14 CZERWCA (ŚRODA) KAINDY
   Po północy obudziło mnie ciche postękiwanie. W ciemności zobaczyłem sylwetkę przyjaciela. Siedział dziwnie pochylony. „Co jest grane? Stało się coś?” - zapytałem. „Nic, śpij.”- usłyszałem w odpowiedzi. Ton głosu, sposób mówienia wyraźnie przeczyły słowom. Włączyłem latarkę. W skąpym świetle zobaczyłem skrzywioną bólem twarz Witka. „Dobra, mów co się dzieje!” - zażądałem. „Nic. Nic takiego. Boli..., ....boli mnie brzuch.” „Brzuch czy żołądek?” - dopytywałem, choć sam szczerze mówiąc, nie bardzo to rozróżniam. „Żołądek. Myślę, że to ta cholerna maślanka mi zaszkodziła.”- odpowiedział po chwili. Mimo kiepskiego światła, skurcze bólu wyraźnie odznaczały się na jego twarzy. „Brałeś jakieś lekarstwa?” - dalej dopytywałem. „Tak, ale na razie nie pomagają” - usłyszałem w odpowiedzi. Nie bardzo wiedziałem jak mu pomóc. Kiedy mnie dopadło, Witek podjął skuteczne działania. Czas było mu się zrewanżować, ale nie miałem pojęcia co zrobić. „Słuchaj, tutaj jest ośrodek zdrowia, to i jakiś lekarz też się znajdzie. Pójdę popytać”. - zaproponowałem. „Daj spokój, nie ma takiej potrzeby. To przejdzie. Wiesz, że mam nadwrażliwość jelit. Przerabialiśmy już to w Turcji. Muszę tylko odczekać, aż pastylki zaczną działać.” - powiedział cicho. Faktycznie. W Kapadocji mieliśmy już podobną sytuację więc może rzeczywiście nie należy panikować. Postanowiłem odczekać z pół godziny. W moim przypadku tyle wystarczyło na zadziałanie medykamentów. Istotnie, po kilkunastu minutach przyjaciel powiedział, że jest lepiej. Niestety, u mnie przerwy pomiędzy falami bólu były prawie dwunastogodzinne. U niego nawroty były co kilkadziesiąt minut. Ostatecznie położyliśmy się, kiedy świt zaróżowił krawędzie górskich szczytów. Na szczęście wyznaczone spotkanie było o dziesiątej, a odległość praktycznie żadna. Udało nam się bez pośpiechu wstać, zjeść śniadanie i spakować namiot. 
   W drodze na miejsce spotkania, już z daleka było widać, że los ponownie postanowił sobie zakpić. Stary UAZ, który miał nas zawieźć stał na podnośniku, a nasz wczorajszy gość, z rękami umazanymi smarem walił młotkiem w piastę koła. Ustaliliśmy, że jeśli znajdzie się, ktoś, kto nas wywiezie z tej pechowej okolicy, to nie czekamy. Jedyny samochód jaki się przy nas zatrzymał, przywiózł pozostałych uczestników wypadu: blondynkę o krągłych kształtach, mężczyznę z brodą i delikatnej łysinie oraz ładną dziewczynę z długimi dredami. Kierując się stereotypami, pomyślałem, że to małżeństwo z dorastającą córką. Rysy europejskie, rozmawiali po rosyjsku. Nawet wykombinowałem, iż zapewne pochodzą z Moskwy lub Petersburga. Mężczyzna jest naukowcem, może lekarzem. Dziewczyna zapewne kończy liceum, ewentualnie zaczęła studia. Przy udziale kilku przypadkowych osób, nie wiedzieć kiedy, koło trafiło na miejsce, a my do pojazdu. Przyjacielowi przypadło miejsce w bagażniku, mnie koło sympatycznej dwudziestokilkolatki. W szóstkę, pięcioosobowym gruchotem wyjechaliśmy z Sat, żeby po chwili znaleźć się na wyboistej, porytej przez spływającą wodę, drodze. Telepało strasznie, ale to dodawało uroku jeździe. Znacznie mniej przyjemne były kłęby spalin, które wpadały do kabiny. Jeśli pierwszy odcinek drogi zaliczyłem do przyzwoitego doświadczenia w jeździe „off road”, to wjeżdżając w rwący strumień odruchowo podniosłem nogi i położyłem rękę na klamce. 

