie pojawiała czułem rozczarowanie. Byłem pełen podziwu tak dla pojazdu jak i „sternika”. Jazda sprawiała mu wyraźną przyjemność. Kiedy siedzieliśmy w Ładzie współczułem mu, zakładając że ojciec „wrobił” go w ten wyjazd. Teraz jego twarz wyrażała pełne zadowolenie. Być może rzadziej pozwalano mu prowadzić Audi, a może brak kontroli umożliwił mu jazdę we własnym stylu. Tak czy inaczej moje poprzednie współczucie nie było mu do niczego potrzebne. Zamiast tego głośno pochwaliłem umiejętności na co on skromnie powiedział, że to zasługa samochodu. Mimo skupienia na drodze to on dostrzegł przebiegające po stepie gazele i gdyby nie pokazał nam kierunek palcem, to byśmy je przeoczyli. Chłopak był raczej małomówny. Odpowiadał na pytania, ale sam nie podejmował rozmowy. Sądzę, że wynikało to z nie najlepszej znajomości rosyjskiego. Dla nas wszyscy w dawnym Sojuzie mówią w tym języku. Jest to prawda, ale w odniesieniu do starszego i średniego pokolenia. Młodsi używają go rzadziej, a szczególnie w takich miejscach jak to, na pograniczu kultur azjatyckich, język Puszkina czy Dostojewskiego jest czymś na kształt protezy. Wyraża się w nim to, czego nie ma lub jest słabo ugruntowane w lokalnych językach. Kiedy niespodziewanie pojawiły się jakieś zabudowania, samochód gwałtownie zatrzymał się i zanim zorientowaliśmy się w sytuacji, kierowca podnosił szlaban, podobny do tego przez który wjechaliśmy na teren parku. „Czyżby koniec?” - pomyślałem zaskoczony. Szlak rozchodził się w dwóch kierunkach. My pojechaliśmy w lewo, w stronę słabo rysujących się na horyzoncie wzgórz. Po jakimś czasie chłopak pokazał coś palcem i powiedział: „Eto djuna”. „Szto? Ja nie ponimaju. Prostitje mienia.” - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. „No, barchan. Nasip Czingis-Chana”. - dodał w formie wyjaśnienia. Jasne, mogłem się domyślić. W końcu głównie po to tu przyjechaliśmy, a już w drodze z Sary-Ozek usłyszeliśmy historię o przysypanych naukowcach, którzy chcieli dokopać się pod nim kurhanu legendarnego wodza. Popatrzyłem we wskazanym kierunku. Istotnie, pośród zielono, brunatnych wzgórz widać było żółte wzniesienie terenu. „Kurczę, wygląda to mizernie. Jeśli dla tej „piaskownicy” przejechałem tysiąc kilometrów, to kiepsko” - pomyślałem, ale niczego nie mówiłem, żeby nie psuć atmosfery. Na stepie, z powodu braku punktów odniesienia, trudno jest laikowi określić odległość. Samochód pędził w stronę tej kupki piasku, a ona powiększała się, rosła, nabierała formy. Kiedy, dorównała wysokością otaczających ją wzgórz, my nadal byliśmy dosyć daleko. Zniknęła nam, kiedy wjechaliśmy do płytkiego kanionu. Kierowca nieco zwolnił, wykazując przezorność, bo niespodziewanie z za zakrętu wyjechał wprost na nas duży samochód terenowy. Gwałtowne szarpnięcie kierownicy uratowało nas przed zderzeniem. Drugi samochód przyhamował, ale widząc, że stoimy dodał gazu i nas wyminął. Za kierownicą siedziała drobna blondynka. Audi z trudem wygrzebało się z pobocza i pojechaliśmy dalej. Z za wzniesienia wyłonił się barchan. Był ogromny. Wyglądał jak ilustracja z bajek o dżinach. W każdej chwili mogła pojawić się karawana, Arabowie ze starymi fuzjami i zakwefione kobiety. Niestety, nikt się nie pojawił. Byliśmy sami. Kiedy się zatrzymaliśmy zapytałem: „Skolko u nas wremieni jest?”