   Kilkudziesięcioletni pojazd, w którego wnętrzu pozostały jako-tako sprawne tylko absolutnie niezbędne elementy, radził sobie niezwykle dobrze. Początkowo usiłowałem zrobić jakąś dokumentację trasy, lecz później skupiłem się na utrzymaniu siedzenia na fotelu, a żołądka wewnątrz organizmu. Z niepokojem myślałem o przyjacielu siedzącym na kole zapasowym. Jeśli dla mnie było to trudne do zniesienia, to co musiał czuć ktoś, kto kilka godzin wcześniej cierpiał na rozstrój żołądka? Przekrzykując hałas zapytałem: „Jak się czujesz? Z żołądkiem wszystko w porządku? Ku mojemu zdziwieniu i uldze usłyszałem, że tak. Widok budki kontrolnej przyjąłem z radością. Załatwienie formalności takich, jak poprzednio, dawał nam chwilę na zaczerpnięcie czystego powietrza i powrót organów wewnętrznych na swoje miejsce. Zaskoczeniem było, że z grupy jadącej z nami, to nie „głowa rodziny” poszła kupować bilety, a dziewczyna. Co więcej, była dobrze do tego przygotowana. Papiery w koszulkach, pospinane, posegregowane. Wracając do samochodu zastałem przyjaciela rozmawiającego z naszym towarzyszem podróży ...po polsku. Kiedy się zbliżyłem powiedział: „Pan jest z Grudziądza.” Okazało się, że wszystkie moje domniemania były zupełnie chybione. Cała trójka poznała się dopiero w Ałmatach. Tomek wykupił w kazachskim biurze turystycznym wycieczkę, na którą przyleciał z Warszawy, przez Kijów. Kobieta jest Rosjanką, byłą stewardesą, natomiast „córka”, wprawdzie także Rosjanka, jest przedstawicielką biura turystycznego, przewodnikiem i fotografem pozostałej dwójki. Byłem ciekaw, ile kosztuje tak ekskluzywna forma zwiedzania. Tomek powiedział, że za dziesięć dni zapłacił sześćset dolarów i ta kwota obejmuje wszystko, włącznie z transportem, noclegami, jedzeniem, rozrywkami, zwiedzaniem, obsługą fotograficzną i całą resztą. Ich bogaty program zwiedzania, także wyglądał imponująco. 
 
   Pojazd zatrzymał się na małej łące graniczącej z małym jeziorkiem. „To ma być Kaindy?!” Spodziewałem się manipulacji w kolorystyce widzianych wcześniej zdjęć ale to, co zobaczyłem, w niczym nie przypominało widzianych w sieci widoczków. „Gdzie u licha, ten zatopiony las? Drewno nie jest zbyt trwałe w wodzie, ale nie mogły wszystkie się zawalić” - myślałem nerwowo. Na domiar złego, pogoda po nocnej ulewie nie była najlepsza. Chmury wisiały nisko czyniąc wszystko w wokół przygasłe, wypłowiałe. „ Jak pech, to pech. Jezioro zjawiskowo ...nijakie, podobnie jak aura.” - żułem niezwerbalizowane pretensje. Kierowca pokazał na zegarku czternastą, a ręką słabo widoczną wyrwę w niskich krzakach. „Jeszcze tego brakowało” wkurzyłem się nie na żarty. „Była mowa o czterdziestu minutach, godzinie a nie trzech.” „Co my tu mamy robić tyle czasu?” - myślałem zdziwiony, że naszych przypadkowych współtowarzyszy podróży wcale to nie zmartwiło. Co było robić? Wyjazdy łączone są tańsze, lecz mają też i wady. Większość decyduje kiedy się wraca. Zniechęcony powlokłem się we wskazanym kierunku. 

   Krzaki były gęste, więc akwamarynowa tafla wody uderzyła mnie swoim dziwacznym kolorem zupełnie znienacka. Z wody wystrzeliwują ku niebu nagie, poszarzałe pnie potężnych sosen. Wokół każdego z nich, tuż pod powierzchnią wody, widać ciemniejszy pierścień, jakby gęsto rosnące gałęzie ze świeżymi igłami okalały słupy martwego drewna. Stałem oniemiały, zaskoczony. Spektakl dopiero się rozpoczynał. Po uwerturze, niebiański reżyser rozsunął kurtyny chmur i włączył główny reflektor. Wszystko wokół stało się wyrazistsze, barwy się nasyciły, zapachy zintensyfikowały. Wystające pnie zajaśniały a woda przybrała jeszcze bardziej nierzeczywisty kolor. Gdyby obok zarżał jednorożec a nad taflą jeziora zawisłyby elfy, nie czułbym się bardziej zdziwiony. Jak bajka, to bajka. 
   Do następnego brzegu w tym miejscu jest niewiele. Może kilkadziesiąt metrów. Po lewej stronie, w głębokiej wyrwie jest ujście wody, która grzmiąc stacza się strumieniem w dół wzgórza. Z prawej jest kilka dopływów, a dalej stroma skarpa. Na przeciwległym, bliższym brzegu, jezioro łączy się z urwiskiem. Mniej dociekliwi po ochłonięciu wrócą usatysfakcjonowani. Dla tych, którzy słusznie dojdą do wniosku, że tak piękne miejsce musi trzymać coś w zanadrzu właściwym kierunkiem będzie gruntowa droga po prawej stronie. Chwilę postaliśmy pochłaniając oczami niecodzienny widok. Potem jedząc obficie owocujące poziomki, przeszliśmy tak daleko, jak tylko było to możliwe do ujścia wody. Wracając, skierowałem się w stronę błotnistej drogi. Mój przyjaciel postanowił zostać nad jeziorem. Umówiliśmy się, że zobaczę, czy można dostać się w okolice widocznego stąd zwężenia skał i wrócę. Po kilkuset metrach natknąłem się na „naszą rodzinkę”. Dołączyłem do grupy, jak się wkrótce okazało, słusznie zakładając, iż ładna przewodniczka zna teren i wie dokąd iść. Przecinając strumień i wspinając się w górę, trzeba wypatrzeć niepozorne, choć strome zejście w lewo. Przedzierając się przez podmokły grunt i gęste krzewy można (choć nie jest to oczywiste) dojść do kamienistej „plaży”. Kończą ją dwie wysokie skały, przez które przeciska się płytka w tym miejscu rzeka. Za skalnym zakrętem ponownie roztacza się widok na widziane wcześniej drzewa. Są jednak w zasięgu ręki. Woda jest koszmarnie zimna, co nie odstrasza śmiałków od kąpieli. Ku zaskoczeniu chyba wszystkich tam obecnych, jadący z nami samochodem mężczyzna zdjął ubranie i ...popłynął w stronę pni. Na sam widok krew ścięła mi się w żyłach. Później wyjaśnił, że kiedyś „morsował”, co tłumaczyło postępek i nie zmniejszało mojego podziwu. Byłem pewien, iż Witek nie wybaczyłby mi, gdybym go nie sprowadził w to miejsce. Jego koszulka majaczyła mi gdzieś pomiędzy wystającymi z wody pniami, lecz nawoływanie nie przyniosło efektu. W tym czasie panie rozsiadły się na kamienistej „plaży” i wyciągnęły wiktuały. Zostałem przez nie zaproszony, ale podziękowałem, tłumacząc się koniecznością znalezienia kolegi. Dzielił nas spory kawałek drogi, więc szedłem jak najszybciej, a tam gdzie było to możliwe, częściowo biegłem. W miejscu, gdzie ostatni raz widziałem przyjaciela hałasowała liczna grupa młodzieży. Rozdawano jakieś dyplomy, nagrody. Witka dostrzegłem dopiero po dłuższej chwili, na samym końcu dostępnej części brzegu. Machnąłem, żeby szedł za mną i dopiero po drodze opowiedziałem mu o miejscu, w którym pozostawiłem resztę grupy. Kiedy dotarliśmy, przewodniczka kończyła pleść wianek z polnych kwiatów. W tym otoczeniu był fantastycznym dopełnieniem jej sympatycznej, uśmiechniętej twarzy. Towarzysząca im kobieta oczywiście też go przymierzyła, a potem urządziły pławienie go w rzece. Dowcipkowaliśmy w męskim gronie na ten temat narażając się na posądzenie o „samczy szowinizm”. Trzy godziny minęły nie wiedzieć kiedy. Trzeba było wracać. Zanim jednak wsiedliśmy do samochodu, panie ponownie zeszły nad jezioro. Nadal kręciła się tu młodzież, lecz teraz pojedynczo, lub w małych grupach na całej długości brzegu. Rosjanka zdjęła ubranie i weszła po uda do wody. Przewodniczka, niczym profesjonalny fotograf, wykonała szybką serię ujęć rejestrując umizgi byłej stewardesy, po czym spakowała sprzęt, dając czas na przebranie się swojej modelce. Jazda w dół wcale nie jest mniej emocjonująca. Tym razem strumień pokonywaliśmy mostkiem którego szerokość była niemal identyczna z rozstawem kół samochodu. Ponownie dusiliśmy się spalinami, szczególnie na końcowym odcinku, gdzie drogę zatarasował nam buldożer. Mimo przekleństw sypanych przez kierowcę, trąbienia i kilku nieudanych prób wyminięcia zawalidrogi, dopiero na kilometr przed zjazdem do miasteczka opatrzność uśmiechnęła się z wyrozumiałością, a samochód nabrał rozpędu. Po rozliczeniu się z kierowcą, skubiąc kupioną w sklepiku lepioszkę „złapaliśmy” taką samą ciężarówkę, jaką tu przejechaliśmy kilka dni wcześniej i „popędziliśmy” ku przeznaczeniu. 