. „Ja nie znaju, skolko wy chotitje”. - odparł chłopak. Popędziliśmy w stronę wydmy jak pięciolatki. Piach był gorący, bardzo drobny. Wsypywał się każdą szczeliną do zasznurowanych butów i skarpet. Nogi grzęzły utrudniając wspinanie. Po kilkunastu metrach zatrzymaliśmy się zziajani. „To nie jest takie łatwe, jak się wydawało”. - Powiedziałem z trudem łapiąc powietrze. „Uhu” - usłyszałem za sobą. Witek dyszał jak maratończyk przed śmiercią. Trzeba zmienić taktykę, pomyślałem i skierowałem się nie, jak wcześniej, na szczyt, a na najbliższy kawałek grani. Kiedy tam dotarłem, skręciłem w lewą stronę i idąc po niej, zacząłem zbliżać się do szczytu. Marsz był uciążliwy, lecz przynosił wyraźny efekt. Kiedy go osiągnąłem, zobaczyłem widok, zapierający dech w piersiach (a może to jednak zmęczenie mnie przyduszało? W każdym bądź razie widok był piękny). Wydma delikatnymi zakosami ciągnie się dużo dalej, aniżeli można to było zobaczyć z dołu. Daleko za nią, pozieleniały step przecina finezyjnymi meandrami szeroka rzeka, a za nią, aż po horyzont są rozlewiska, moczary. Patrząc w przeciwnym kierunku żółto-brunatny step dochodzi do niemal śliwkowo-fioletowych gór, biegnących łukiem wzdłuż horyzontu. Z prawej strony, znacznie bliższe wzgórza mają nieco nieziemski charakter. Step z żółto-groszkowego koloru łagodnie przechodzi w błękitny, a pod samymi szczytami w ultramarynę. Daje to wrażenie nienaturalnej wklęsłości. Gdyby ktoś szukał plenerów do filmu SF, to z powodzeniem może wybrać się właśnie w to miejsce. Po lewej stronie jest płytka, szeroka dolina, wypełniona piachem i porośnięta krzewami. Za nią kolejna wydma, lecz znacznie niższa i także pokryta trawami, krzewami. Usiłowałem wypatrzyć samochód, którym przyjechaliśmy. Długo wpatrywałem się w nasze ślady na piachu i w końcu go zobaczyłem. Maleńki, z otwartymi drzwiami, jak „resorkowiec”, model Matchbox`a, porzucony przez dziecko w piaskownicy. Miniaturki kierowcy w ogóle nie było widać, co zresztą odpowiadało tej wizji, bo „resorkowce” nie miały przecież kierowców. Wiatr przyjemnie owiewał nas susząc przepocone koszulki. Przyjaciel dochodząc do mnie zapytał: „Co teraz?” „Ja zjeżdżam na butach” - odparłem. Od początku miałem na to ochotę. Jak uda mi się wdrapać na górę, to zjadę z wydmy jak w dzieciństwie z górki pokrytej śniegiem – na podeszwach butów. Łatwiej jednak wymyślić, aniżeli zrealizować. Piach był zbyt miękki, a ja zbyt ciężki. Zamiast ślizgać się zapadałem się po kostki, więc raczej zbiegłem, aniżeli zjechałem do kotliny porośniętej trawami. Ledwo dotarłem do wyschniętych roślin, kiedy spod nóg wyskoczyły mi tysiące pomarańczowych żyjątek i czyniąc okropny hałas, przypominając odgłos drewnianych kołatek – może wystrugał je Gapetto? Wzniosły się na przeźroczystych skrzydełkach kilka metrów i opadły na nieodległe trawy. Kolejny krok i ta sama historia. Idąc ku wylotowi kotliny, poprzedzany byłem falami koników polnych . Kiedy jedne opadały, inne podrywały się do lotu. Machając rękami miałem wrażenie jakbym dyrygował wielkim baletem synchronicznym. Myślę, że tak właśnie może się czuć wszechmogący. Macha sobie rękoma, a miliardy ludzkich istnień skaczą, w jemu tylko znanym rytmie. Na przyjaciela natknąłem się u podstawy wydmy. Idąc dalej razem zauważyliśmy dziwaczne jaszczurki. W przeciwieństwie do swoich europejskich krewniaczek nie były wysmukłe. Raczej korpulentne i jakby spłaszczone. Całe w kolorze wyblakłego piachu, a jedynie koniec zawiniętego w spiralę ogona mają czarny, jak smoła. Właśnie tą końcówką wykonują dziwaczny i śmieszny zarazem ruch. Wyprostowują go i zwijają na przemian. Natychmiast skojarzyłem to ze stosowanym ruchem palca, gdy chcemy kogoś przywołać. Prawie słyszałem jak szepczą: „No, choć tu, choć, choć!”