 
   Tym razem częściej jechaliśmy w dół, a samochód był pusty, więc i tempo było znacznie lepsze. Prowadzący ciężarówkę Kazach nie był zbyt rozmowny. Uprzejmie acz krótko odpowiadał na pytania, sam ich prawie nie zadając. Wysiedliśmy na przedmieściach Żalanasz, tuż przed bramą zakładu produkującego tłuczeń. Z trudem wydostaliśmy się z gęstej chmury pyłu wydobywającego się z kruszarek. Wszystko w koło było nim pokryte, więc szliśmy wzdłuż drogi prowadzącej do Ałmat. Nielicznie przejeżdżające obok nas samochody nie reagowały na machanie. Po dłuższej chwili zatrzymał się jednak ciężarowy mikrobus. W kabinie, oprócz ubranego po cywilnemu kierowcy, siedziało dwóch wojskowych. Jeden z nich, bez zbędnych wyjaśnień czy ustaleń wskazał nam miejsce obok młodszego stopniem kolegi. Kiedy pojazd ruszył zapytał jednak skąd i dokąd się wybieramy, a następnie zapytał, czy może zobaczyć nasze paszporty. Cała rozmowa odbywała się w żartobliwym tonie, lecz wiedziałem, że nie robi tego ot tak sobie. Dosyć wnikliwie zlustrował wbite pieczątki i porównał nasze twarze z fotografiami. Trudno mu było mieć to za złe. W kabinie było ciasnawo i strasznie gorąco. Trzymanie kolana na pokrywie silnik,a umieszczonego pomiędzy przednimi fotelami, groziło poparzeniem, ale miejsca było mało, ponieważ wsiedliśmy razem z plecakami. Kiedy rozmowa zeszła na Polskę, z trudem manewrując bagażami wyjęliśmy trochę gadżetów i porozdawaliśmy wszystkim, co zostało bardzo dobrze przyjęte. Wracaliśmy tą samą, kiepską drogą, którą przyjechaliśmy tu przed kilku dniami. W którymś momencie, po przejechaniu głębszych kolein, wypadła trójkątna szyba z okna, przy którym siedział Witek. Stało się to bez jego udziału i na szczęście szkło zsunęło się do wewnątrz, bez żadnych uszkodzeń. Nie mniej jednak odniosłem wrażenie, iż atmosfera w kabinie trochę się popsuła. Od dłuższego czasu, za oknami z prawej strony widoczny był głęboki jar. Podoficer wyjaśnił, że to Kanion Szaryński. Przypomniałem sobie wówczas to, co przeczytałem przed wyjazdem. Całkowita długość kanionu to prawie sto pięćdziesiąt kilometrów. Obejrzany przez nas kawałek był tylko jego małym wycinkiem. A to, co było widoczne z samochodu, stanowiło jego dziki, nieobdeptany początek. Pojazd zatrzymał się na skrzyżowaniu drogi znad jezior z szosą Ałmaty-Qarkara. Gdziekolwiek nie popatrzyć, wszędzie widoczny był tylko wyschnięty step. Na południu, w rozedrganym od ciepła powietrzu majaczyło pasmo Tienshan. Pożegnaliśmy uprzejmych żołnierzy i zatrzymaliśmy się kilkadziesiąt metrów dalej. Mimo zaawansowanego popołudnia upał dawał się we znaki. Na szczęście nie musieliśmy zbyt długo czekać na kolejną „okazję”. Nieduży samochód osobowy z trójką mężczyzn wewnątrz zatrzymał się na nasze machanie. Zapytaliśmy czy mogą nas zabrać do Kegen, a kiedy kierowca potwierdził, uzupełniłem że „pa puti”. 