. Pewnie tak było, tyle tylko, iż zaproszenie skierowane jest do koników polnych albo innych owadów. Widziane jaszczurki nie były przesadnie płochliwe. Odbiegały na metr, półtorej, kiedy były już w zasięgu ręki i oglądając się „przez ramię” kiwały końcówką ogona zachęcając do podążania za nimi. Słońce co raz bardziej wydłużało cienie wydmy i wzgórz. Bez pośpiechu dotarliśmy do samochodu. Znowu miał normalne wymiary. Kierowca drzemał w cieniu wiaty. W drodze powrotnej niespodziewanie chłopak zapytał: „Chotitje uwidjet rodnik? „Gdje? Zdjes, na stjepie?” - niedowierzałem. „Kanieczno, zdjes. Gdje-to insze?” - odpowiedział zaskoczony moją wątpliwością. Zatrzymaliśmy się niedaleko rozstaju dróg. Poprowadził nas ścieżką w kierunku niskich krzaków, które kryły obniżenie terenu. W naturalnej niecce skalnej wypływa zimna i czysta woda. Dzięki niej gęsto rosną krzewy dające cień, a wszystko to łącznie skutecznie obniża temperaturę otoczenia. Wchodząc tam ma się wrażenie podobne do tego, gdy podczas upalnego dnia otwiera się drzwi lodówki. Opłukaliśmy ręce i twarze, nabraliśmy wodę do butelki i wróciliśmy do samochodu. Pomyślałem, że może jest po drodze więcej ciekawych miejsc, więc dziękując za pokazanie nam tego, dodałem że chętnie zobaczymy wszystko, co zechce nam pokazać. Nic nie odpowiedział, ale stwierdziłem, iż nie wracamy tą samą drogą. Zamiast wzdłuż pasma gór, jedziemy wprost na nie. Ponownie pokazały się gazele. Spłoszyliśmy królika, jakieś ptaki przypominające kuropatwy. Często wyprzedzał nas cień szybujących nad nami drapieżnych ptaków. Chłopak wymieniał nazwy widzianych zwierząt lecz wszystkie nie tylko nie do zapamiętania, także trudne do wymówienia. Zatrzymaliśmy się nie dojechawszy do gór. Przed nami stały trzy pionowo ustawione głazy. Nie było to dzieło natury, a celowe działanie ludzkie. Mogę się jedynie domyślać, że związane z kultem religijnym lub pogrzebowym, co w pewnym uproszczeniu na jedno wychodzi. Patrząc na nie, oświetlone zachodzącym słońcem, na tle gór i burzowego nieba pomyślałem cytatem rosyjskiego powiedzenia: „Boh trojcu ljubit”. Powiedzenie powstało zapewne długo po tym, jak ktoś te kamienie spionizował a i poświęcił je innemu bogu aniżeli ten, dla którego przytoczono głazy, a przecież nie czuło się w tym żadnego dysonansu. Niezależnie który bóg tego dnia zawiadywał chmurami, bezwzględnie był artystą-performerem. Nad naszymi głowami rozgrywał się niezwykły spektakl. Pędzone wiatrem obłoki zbijały się w stada, ogromniały, zmieniały barwy. Z białych poprzez cytrynowo żółte, pomarańczowe aż do wściekle purpurowych i w końcu fioletowo-czarnych. Step, reagował na te zmiany z wrażliwością Kapistów. Rozświetlony wykwitał pastelami, ocieniany zapadał się w mroki obrazów Beksińskiego, Muncha. To jednak było dopiero preludium. Na scenę wtargnęły gromy i gwałtownymi rozbłyskami rozerwały niebo na części. Miałem wrażenie, że zaraz usłyszę „Cwałowanie Walkirii” Wagnera, lecz nawet jeśli go grano, to niesforni kotliści niebiańskiej orkiestry zdominowali wszystko, uderzając z całej siły pałkami w napiętą do granic możliwości membranę stepu. Pierwsze krople deszczu uderzyły w samochód niczym czarnoskóry muzyk potrząsający „shekere”. Namiot dopadliśmy mokrzy, choć z samochodu mieliśmy do niego zaledwie kilkanaście metrów, ale za to łatwiej zlokalizowaliśmy go w panujących ciemnościach dzięki fleszowi błyskawic. Wrażenia popołudnia wywołały głód. Zapaliliśmy nasz palnik, który z siłą znicza nagrobkowego mozolnie rozgrzewał wodę na grochówkę. Dla wzmocnienia „doznań smakowych” wsypaliśmy podwójną porcję ekstraktu, dzięki czemu zupa stała się gęsta, esencjonalna i pachniała majerankiem. Parząc sobie usta gorącym płynem i zagryzając rwaną rękoma lepioszką zjedliśmy ją do ostatniej kropli. Zbliżała się północ, burza przeminęła a niebo zaiskrzyło się niewidywanymi w miastach konstelacjami gwiazd. Wokół panował trudny do zdefiniowania spokój. Wydawało się, iż wszystko jest na swoim miejscu, nawet my. Pomimo późnej pory nie chciało nam się spać. „Kąpałeś się kiedyś nocą na stepie?” nieoczekiwanie zapytał Witek. „Niby jak? Wiesz, że nie.” - odparłem zaskoczony. „Ja też nie. Najwyższy czas to nadrobić, nie uważasz?” - powiedział i wszedł do namiotu. Chwilę potem wyszedł i odwracając się do mnie zapytał: „No to co, idziesz popływać?” „Jasne, że tak” rzuciłem w jego stronę i poszedłem szukać spodenek. Powietrze, mimo burzy było rozgrzane. Woda w baseniku wydawała się lodowata. Przyjaciel wszedł do niej bez zastanowienia. Ja, siedząc na krawędzi z nogami zanurzonymi do łydek nie mogłem się zdobyć na schłodzenie reszty ciała. „Długo będziesz się zastanawiał” - usłyszałem z ciemności. „Łatwo ci się mądrzyć, wiesz jak nie cierpię zimnej wody” - odburknąłem. „Wcale nie jest zimna, to złudzenie bo powietrze jest rozgrzane” - usłyszałem. „Złudzenie czy nie, ale „gęsia skórka” jest całkiem realna” powiedziałem. „Właź, nie marudź” - nie ustępował. „Dobra, dobra już wchodzę. Muszę się tylko oswoić z zimnem”, powiedziałem zsuwając się w lustrzane odbicie nieba, mącąc jednocześnie gwiazdy. Woda naprawdę była zimna. Wytrzymałem w niej chwilę. Akurat tyle, żeby z czystym sumieniem móc powiedzieć, że pływałem nocą na stepie. Przyniesiony ręcznik okazał się być zbędny. Chwilę po wyjściu byliśmy susi. Wróciliśmy do namiotu ze świadomością niezwykłości chwili.



Altyn-Emel jest narodowym parkiem, położonym w dolinie rzeki Ili na terytorium Kazachstanu. Park został założony 10 kwietnia 1996 roku, w celu zachowania unikalnych, naturalnych, archeologicznych, historycznych i kulturalnych zabytków. Rzadkich i zagrożonych gatunków zwierząt i roślin. Na terenie Parku o łącznej powierzchni 520 000 hektarów można znaleźć różne krajobrazy: górskie, piaszczyste i pustynne. Flora parku to ok. 1800 gatunków roślin, z czego 21 wpisanych jest do Czerwonej Księgi Kazachstanu. W tym około 69, to rzadkie gatunki występujące tylko na obszarze Zhungar Alatau, dorzecza Ili i Balkhash. 56 gatunków zwierząt zamieszkałych w parku uważa się za bardzo rzadkie. Wśród nich są argali, dziggetai, gazela perska.
W Ałtyn-Emel istnieje kilka unikalnych, naturalnych i historycznych, obiektów o ogromnym znaczeniu. Najbardziej znanym jest niepowtarzalny fenomen natury - wydma „Singing Barchan”, która ma 1,5 km długości i 120 m wysokości. Barchan jest półksiężycowy w formie. Kiedy wiatr wieje od zachodu, rozpraszając piaski, ma się wrażenie, jakby rury organów grały w sercu pustyni. Do tej pory zjawisko to jest nadal zagadką natury, ale naukowcy przypuszczają, że przy gorącej, suchej pogodzie, piasek elektryzuje się poprzez tarcie i wytwarza drgania soniczne. Ktokolwiek słyszał „śpiew” barchanu nie będzie mógł tego zapomnieć.
Inną ciekawostką wartą odnotowania jest Bes-Shatir. Zespół kopców Saco, to zabytek historyczny i dziedzictwo pozostawione przez wielkich nomadów środkowoazjatyckich stepów. Pierwsze odnotowane ceremonie pogrzebowe datowane są na początek epoki żelaza (VII-VI wiek p.n.e.). Naukowcy odkryli i zbadali 31 kopców, z których jeden, największy i bogato zdobiony, uważany jest za "carski". Wśród znalezionych w kopcach pogrzebowych przedmiotów znajdują się: pozłacane ozdoby, złote dodatki i przybory. Broń i zbroje, wszystko to, co zgodnie z przekonaniami religijnymi starożytnych koczowników mogło przydać się wojownikowi w życiu pozagrobowym.
Nie do przecenienia są tam także wspaniałe krajobrazy gór Aktay, które nie bez powodu są zwane "księżycowymi". Aktau to kredowe skały, szacowane na 400 milionów lat. W większości białe, choć można spotkać tam także niebieskie, różowe, czerwone i zielone stoki, nadające górze Aktau niepowtarzalne piękno. Wręcz nieziemskie.
Park Narodowy Altyn-Emel to nie tylko największy i najsłynniejszy rezerwat przyrody w Kazachstanie, ale także cenne i ważne dziedzictwo kulturowe, dlatego w 2012 roku Kazachstan nominował Altyn-Emel do listy światowego dziedzictwa UNESCO.
Źródło: http://www.advantour.com/kazakhstan/southern/altyn-emel.htm