   Nie wiem co dokładnie oznacza to sformułowanie. Być może, zgodnie z brzmieniem „po drodze”. Używane jest dla zaznaczenia braku lub niezbyt zasobnego portfela. Początkowo liczyłem, że ktoś, kto akceptuje taki przewóz, w ogóle nie będzie żądał pieniędzy, lecz praktyka pokazała, iż można jedynie liczyć na mniej wygórowane ambicje finansowe kierowcy. 
  Cała trójka okazała się być geologami na delegacji. Tak jak my, wracali znad jezior do Kegen. Kierowca okazał się być naszym rówieśnikiem. Pomimo wszystkich dzielących nas różnic, mieliśmy też sporo wspólnego, a najbardziej zaskakującym była wspólna fascynacja serialem „Czterej pancerni i pies”. W miarę przemieszczania się suchy step przybrał zieloną barwę. Pojawiły się najpierw niewielkie wzniesienia, a następnie co raz wyższe pagórki. Zbliżaliśmy się do przełęczy Karkara. W pewnym momencie, z naprzeciwka nadjechał motocykl z kozą na miejscu pasażera. Byliśmy tym tak zaskoczeni, że nawet Witek, fotografujący wszystko i wszystkich, nie wyciągnął aparatu. Koza miała z lekka ogłupiały wyraz pyska, a co gorsze, jechała bez kasku. Kegen, to jedno z większych miast w Kazachstanie, stolica okręgu. W praktyce jednak to mała, prowincjonalna mieścina, na którą składa się jedno skrzyżowanie szerokich ulic o kiepskiej nawierzchni, kilka niskich budynków administracyjnych, bank, meczet, kilka sklepów, kilkadziesiąt (w większości parterowych) domów w samym „centrum” i może kilkaset na peryferiach. W związku z tym, że nawet te centralnie położone mają raczej wiejski charakter, leżące na trawnikach krowy, przechodzące przez jezdnię konie i wałęsające się wszędzie psy nie są niczym zaskakującym, przynajmniej dla mieszkańców. Jeszcze przed dotarciem do miasta zapytaliśmy, czy znajdziemy tam miejsce pod namiot. Gdybym poczekał z tym do samego Kegen, odpowiedź byłaby oczywista, lecz pewnie wówczas nocowalibyśmy przy drodze. Najstarszy z mężczyzn, po naradzie z pozostałymi powiedział nam, że jego młodszy kolega zawiezie nas do siebie i tam będziemy mogli bezpiecznie rozstawić namiot. Zapytałem zaskoczony, czy są powody do niepokoju. Po chwili zastanowienia odparł, że raczej nie choć ze względu na bliskość granic chińskiej i kirgiskiej zdarzały się jakieś incydenty. Zatrzymaliśmy się kilkaset metrów od centrum, przy małym gospodarstwie. Kierowca na pytanie o wysokość zapłaty, odmówił przyjęcia pieniędzy, chętnie natomiast przyjął, podobnie jak jego koledzy „polskie suweniry”. Młody Kazach pokazał nam niewielki ogródek warzywny, a potem zaprowadził na ogrodzony teren budowy z niedokończonym budynkiem i zapytał, gdzie wolimy rozbić namiot. Zdecydowaliśmy się na to drugie miejsce. Nie było tam niestety wody, więc tyle, ile potrzebowaliśmy na kolację przyjaciel przyniósł z ogrodu. Przed rozstaniem z naszym gospodarzem ustaliliśmy, że rano zawiezie nas do banku i pokaże drogę do granicy. Działka była obszerna, porośnięta ostami i trawą typową dla terenów wysokogórskich (Kegen leży na wysokości tysiąca siedmiuset metrów). Sądząc po odchodach, geodeta lub jego krewni hodują krowy. Z trudem znaleźliśmy odpowiedni kawałek trawy i rozstawiliśmy na nim namiot. W trakcie kolacji zaczęło kropić. Nie była to na szczęście żadna ulewa, a drobny deszcz. Dzięki wysokiej trawie było miękko a szczelny parkan zapewniał nam tyle prywatności, ile w takich warunkach można wymagać.